Fajne chrześcijaństwo – Rozdział 3

CHRZEŚCIJAŃSKA
SCENA MUZYCZNA

W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci, współczesna muzyka chrześcijańska stała się kolosalnym PRZEMYSŁEM, mającym swoje własne firmy płytowe, “gwiazdy”, artystów, stacje radiowe, festiwale rockowe, rozgłos, podpisywanie autografów, ilustrowane magazyny, obrót towarowy itd., itd.

Oczywiście, wiele z tego, jest potencjalnie niszczące dla prawdziwej duchowości, choć nie wszystko. Jak napisał Tom Marton (wówczas pełnoetatowy muzyk w brytyjskim oddziale Youth for Christ): „Co się stało w ciągu ostatnich piętnastu lat w Wielkiej Brytanii w formacji chrześcijańskiej „sceny” muzycznej… to zamiast subkultury zakorzenionej w chrześcijańskich standardach z samej nazwy, okazało się, częściowo sub-chrześcijaństwem. Niektórzy chrześcijańscy muzycy wydają się skrajnie zainteresowani sławą i swym image’m; niektóre firmy płytowe są zorientowane na dochody kosztem swojego artystycznego usługiwania, a ponieważ cały ten „pakiet” opakowany jest w pseudo-ewangeliczny język i usprawiedliwienie,

przeto niewielu zdaje siebie sprawę z tego, co się dzieje”. Napisał również tak: „Przemysł muzyki rockowej jest być może jednym z najbardziej zepsutych w całym świecie i bezmyślne przenoszenie tych technik do sfery chrześcijańskiej spowodowało, że niektóre niepokojące mieszaniny ewangelii (gospel) i śmieci przeszły pod nazwą „koncertów gospel…”

Wielu chrześcijan w Ameryce może nie zdaje sobie sprawy z tego, że każda większa chrześcijańska firma muzyczna jest obecnie w posiadaniu świeckiej korporacji.EMI jest właścielem Sparrow, Starsong, Forefront and Gospocentric, Gaylord Entertainment posiada Word Records, Zomba Group – Benson Music, Brentwood Music i Reunion label. Może nie byłby to tak poważny problem jak się to na pierwszy rzut oka wydaje, lecz z pewnością powstaje pytanie czy te chrześcijańskie etykiety są zasadniczo wiedzione chęcią zysku, czy służby. Daje nam to też wskazówkę jak wiele PIENIĘDZY, jest zaangażowanych w chrześcijański przemysł muzyczny dziś.

Oczywiście, są rzeczywiste pieniądze do zarobienia na chrześcijańskiej scenie muzycznej i z pewnością musi to być pokuszeniem do wielu, odwracając być może ich uwagę coraz bardziej i bardziej na sprawy materialne niż duchowe. Na przykład, początkowo mogło wynikać z czystej miłości do Boga to, że muzycy wybierali się ze swoją muzyką i przesłaniem w tourne, lecz teraz wiedzą, że można w ten sposób zarobić tysiące dolarów i pomóc sobie w sprzedaniu tysięcy płyt. Czyż nie może to mieć osłabiającego wpływu na duchowość i motywacje jakimi ci artyści się kierują?

Dobrze jest wiadome w całym chrześcijańskim świecie, że w tragiczny sposób okazywało się, że życie wielu „supergwiazd” kaznodziejskich czy muzycznych sław, często nie było tym, czym wydawało się być. Niestety, wielu uległo pokuszeniom pieniędzy, kobiet i pychy i ich życie jest pustą parodią tego, co prezentowali publiczności. Mamy pokaźną ilość świadectw tego, że chrześcijańscy artyści nagrywający płyty również nie są odporni na niebezpieczeństwa, a życie w trasie ma wiele pułapek wobec tych, którzy nie są zakotwiczeni w Skale Chrystusa. W rzeczywistości wokaliści i muzycy mogą być narażeni na większą ilość pokuszeń w tym, że są „idolizowani” przez swoich chrześcijańskich fanów, w sposób, który jest prawdziwie obrzydliwy (szczególnie pochodzący od wierzących) i z pewnością bardzo niezdrowy jeśli chodzi o artystów.

Bardzo dobrze znany proroczy muzyk Keith Green napisał: „Jedynymi sługami muzykami, którym Pan powie: „Dobrze sług dobry i wierny” są ci, których życie udowodni to, co mówią ich teksty i dla których muzyka jest najmniej ważną częścią życia – uwielbienie Tego, który jedynie jest godny musi być najważniejsze w życiu”.

Napisał również: „Kto ma wygodniejsze życie i ma więcej „fanów” niż ostatnia jasna i świecąca gwiazda muzyki Gospel?… zostaw robienie bożka ze służby muzycznej i zostaw staranie o to, aby być jak te bożki. Pan nakazuje ci „Zaprzyj się siebie samego, weź krzyż swój codziennie i naśladuj mnie”. Wszyscy wiemy, jak bardzo Bóg nienawidzi bałwochwalstwa, a jednak wiele współczesnych chrześcijańskich „gwiazd” muzycznych jest traktowanych w sposób równoznaczny z „uwielbieniem herosa”. Zadam ci pytanie, czy Bóg lekko potraktuje tak rażące bałwochwalstwo i grzech? Nie sądzę.

Poniższy surowy raport sporządzony przez Stacy Saveall w rocznicę „Stworzenia”, chrześcijańskiego festiwalu muzycznego, został przysłany do mnie w lipcu 1997 roku:

Wróciłem wraz z rodziną z naszych corocznych wakacji spędzanych w wiejskim okręgu górskim w Pensylwanii, gdzie co roku odbywa się największy chrześcijański festiwal muzyczny na świecie. Około 50-60 tysięcy ludzi zbiera się na obozie i słucha mówców, muzyków przez cztery dni festiwalu “Stworzenie 97”…

w festiwalach od kilku lat to szczególnie ostatnie dwa byłem bardzo zaniepokojony w duchu tym, co zaobserwowałem… a najbardziej niepokojącym aspektem tego całego wydarzenia była szerząca się komercjalizacja i bezapelacyjne bałwochwalstwo związane z chrześcijańską muzyką. Gdy chodziłem w czasie koncertów w ogromnym tłumie i przyglądałem się, widziałem domokrążców przebijających się wśród młodzieży sprzedających ośmiocalowe jarzące się o zmroku zielone krzyżyki. Nastolatki stawały w kilometrowej kolejce, aby zdobyć autografy chrześcijańskich gwiazd, a napis umieszczony na froncie głosił: „No, hugging” i „No pictures” („Bez przytulania i „Bez zdjęć”). Jak na ironię, jednego wieczoru, gdy Michael W. Smith skończył śpiewać i opowiadał ze sceny o poruszającym przeżyciu w biednym afrykańskim szpitalu dla dzieci, odezwały się setki nastoletnich dziewcząt, które piszczały w ekstazie na drugim końcu koncertowego pola, gdy grupa Jars of Clay przyszła na sesje podpisywania autografów. To był rzeczywiści punkt zwrotny. To było tak, jakby Pan pokazał obecnym, że mają do podjęcia wybór.

Później kilkuset nastolatków skręcających się i rzucających na siebie podczas koncertu Supertones i niecała setka biorących udział w konkurencyjnej sesji uwielbienia.

Dla pewności, wiele z tych grup podejmowało wysiłki przekazania, że to nie oni są tutaj wielbieni. Niemniej, niektórzy kierowali się w stronę stoisk, gdzie rozdawali autografy. Ich T-shirt’y, płyty CD i plakaty znajdowały się na widocznych miejscach i w ogromnych ilościach na sprzedaż. Zostałem nawet zaczepiony przez młodego biznesmena w wieku około 12 lat sprzedającego karty „zbawienia” („Redemption” cards), chrześcijańską alternatywę „magicznych” kart, które zalały świecki rynek.

Gdyby Chrystus był obecny to jestem pewien, że powywracałby stoły…

Kończąc, muszę powiedzieć, że były podejmowane szczere wysiłki ewangelizacyjne. Greg Lauri zakończył ostatni wieczór i setki przyjęły Chrystusa. Ponad 1000 dzieci otrzymało możliwość pobytu za darmo na Międzynarodowym Obozie Współczucia (Compassion International booth). Były pewne młodzieżowe grupy, które zostały ostrzeżone przed gwiazdorskimi zapędami i dążyły do prawdziwego muzycznego uwielbienia (Caedmon’s Call na przykład), lecz konieczne jest okazania większego rozeznania w tej dziedzinie”.

W Dniu Reformacji 31 października 1997 roku, znany amerykański wokalista Steve Camp wypuścił swój kontrowersyjny „Call for Reformation for the Conteproary Christian Music Industry” („Wezwanie do reformacji współczesnego przemysłu chrześcijańskiej muzyki), który umieścił jako plakat w magazynie „Amerycan CCM Update” wkrótce po tym festiwalu. W swym „Wezwaniu do Reformacji” Camp argumentuje, że współczesna muzyka chrześcijańska odrzuciła swoje pierwotne powołanie od Pana i pozostawiła biblijne standardy służby. Stwierdza, że wierzy, „że zwinięty w kłębek wróg kompromisu najechał na obóz przez lata specjalnego trybu życia, wykrzywionych doktryn a całkiem ostatnio świeckiej własności chrześcijańskich służb muzycznych”.

Choć przyznaje, że są pobożni mężowie i niewiasty, którzy kochają Pana, pracują i nagrywają dla chrześcijańskich producentów, stwierdza również, że chrześcijański przemysł muzyczny „znajduje się na śliskiej równi pochyłej odjeżdżając z przyspieszaną prędkością od Zbawiciela”. Mówi, że w początkowym okresie współczesnej muzyki chrześcijańskiej bez zawstydzenia teksty ogłaszały Jezusa Chrystusa Panem, lecz teraz rządzi „biblijny analfabetyzm”. Wyraża zdecydowanie zdanie, że „odstępstwo od Słowa Bożego jest teraz wyraźnie widoczne w naszej muzyce, tekstach, praktykach biznesowych i sojuszach”. Wzywa przemysł muzyczny do pokutowania z grzechów lub stanięcia przed Bożym osądem. „Ruszmy razem ponownie wpływać na historię, robić współczesną muzykę chrześcijańską,… chrześcijaństwo”. Camp poczynił kilka oburzających na ówczesne czasie stwierdzeń, jak: „chrześcijańska muzyka, oryginalnie zwana Muzyką Jezusa (Jezus Music), kiedyś bez strachu i wyraźnie śpiewała o ewangelii. Teraz jodłuje o pozbawionej Chrystusa, rozwodnionej, papkowatej pozytywnej alternatywie, w atmosferze kremu pszenicznego, brei, napuszenia, i filozofii: Bóg-jako-moja dziewczyna…

CCMI (współczesny chrześcijański przemysł muzyczny) popełnił duchowe cudzołóstwo przyłączając się do krnąbrnego świata usiłując przekazać posłanie ewangelii. To musiało być i okaże się fatalne dla muzyki Gospel, jak to dziś wiemy…

Nie możemy łączyć się z niewierzącym światem we wspólnych duchowym przedsięwzięciu czy służbie. Sprzężenie niewierzącego z wierzącym w Chrystocentrycznym przedsięwziciu staje się nierównym jarzmem…Wierzący, którym brak rozeznania myślą, że jest to głęboka strategia, aby połączyć siły z nieodrodzonymi ludźmi, aby przekazać ewangelię. W ten sposób, nieświadomie, sprzęgają Jezusa Chrystusa, Tego, który jest Godzien z Bealem, Szatanem, bezwartościowym, w nieświętym sojuszu, samej istocie nierównego jarzma.

W dalszej części tej książki będziemy więcej mówić o pułapkach oraz możliwościach tego
mieszanego małżeństwa między świeckimi i chrześcijańskimi firmami płytowymi. Przypadkowo, dokładnie dwa tygodnie po ukazaniu się odważnego „Wezwania do Reformacji” Camp’a, zostało ogłoszone przez organizatorów zakończenie organizowania festiwalu o 21 letniej tradycji pn. „Jesus Northwest festival” (który przyciągał do 30.000 ludzi co roku), jak podano, z przyczyn duchowych. W prasowym wydaniu decyzji dyrektor naczelny festiwalu, Randy Campbell, powiedział:

W ciągu ostatnich trzech lat odczuwaliśmy nieustannie wzrastający niepokój, który dotyczył kierunku Jesus Northwest. Pod koniec 1996 roku Pan zaczął wzywać nasz kościół do głębszego chodzenia w wierze i świętości. W miarę jak Pan objawiał nam coraz więcej swojej obecności i charakteru wiele z naszych służb i kierunek kościoła zaczęło się zmieniać.

Ponieważ festiwal Jesus Northwest jest tak wielką służbą ludzi kościoła, został w oczywisty sposób dotknięty tymi zmianami. Początkowo zakwestionowaliśmy jego wartość, co wynikło ze wzrastającej w nas troski o światowość i bałwochwalstwo jakie oglądaliśmy, dopuszczaliśmy a nawet ułatwialiśmy. Wiedzieliśmy, że Pan pobudza w nas coś w stosunku do Jesus Northwest, lecz przez wiele miesięcy nie rozumieliśmy wyraźnie tego, co to było. W miarę jak zbliżał się termin festiwalu zaczęliśmy dostrzegać przelotnie fakt, że jego problemy nie tkwią w samym jego środowisku, lecz wiele z tych problemów dotyczy nas jako kościoła…

Nasza troska o pojawiające się na festiwalu bałwochwalstwo takie jak egzaltacja wierzących artystami i mówcami teraz została przesłonięta przez rzeczywistość faktu, że Jesus Northwest stał się bałwanem dla naszego kościoła. Stanął on pomiędzy nami a kierunkiem i sercem Pana.

W niedzielę 17 lipca 1997 roku Pan skierował naszego pastora seniora do poprowadzenia naszego zboru do czasu zbiorowej i publicznej pokuty za to, co zrobiliśmy. Odczuliśmy, że Pan wzywa, abyśmy złożyli tę służbę u Jego stóp i zaczęli naprawdę ufać Mu, Jego woli i celowi. Nadal trwamy w tym procesie, lecz odczuwamy w obecnym czasie, że Pan chce, abyśmy pokutowali przed tymi w ciele Chrystusa, którym usiłowaliśmy służyć.

Pokornie pokutujemy przed Panem i prosimy o przebaczenie ciało Chrystusa za niewłaściwe reprezentowanie Chrystusa w naszej służbie, posłaniu i metodach działania. Uruchomiliśmy służbę, która była dla niektórych błogosławieństwem, lecz innym dała sposobność do komercjalizacji, koncentracji na człowieku a nie na Chrystusie i bardziej podobała się ciału niż duchowi.

Pokutujemy z krytykowania zarówno publicznie widocznego uwielbienia artystów jak i widocznej niechęci artystów do zajęcia się tym problemem. W arogancki sposób oskarżaliśmy o problemy, właściwe dla służby festiwalu, wszystkich nigdy nie dopuszczając Pana do tego, aby zwrócił swoje światło na nas. Naszymi grzechami były domniemanie i ignorancja. Nie zamierzaliśmy błędnie prowadzić ciała Chrystusa czy obrażać imię Chrystusa. Byliśmy sercem przy tej służbie, lecz nasze metody były błędne. Naszą zachętą dla ciała jest to, aby nie traktować żadnej służby według zewnętrznych (powierzchownych) wartości lecz rozeznać Jego Ducha i ludzkie motywy. To, że coś lub ktoś pojawia się na festiwalu w imieniu Pana, nie gwarantuje, że jest to skierowane tam przez Pana. Niestety, staliśmy się tego przykładem.

Byliśmy zachęcani przez wielu, aby przyjąć to, co Pan czyni w naszym życiu i wrócić do służby Jesus Northwest z nowym sercem i kierunkiem. Pomimo, że Pan nas zmienia to wiele problemów nadal istnieje w większych pracach współczesnego chrześcijańskiego przemysłu muzycznego, wydawniczego i niezależnych służb, z którymi przez lata pracowaliśmy.

Te sprawy powstrzymują nas przed zaangażowaniem się w tego typu festiwal, który robiliśmy. Czujemy, że w tych przemysłach i służbach wiele z tego, co się robi (tj., kierunek służby, podejmowanie decyzji, metody, a nawet samo przesłanie) często jest wynikiem marketingu – a nie myśli Pana. Jest to wynik analizy demograficznej, a nie Jego namaszczenia; zasad produkcji audio-video, a nie Jego mocy czy obecności.

Pieniądze, sukces i biznes stały się istotą sprawy. Przez pewien czas patrzyliśmy w inną stronę i usprawiedliwialiśmy to, co się działo, ponieważ służba szła dobrze, lecz teraz, gdy zostaliśmy przekonani o tym, że ten sam grzech jest w naszym życiu, wiemy, że Pan nie pozwala nam więcej na kontynuowanie marszu w tym kierunku”.

Niech Pan obficie błogosławi ludzie Peoples Church (organizatorów Jeusu Northwest) za ich wierność wobec Niego i za postępowanie zgodne z przekonaniem serca! Niech będzie ich postawa również wzorem dla innych. Randy Campbell rozmawiał później z Lindy Warren z The CCM Update, która napisała: „Campbell wierzy, że faktyczna służba miała miejsce od samego powstania festiwalu. Szacuje, że około 10.000 ludzi zostało zbawionych w czasie Jesus Northwest. Jednak spekuluje, że „dziesiątki tysięcy uległo przeciwnym wpływom. Stworzyliśmy środowisko sprzyjające światowości i wpłynęliśmy w negatywny sposób na ludzi”.

Campbell nie sądzi, aby samowystarczalność i pycha jakie on i jego zgromadzenie napotykają były specyficzne wyłącznie dla nich. Widzi je w kościele w całym kraju, w chrześcijańskim przemyśle muzycznym, u autorów tekstów i muzyki.

Nie wskazujemy palcem na nikogo. Nie uważamy, że już skończyliśmy, lecz naszą odpowiedzialnością jest mówić prawdę. Wiemy, że służby w ogóle – a festiwale są szczególną pułapką – muszą napotykać na te same szczegóły. To wszystko prowadzi do pytania: „Czy chodzi tutaj o nas, nasze pragnienia, nasze wizje?”


To wspaniałe, że życie 800 osób zostało zmienione, lecz inne 10-20.000 przechodzi obok mówiąc: „Czyż Jesus Northwest nie jest doskonały?” Gdyby mówili „Czyż Jezus nie jest doskonały?” byłoby w porządku, lecz tak nie mówią. Robimy na nich wrażenie sobą. Jeśli ludzie odchodzą spod sceny będąc bardziej pod wrażeniem człowieka niż Jezusa to coś jest źle.

To, co jest prawdą o chrześcijańskiej scenie muzycznej dotyczy również rynku wydawniczego. Oto fragment z artykułu Gene Dward Veith opublikowanego w chrześcijańskim magazynie informacyjnym „World” w czerwcu 1997:

Odwiedzający zjazd Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Księgarzy (Christian Booksellers Association) odbywający się w Atlancie, 14-17 czerwca wejdą do największego handlowego show. Zaprezentowane zostaną najnowsze T-shirt’y, tablice, płyty CD i oprogramowanie. Sławni pisarze będą podpisywać książki. Właściciele księgarni będą świętować w gościnnych jadalniach. Osoby dobrze poinformowane z kręgów wydawniczych będą prowadzić nieformalne rozmowy i ubijać interesy. Zeszłoroczna konwencja sprowadziła 13.663 uczestników, włączając w to 2.801 przedstawicieli sklepów i 419 wystawców, co składa się, zgodnie z raportem wydawców, na 3 miliardowy przemysł. Lecz tak wielki sukces materialny nie jest bez ceny. Dziś najwięksi chrześcijańscy wydawcy są w posiadaniu świeckich korporacji czy współudziałów trzymanych przez inwestorów z Wall Street. W miarę jak służby przeradzają się w wielkie przedsiębiorstwa, teologiczna integralność może z łatwością ustąpić miejsca marketingowym rozważaniom…

Chrześcijański rynek w ten sposób idzie za światową pop kulturą. Popularnym w tym przemyśle powiedzeniem jest: „Gdy tylko jakiś trend pojawi się na świeckiej scenie, poczekaj pół roku, a schrystianizowana wersja pojawi się w religijnych księgarniach”. Romanse, horrorystyczne nowele, książki o zarządzaniu i inne popularne gatunki pisane bardziej zgodnie z łatwymi do naśladowania formułami niż prawdziwym wglądem, wszystkie mają swoje odpowiedniki w chrześcijańskiej literaturze. Nasza kulturowa obsesja związana z fizycznym pięknem powoduje powstawanie chrześcijańskich diet czy chrześcijańskich filmów wideo z ćwiczeniami. Nawet w dziedzinach religii chrześcijańskie publikacje często raczej naśladują powszechne trendy niż prowadzą, jak w przypadkach serii książek o aniołach i przeżyciach bliskich śmierci inspirowanych przez książki New Age na te same tematy…”

Należy zwrócić uwagę na cytowane powyżej, znane w przemyśle powiedzenie: „Gdy tylko jakiś trend pojawi się na świeckiej scenie, poczekaj pół roku, a schrystianizowana wersja pojawi się w religijnych księgarniach”. Z pewnością jest to również prawdziwe na rynku muzyki chrześcijańskiej. Jeśli ostatnio byłeś w księgarni muzycznej czy słuchałeś młodzieżowego radia to możesz zauważyć, że ostatnie trendy w muzyce świeckiej mają swoje odpowiedniki i były wprowadzane na rynek wkrótce po tamtych.  Istnieje zatem nieustanny przepływ „produktu”, bardzo imitującego świat, który znajduje swoją drogę na pułki chrześcijańskich sklepów i jest mnóstwo pieniędzy do zarobienia dzięki takiej polityce, ponieważ rady nadzorcze wiedzą, że jest mnóstwo chrześcijańskich dzieciaków, które jeśli nie kupią nagrań świeckich artystów to z pewnością będą przekonani do kupienia chrześcijańskiego ekwiwalentu.

Powyższy komentarz może brzmieć cynicznie, lecz faktem jest to, że współczesny, chrześcijański przemysł muzyczny jest potężnym wielo milionowym biznesem i nadal ma doskonały biznesowy sens kreowanie chrześcijańskich „gwiazd” (bez względu na to jak ich osobista droga z Bogiem wygląda), aby chrześcijańskie dzieciaki ciągle kupowały ‘produkty’ tego przemysł w taki czy inny sposób.

Przemysł muzyczny spędza wszystkie dzieci zewsząd, zaczynając od „death metal” do oddanych chrześcijan, fanów Amy Grant.

Tak czy inaczej pieniądze nadal się toczą i współczesny chrześcijański rynek jest również bardzo łatwy do prowadzenia. Aby znaleźć nowego artystę, wszystko co zasadniczo musisz zrobić to znaleźć zespół, który brzmi jak chrześcijańska wersja ostatnich świeckich zespołów i wypromować go w chrześcijańskim świecie.

To, co powoduje, że chrześcijańska scena młodzieżowa jest tak łatwa do zdobycia to fakt, że istnieją ustabilizowane kręgi promocyjne, chrześcijańskie radiostacje, chrześcijańskie magazyny muzyczne a nawet wielkie chrześcijańskie festiwale muzyczne. Cała scena jest zestawiona w sposób bardzo podobny do świeckiej – a w rzeczywistości niemal identycznie. Problem z tym jest taki, że scena muzyki świeckiej jest z punktu widzenia chrześcijańskich standardów skrajnie skorumpowana – oddana bałwochwalstwu „gwiazd”, materializmowi, duchowemu rozluźnieniu i ponad wszystko niezmordowanemu pościgowi za wszechmocnym DOLAREM.

Lecz czy to wszystko ma głęboki wpływ na chrześcijański przemysł muzyczny? Bezwzględnie! Wystarczy, że przyjrzysz się różnym mediom, które popadły w dzisiejsze sfery chrześcijańskiej młodzieży, aby odkryć jak wszystko stało się straszliwie świeckie. Jeśli otworzysz chrześcijański magazyn młodzieżowy, znajdziesz tam album i przeglądy koncertowe, które po prostu cuchną tania świecką imitacją – niekończące się artykuły opisujące chrześcijańską muzykę jako „gęste, podziemne, wirujące gitary” i „wysublimowany, gwałtownie wzrastający atak wokalny”, itd., itd. Lecz to jeszcze nic wobec opisu głębokości wiary chrześcijańskich artystów (Zawstydzony, aby o tym mówić? Nie jest to
zbyt „cool”? czy też po prostu nie ma żadnej głębokości duchowej u artystów?). W rzeczywistości nie jest niczym rzadkim w dzisiejszych
dniach, znaleźć młodzieżowe magazyny chrześcijańskie, w których dobrze trzeba się naszukać, aby przekonać się, że jest to w ogóle chrześcijańska publikacja! Cały magazyn pełen wszelkiego rodzaju nie stroniących od przyjemności przeglądów omawianych powyżej jak też wywiadów z chrześcijańskimi „gwiazdami”, które bardzo często bardzo niewiele mówią o Jezusie, o ile w ogóle (być może zostało wycięte?). Cały sposób pisania i grafika z pewnością tworzą z tego fajny  magazyn, w świeckim sensie. Lecz, powiedzcie mi, czy Bóg jest w tym wszystkim? I dlaczego tak gorliwie Go ukrywamy?

Niestety, tak samo wygląda chrześcijańskie radio młodzieżowe. Osobiście znam co najmniej jedną chrześcijańską, młodzieżową stację radiową, której polityka polega na tym, aby jak najmniej mówić o Jezusie, a całą „robotę” (często w sposób nie do zauważenia) dać do wykonania muzyce. Prowadzą oni zatem w eterze zawody snow-boardowe, lecz bardzo rzadko imię Jezusa jest wymieniane (i jestem pewien, że nie jest ona w tym odosobnione).

Tak, z pewnością widoczne jest to, że wielu zaangażowanych w chrześcijańskie media młodzieżowe jest zakłopotanych tymi „chrześcijańskimi związkami” i poświęcają wiele czasu i energii na ukrycie się. Biedny Jezus! Ciekaw jestem jak długo to już trwa, gdy musi On znosić pokolenie chrześcijan, którzy wydają się być zawstydzeni publicznym łączeniem się z Jego imieniem.

Skutki chrześcijańskiego przemysłu naśladującego świecki można również zobaczyć w wielu innych aspektach współczesnej muzyki chrześcijańskiej. Wokół chrześcijańskich zespołów rutynowo robi się szum w podobny sposób do tego, jak to się dzieje w świecie (wraz z pisarzami i gośćmi od reklamy wpadającymi na siebie, aby znaleźć pochlebne superlatywy na opisanie „następnej wielkiej rzeczy”). Warte jest również zwrócenie uwagi na to, że gwiazdorskie traktowanie oraz rozrywkowy czy „imprezowy” składnik chrześcijańskiej muzyki wydają się przybierać na sile i korzysta się z tego jako z czegoś ułatwiającego sprzedaż. Subtelna presja, aby nie mówić zbyt wiele o Jezusie czy głębokich duchowych sprawach wydaje się również jaśnieć.

Chciałbym w tej chwili zadać kilka oczywistych pytań:

Czy ktokolwiek szczerze może sobie wyobrazić apostołów czy któregokolwiek ze sług NT, że dopuściliby chore „gwiazdorskie” traktowanie, które jest tak powszechne dziś.

Czy możesz sobie wyobrazić ich jak tworzą sprytne przedstawienie zaznaczające ich własne centralne miejsce zamiast wskazywać na Boga? Czy możesz sobie wyobrazić któregokolwiek z nich klęczącego przed bożkiem przedstawienia – dążącego bardziej do wykonania przedstawienia niż zaszczepienia prawdy? Czy też usiłującego tak bardzo być „cool”, że „wyciszającego” duchową zawartość ich posłania? W końcu, czy możesz sobie w ogóle wyobrazić, aby którykolwiek z apostołów pobierał pieniądze przy drzwiach zanim dopuszczą ludzi do wejścia i usłyszenia ewangelii?

To ostatnie pytanie pojawia się jako fundamentalna sprawa w odniesieniu do znacznej części współczesnego chrześcijaństwa, ponieważ stało się całkowicie powszechne, nie tylko na młodzieżowych koncertach, lecz na spotkaniach z nauczaniem i seminariach, pobieranie od ludzi pieniędzy za wejście.

Tak nigdy wcześniej nie było. W rzeczywistości, powiedziałbym, że nie słyszano o takich pobierający pieniądze u drzwi w całym okresie chrześcijaństwa, aż do około 30 lat temu. Jest tak dlatego, że ta praktyka niezaprzeczalnie jest całkowicie sprzeczna z duchem Nowego Testamentu. Czyż Jezus nie powiedział: „Darmo wzięliście, darmo dawajcie” (Mat. 10:8)? Czy możesz sobie w ogóle wyobrazić Jezusa pobierającego u drzwi pieniądze, zanim ludzie będę wpuszczeni, aby wejść i posłuchać Go? Oczywiście, że nie! Jakże śmieszna sugestia! Dlaczego więc, my współcześni chrześcijanie czujemy, że możemy wyrywać się z tego typu działaniem? Czy nie zdajemy sobie sprawy z tego, że bardzo biedni ludzie, których Jezus zapraszał zostaną poza naszymi spotkaniami tylko dlatego, że nie będą w stanie zapłacić ceny wstępu? Jakąż to jest hańbą!

Jedną z głównych przyczyn tego, że ta praktyka wyrasta jak grzyby po deszczu w kościele, jest to, że jeśli zaprosisz wędrownego kaznodzieję do usługi, to w ten sposób możesz mu zagwarantować co najmniej pokrycie kosztów i zapewnić mu wypchany portfel. Nie potrzeba zbierać na tacę, opłata przy wejściu zapewni wpływy.

Niemniej jednak chciałbym powtórzyć ponownie, że taka praktyka jest absolutnie przeciwna duchowi Nowego Testamentu i przeciwko wyraźnym poleceniom Jezusa pozostawionym Jego uczniom. Jeśli służba jest namaszczona to ludzie chętnie dadzą i w ten sposób usługujący będzie zaopatrzony we wszystko. Po co uciekać się do pobierania opłat przy wejściu? Ja po prostu nie mogę się z tym zgodzić zupełnie

Poza kosztami, następną przyczyną tego, że współczesne chrześcijańskie wydarzenia mają tendencję do zbierania opłat za wejście jest tak zwana „wycena przedstawienia”, co oczywiście wraca nas do samego sedna problemu, który już dyskutowaliśmy. Podobnie jak John Blanchard (autor książki „Pop goes the Gospel”), postrzegam termin „ewangelizacja przez przedstawienie” (ang. „entertainment evangelism” – przyp. tłum.) jako całkowicie wewnętrznie sprzeczny. Nie ma czegoś takiego jak zabawianie kogoś do królestwa (dopóki nie dzieje się to w królestwie Disneyland’u). Jak już widzieliśmy prawdziwe uczniostwo wymaga głębokiego i poważnego oddania. Nie jest to błaha czy lekko traktowana decyzja. Widzieliśmy również jak poważny wpływ może mieć na samą ewangelię łączenie jej z bezmyślną rozrywką. Czysta nowotestamentowa ewangelia nigdy nie była przeznaczona do wykorzystania w rozrywce, a raczej zupełnie przeciwnie. Ona wysuwa na czoło sprawy wieczności, natomiast wszelka rozrywka ma w zwyczaju trywializować sprawy, którymi się zajmuje. Zatem próby łączenia ewangelii z rozrywką zawsze powodują, że cierpi na tym ewangelia. Niemniej nie dziwi mnie, że w dzisiejszym klimacie pobiera się od ludzi opłaty wejściowej za „wartość przedstawienia” naszych chrześcijańskich wydarzeń. W rzeczywistości mówi to bardzo wiele o faktycznej zawartości takich wydarzeń, prawda?

Wierzę, że dzisiejsi chrześcijańscy wokaliści i zespoły muzyczne muszą zdecydować czy zamierzają zabawiać czy usługiwać. Nie mogą robić tych dwóch rzeczy równocześnie. Jeśli zamierzają zabawiać to niech po prostu bawią ludzi nie roszcząc sobie pretensji do chrześcijańskiej służby, lecz jeśli zamierzają to, co robią nazywać „chrześcijańskim” lub „służbą” to niech lepiej przestają pobierać od ludzi pieniądze za przyjście i posłuchanie ich! „Darmo wzięliście, darmo dawajcie”. Jest to jedyny sposób działania jeśli prawdziwie zamierzamy służyć Jezusowi w miejscach publicznych.

Mówiąc powyższe na temat rozrywki itd. chcę wielokrotnie podkreślić, że z pewnością jest rzeczywiste miejsce dla muzyki (włączając w to muzykę rockową i wszelką inną) jako chrześcijańską formę wyrazu Bożego serca, jak i naszego serca wobec Boga. To nie korzystanie z tej muzyki niepokoi mnie, lecz raczej motywacje, podejście i zamiary serca wobec tej muzyki (Więcej na ten temat będzie później, wraz z moimi osobistymi doświadczeniami).

Oczywiście, mówiąc w ten sposób na temat chrześcijańskiego przemysłu muzycznego nie chcę wrzucić wszystkiego do jednego worka. Są setki chrześcijan, którzy są w tym przemyśle zatrudnieni i wielu z nich ma tylko najwyższe motywacje wobec tego, co robią. Należy również powiedzieć, że pomimo ich własnej wewnętrznej integralności i dobrych intencji, dzieje się wiele niezadowalających rzeczy na chrześcijańskiej scenie młodzieżowej. Podobnie, oczywiście, nie wszystkie służby muzyczne uległy światowej presji i poddały się płytkiej cool’owej filozofii, lecz niestety wielu tak. Kompromis, wydaje się, szybko staje się czymś na porządku dziennym.

Inna główną przyczyną wzrostu tego kompromisu, o którym jeszcze nie dyskutowaliśmy, jest przekraczanie barier – potencjał dzisiejszych zespołów chrześcijańskich. Innymi słowy, we współczesnym przemyśle jest możliwe dla chrześcijańskiego artysty „wkroczyć” (przekroczyć barierę) do głównej listy przebojów ze swoją muzyką i kilku z nich zrobiło to. Lecz jakim kosztem?

Osobiście wierzę, że irlandzka grupa rockowa U2 była jednym z najważniejszych, widocznych wpływów na chrześcijańskiego rocka w ciągu ostatnich piętnastu lat (choć już teraz nie tak bardzo). Od samego początku było wiadomo w młodzieżowych kręgach chrześcijańskich, że ten nowy, ekscytujący zespół – ta „nowa wielka sprawa” był niemal chrześcijańskim zespołem. (Trzech członków było nieortodoksyjnie, charyzmatycznie wierzących, włączając w to czołową postać, autora tekstów Bono). Dobrze pamiętam ich album z połowy lat osiemdziesiątych „War” (Wojna) z ich zawoalowaną proroczą symboliką. Nawet raz było wymienione imię Jezus (w „Sunday Bloody Sunday!”)! Było to wielkie nagranie pod wieloma względami – któremu już nigdy nie dorównali (pomijając późniejszy szum wokół nich). I był to hitowy album na świeckiej scenie! Nagle okazało się, że można być „cool” w oczach świata i równocześnie utrzymać swoje chrześcijaństwo.

Wielu młodych chrześcijańskich muzyków wówczas podniosło się i zanotowało ten fakt. Tak samo zrobił w ogólności cały przemysł. Subtelne (na wpół ukryte) chrześcijaństwo sprzedaje płyty w nurcie głównym! Pokuszenie, aby ukryć lub zanurzyć pod powierzchnia czyjeś chrześcijaństwo nagle stało się bardzo realne dla mnóstwa młodych chrześcijańskich autorów pieśni. No, przede wszystkim, czy nie lepiej jest zdobyć powszechny sukces przez połowiczne ukrycie swego chrześcijaństwa niż pozostać jawnym chrześcijaninem i sprzedawać płyty tylko chrześcijanom? To było wielkie pokuszenie i wielu popadło w nie (razem ze mną kilka lat temu). Cała idea przekraczania barier (i kompromisu) nagle stała się bardzo realna i bardzo zwodnicza. Wielu z nas było gotowych do kompromisu wobec zawartości w tekście naszych chrześcijańskich pieśni na rzeczy świeckiego sukcesu. To właśnie wtedy słowo „Jezus” zaczęło się pojawiać wśród pojawiających się chrześcijańskich grupy coraz mniej i mniej.

Na początku lat 90-tych, gdy wraz z moją żoną założyliśmy nasz nowy, alternatywny zespół byłem świadomy całej idei przekraczania barier i wiedziałem dokładnie, że jest to ta polityka, która zaprowadzi nas do świeckich klubów. Gdy przychodziło do pisania nowej partii pieśni dla naszego zespołu, wiedziałem, co trzeba robić. Doprowadzałem do tego, że ta odrobina „chrześcijańskiej” zawartości była tak dobrze ukryta, że w końcowym rezultacie nikt na podstawie naszych pieśni nawet nie wiedział, że jesteśmy chrześcijanami! A najbardziej wstrząsające ze wszystkiego było to, że ja sam sądziłem, że robię Bogu przysługę ukrywając wszystko w taki sposób. Szczerze myślałem, że mamy większą szansę na zdobycie ludzi dla Boga robiąc w ten sposób. Jakże ślepi i zwiedzeni przez samych siebie my, ludzie, możemy być czasami. Mówimy o wstydzie wywoływanym przez imię Jezusa!

Jak już wcześniej wspomniałem, potrzeba było serii niezwykłych (choć pomniejszych) nieszczęść zanim zwolniłem na tyle, aby Bóg mógł doprowadzić mnie do zrozumienia, że to, co robiłem było złe i dopiero wtedy byłem w stanie zobaczyć jak niewiarygodną stratą czasu i wysiłków było to wszystko. To nie była Boża droga! Pójście na kompromis ze wszystkim tylko po to, aby „to zrobić”. Cóż miałem nadzieję osiągnąć? Głębokie poczucie żalu i przekonanie o grzechu zalały mnie i wiedziałem, że muszę pokutować przed Bogiem.

Niestety, wierzę, że jest ogromna ilość młodych, chrześcijańskich autorów pieśni, którzy przyjęli to samo kłamstwo co ja. Radiowe fale młodzieżowych stacji są pełne pieśni, które tryskają poetycką i fajną mądrością, lecz jak często możesz usłyszeć coś, co brzmi tak, jakby pochodziło z samego serca człowieka, żyjącego w bliskiej relacji z Bogiem? Gdzie są współcześni Dawidowie? – szukający, wołający duchowi psalmiści i prorocy naszego pokolenia? Czy to możliwe, aby się głęboko duchowo zanurzyli po to, aby znaleźć się w płytkim, popularnym centrum uwagi? Osobiście wierzę, że obecnie płacimy bardzo słoną cenę za to podejście „kompromisu i przekraczania barier, ponieważ pomogło to zatruć wszystko, co dotyczy współczesnego chrześcijaństwa młodzieży. Jak powiedział sam Jezus: „Kto bowiem wstydzi się mnie i słów moich przed tym cudzołożnym i grzesznym rodem, tego i Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale Ojca swego z aniołami świętymi” (Mk. 8:38). Nie chodzi o to, że jestem przeciwko chrześcijańskim pieśniom, które pojawiają się wysoko na świeckich listach przebojów, jestem w pełni za tym (więcej na ten temat później), lecz musza one być otwarcie CHRZEŚCIJAŃSKIMI pieśniami; nie na wpół ukrytym, subtelnym chrześcijaństwem w przebraniu świeckiego hitu.

Jeśli nie wielbimy Boga bez zawstydzenia to nie powinniśmy śpiewać w cale – tak to teraz widzę i obawiam się, że nie jestem już więcej chętny do podejmowania kompromisów w tej dziedzinie. Nie znaczy to, że chcę z tego powodu słyszeć na chrześcijańskiej płycie tekst „Alleluja, chwalmy Pana!” co pięć sekund. O ile fajne (cool) gitarowe zespoły nie robią na mnie wielkiego wrażenia, muszę powiedzieć, że nie robi również tego wrażenia cukierkowe brzmienie gospel z Nashville tak często puszczane przez starsze chrześcijańskie radiostacje. (Czy to Bóg pragnie, aby taka mdła, bezbarwna muzyka reprezentowała Jego Syna?). Nie mówię więc, że powinniśmy napełnić nasze pieśni oklepanym komunałem „alleluja, chwalmy Pana”, lecz wierzę, że powinniśmy napełniać nasze pieśni otwartym, niezawstydzonym i głębokim wyrazem naszych serc wobec Boga i Jego serca i powołania dla nas. I choć powinno to być poetyckie to nie powinno być w tym nic „ukrytego”.

Innym aspektem jest stare powiedzenie: „Środek wyrazu jest przesłaniem” (The medium is the message), które bardzo często jest prawdziwe w stosunku do muzyki w ogóle. Innymi słowy, uczucie, nastrój i rodzaj muzyki, która jest używana (medium) bardzo często wpływa na ogólne „posłanie” pieśni, często nawet przeważając nad tym, co ma do powiedzenia tekst. Dla przykładu, jeśli usiłujesz połączyć radosny tekst chwały z smutną, pogrzebową pieśnią, ludzie zawsze będą bardziej pod wrażeniem muzyki niż tekstu i będą pamiętali, że to smutna pieśń. Jest to bardzo ważny aspekt w muzyce. Nastrój i czucie, które tworzy często mówi więcej niż sam tekst. To dlatego mamy wiele wątpliwości dotyczących współczesnych typów muzyki i ich faktycznej przydatności w zastosowaniu do chrześcijaństwa.

Na przykład w ostatnich latach występowała seria wiedzionych niepokojem, depresyjnych alternatywnych zespołów, które bardzo znacznie urosły na świeckiej scenie muzycznej. Nawet pewna liczba „zachwaszczonych” zespołów (teraz już przeminęły) miała ten posmak przenikający ich muzykę. (Wiodący wokalista Nirvany doprowadził to do skrajności strzelając sobie w głowę z pistoletu). Ten rodzaj muzycznego uczucia jest całkiem właściwy jeśli wszystko, co chcesz osiągnąć to promocja umysłowo zdrętwiałego nihilizmu, samobójstwa i depresji. Lecz pomódl się i powiedz, które chrześcijańskie wartości czy atrybuty pasują do takiej muzyki? Czy jest jakikolwiek fragment chrześcijańskiego posłania czy przeżycia, który może być właściwie przekazany poprzez tego rodzaju brzmienia? Muszę poważnie powiedzieć, że wątpię w to (chyba, że jest to pieśń o Bogu ignorowanym i odrzucanym. Lecz nawet wtedy wątpię czy pastowałoby to dobrze). A w końcu, czy nie jest prawdą, że są chrześcijańskie zespoły, które usiłują imitować to brzmienie?

Jest wiele współczesnych świeckich zespołów, które grają pieśni przeznaczone, i szczególnie nadające się, do doprowadzenia tłumu do szaleńczego tańca, w którym uczestnicy rzucają się na siebie. Czy ktokolwiek może mi wskazać, które dokładnie wartości czy atrybuty dobrze pasują do tej muzyki? Czy bezmyślny hedonizm ma jakiekolwiek miejsce w chrześcijaństwie? Nie sądzę. A jednak znajdują się chrześcijańscy artyści, którzy usiłują dziś dopasować „chrześcijańskie” sentymenty do tego rodzaju brzmienia. Jak już wcześniej powiedziałem, szczególnie prawdziwe jest w stosunku do muzyki to, że „medium (środek wyrazu) jest przesłaniem”. Innymi słowy, brzmienie, odczucie pieśni zazwyczaj więcej mówią niż sam tekst. Przekazywany nastrój jest tym, co zazwyczaj przemawia najgłośniej, a dopiero później słowa pieśni (w tej kolejności).

A zatem wierzę, że jest to krytyczne miejsce dla piszących teksty pieśni, aby nauczyli się dopasowywać chrześcijańskie odczucia i przesłanie naszych tekstów do odpowiedniego muzycznego odczucia. Nie jest dobrze medytacyjnie czcić Boga używając siekącej, grzmiącej muzyki.

Nie jest również dobre używanie cichej, natchnionej muzyki, gdy wzywamy Boży lud od walki! Muszę powiedzieć, że również mam wątpliwości co do tego czy współczesne hip-hopowe czy „trance’owe” rytmy nadają się do powiedzenia czegokolwiek z rzeczywistą duchową głębią (przypuszczam, że tak samo było na początku rock ‘n’ roll’owego stylu Bill Heley’a). Pewne style muzyczne wydały się oddać siebie pustocie i powierzchowności bardziej niż inne.

Są też skrajne przykłady, lecz musimy być bardzo świadomi tego, że pisząc pieśni, musimy duchową zawartość tekstu faktycznie dopasować do muzyki, ponieważ zbyt często wydaje się nie być tak współcześnie i to, co chrześcijańskiego tam jest cierpi z powodu muzyki, z którą zostało połączone (to również pomaga „ukryć” te chrześcijańskie aspekty). Powiem nieco więcej na temat praktycznych warunków tego, co to wszystko znaczy dla naszego obecnego zespołu nieco dalej w tej książce.

W tym rozdziale długo i dokładnie przyglądaliśmy się chrześcijańskiemu przemysłowi muzycznemu i pewnym odpowiadającym im mediom. Wierzę, że ten przemysł jest tak ważny, ponieważ dla wielu młodych ludzi jest to okno, przez które widzą oni chrześcijaństwo i ewangelię. Ma on również niewiarygodny wpływ na wartości i standardy młodych chrześcijan. Doradza im również rozróżniać w tym, co jest „normalne” wśród młodzieży chrześcijańskiej, co jest dla Boga do zaakceptowania oraz to jakiego rodzaju motywacje i zachowania są we współczesnym chrześcijańskim świecie nagradzane. Zatem te media są obecnie niezwykle ważne, szczególnie dla naszej młodzieży.

Jak widzieliśmy, wiele aspektów chrześcijańskiego przemysłu młodzieżowego pozostawia wiele do życzenia w wielu aspektach. W rzeczywistości, jak stwierdziłem, wierzę, że obecna sytuacja jest bardzo realnym „kryzysem”, którego reperkusje będą miały niszczący wpływ na wiele najbliższych lat, dopóki nie zostanie coś drastycznego zrobione. Nie mam żadnego przekonania co do tego, że chrześcijański przemysł muzyczny zreformuje się sam, nie licząc jakichś kosmetycznych zmian. W grze jest po prostu zbyt wiele pieniędzy i jest zbyt łatwo żyć trwając w obecnym status quo. Właśnie dlatego wierzę, że Sam Bóg jest bliski potężnego potrząśnięcia i reformacji tego przemysłu. Ponieważ to Bóg wyraźnie w Piśmie pokazał, że On nie może mieszkać w letnim kościele i jest oczywiste, że szczególnie ten przemysł jest wyjątkowo oddany letniości przenikającej chrześcijaństwo (być może jest po prostu przesadzonym jego odbiciem?).

Na całym świecie w ostatnich latach jest nieustannie przekazywane modlącym się chrześcijanom słowo prorocze o tym, że Bóg jest bliski nawiedzenia Swojego kościoła i odpowiednich instytucji potężnymi „wstrząsami”.  Jako pisarz wyspecjalizowany w badaniu minionych Reformacji i poruszeń Bożych, powiedziałbym, że nie jest to pusta pogróżka, ponieważ Bóg wielokrotnie poruszał się w historii z potężnym hukiem i bezwzględnością, gdy letniość przytłaczała Jego ludzi – burzył i budował. Wierzę, że dzisiejsza sytuacja dojrzała do takiego działania. Nie dziwi mnie, że modlący się i proroczy ludzie na całym świecie słyszą od Boga to samo w tej sprawie. Muzyczny przemyśle – uważaj! Ponieważ wyraźnie nadszedł czas, jak to już było wiele razy w historii, na Sąd ‘nad domem Bożym” (1 Ptr. 4:17)

продвижение сайта

[Głosów:1    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.