Naucz nas modlić się

Kevin T. Bauder

Przypuszcza się, że to Mark Twain jest autorem powiedzenia: Wszyscy mówią o pogodzie, lecz nikt nic z tym nie robi. Niemal to samo można powiedzieć o chrześcijanach, jeśli chodzi o modlitwę. Wiemy, powinniśmy się modlić wiemy jak ważna jest modlitwa, mówimy o modlitwie, głosimy o modlitwę, a nawet wydajemy książki na ten temat. Niemniej, w przypadku większości chrześcijan niewiele jest tej modlitwy.

W rzeczywistości, większość chrześcijan ma niewielkie pojęcie o tym, jak się modlić. Zazwyczaj mówi się im, że modlitwa to “rozmowa z Bogiem”. Rzeczywiście tak jest, lecz jak wielu z nas trwa długo w rozmowie z niewidzialnym, niesłyszalnym partnerem? Z pewnością mamy mówić do Boga, lecz o czym mamy rozmawiać? Co mamy mówić?

To zakłopotanie nie jest niczym wyjątkowym u współczesnych chrześcijan. Najwyraźniej uczniowie Jezusa przeżywali coś podobnego. Po przyjrzeniu się, jak Jezus rozmowa ze Swoim Ojcem, poprosili Go: „Panie, naucz nas modlić się” (Łk. 11:1). Jezus nie wzgardził ich prośbą, nie zgromił ich ani nie wyśmiał, lecz nauczył ich modlić się. Przekazał im nawet wzorzec, model modlitwy, w której oni powinni umieścić swój troski i wyrażenia.

Uczniowie Jezusa musieli zostać nauczeni tego, jak się modlić. Modlitwa nie przychodziła im w sposób naturalny, nie wiedzieli intuicyjnie jak to robić. Skoro nawet uczniów trzeba było nauczyć, jak się modlić to nie jest nierozsądne założenie, że chrześcijanie w XXI wieku też muszą się czegoś nauczyć. Modlitwa nie jest czymś, co robimy instynktownie, jak gęsi wędrujące na swoje miejsce docelowe. Jeśli mamy się modlić skutecznie, musimy zostać nauczeni, jak to robić.

Wiem, że modlitwa jest ważna. Wiemy również, że modlitwy trzeba się nauczyć. W konsekwencji możemy przypuszczać, że chrześcijański świat będzie pełen dojrzałych wierzącymi, którzy szkolą młodszych wierzących w modlitewnym życiu. Gdybyśmy tego oczekiwali, bardzo byśmy się rozczarowali. Nawet pośród chrześcijan, którzy dumni są ze swej wierności Bogu i ewangelii (nie wspominając o swym oddzieleniu od kompromisu), modlitwa rzadko jest nauczana w systematyczny i formalny sposób. Współcześnie chrześcijanie prowadzą mnóstwo szkół i seminariów, które szkolą pastorów i misjonarzy, lecz mało które z nich wymaga jakiejkolwiek formalnej nauki modlitwy. Czy dziwne jest więc, że te instytucje wychowały pokolenia liderów, których życie modlitewne jest przypadkowe?

Oczywiście, niektórzy rzeczywiści uczą się modlić. Niemniej, typowe jest to, że się uczą, nie dlatego są uczeni, lecz dlatego, że są pociągani do modlitwy. Opatrzność dopuszcza do takich przeciwności i trudności w ich życiu, że nie mają się gdzie zwrócić jak tylko do Boga. Cierpienia ich duszy wypływają z ich serc w wołaniu do Wszechmogącego. Walą w zewnętrzne barykady niebios (bądź tak czują) dopóki nie odkryją, że przez cały czas stali w miejscu najświętszym.

Ludzie zdesperowani uczą się modlić. Pod naciskiem życiowych okoliczności badają Pisma, w poszukiwaniu nauki o modlitwie. Gdy już raz zaczną się gorliwie modlić, otrzymują odpowiedzi. Im więcej odpowiedzi, tym większa przenikliwa świadomość charakteru Boga do którego się modlą. Stają się też coraz bardziej wrażliwi na Jego obecność w swoim życiu, i rzeczywiście, cały życie staje się częścią konwersacji z Bogiem.

Jak już widzieliśmy, niektórzy uczą, ponieważ zostają zmuszeni do tego przez życie. Są też tacy, którzy są pociągani do modlitwy przez czytanie Pisma. Inni niemal przypadkowo stają się uczniami modlącego się mentora. Ci nieliczni nauczą się modlitwy.

To, że jest ich niewielu, jest bezdyskusyjne. Nie potrzeba badań statystycznych Barny czy Gallupa, aby o tym wiedzieć, wystarczy podsłuchać tych modlitw, które można usłyszeć kościołach.

Idea spotkania modlitewnego, oczywiście, dawno wymarła. Nawet te kościoły, które uważają, że prowadzą spotkania modlitewne, niemal zawsze zmieniają formę tych spotkań na Biblijne studium. Czas modlitwy jest relegowany do ułamka spotkania, a większość zajmuje werbalizacja potrzeb bardziej jedni drugim, niż Bogu. Spędzamy więcej czasu na proszenie innych o modlitwę, niż rzeczywiście spędzamy, modląc się.

Same modlitwy są przerażające, choć moglibyśmy uważać, że źle jest tak mówić. Krytykowanie modlitwy innych jest uważane za coś podobnego do krytykowania preferowanych dezodorantów czy bielizny – zbyt osobiste rzeczy, aby miało to kogokolwiek obchodzić. Mimo wszystko, jeśli ludzie zaczynają nosić swoją bieliznę na zewnątrz ubrań, możemy mieć coś do powiedzenia na temat tego, co dobrze wpływa na zgromadzonych świętych. To samo jest z modlitwą: to co jest wypowiadane publicznie nie jest już wyczajenie osobiste, lecz wpływa na całe ciao modlących się wierzących.

Niemal żadne inne publiczne miejsce poza spotkaniami modlitewnymi, nie oferuje takiego popisu braku umiejętności wysławiania się. Możemy wierzyć w to, że modlitwa jest rozmową z Bogiem, lecz ilość bezmyślnego powtarzania, pustych frazesów, i dźwiękonaśladowczych wypełniaczy, udaremniła by normalną konwersację. Nawet wypowiadane szczere herezje są akceptowane z uprzejmą obojętnością (np. „i, Ojcze, dziękujemy ci, za rozlanie krwi za nas na krzyżu. W twoim imieniu modlimy się, amen”). W czasie normalnej rozmowy taki poziom bezmyślności byłby potraktowany jako nieuprzejmość, bądź nawet zniewaga.

Wydaje się, że współcześni chrześcijanie, jeśli chodzi o modlitwę, natrafiają na dwa problemy. Jednym jest to, że wielu po prostu się nie modli. Drugi zaś to fakt, że gdy się już modlą to modlą się źle. Nie jest to żadną miarą problem ograniczony do wyizolowanych przypadków, jest wszechobecny.

Można by się zastanawiać, co by było, gdyby współcześnie chrześcijanie przeżyli nagły przełom w modlitwie. Jak byśmy się zmienili? Jak Bóg mógłby odpowiedzieć? Jakie odpowiedzi moglibyśmy widzieć? Dowiemy się tylko wtedy, a będziemy modlić się wtedy, gdy będziemy wiedzieć jako.

Panie, naucz nas modlić się.

 продвижение

[Głosów:12    Średnia:4.7/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.