Przedsłowie do książki „Pastor jest nagi!”

Moje przedsłowie o książki Jona Zens’a “Pastor jest nagi!”.

Neil Cole

James D.G. Dunn naświetlił pewien poważny problem, mówiąc; „pewne wczesne stwierdzenia dotyczące kapłaństwa w przemyśle,… wskazują na to, że Kościół nie był obecny w przemyśle (w sensie ‘w miejscu pracy’ – przyp.tłum.) jeżeli, i dopóki, ordynowany duchowny nie zajął się ludźmi z produkcji”. Idea, jakoby duchowieństwo musiało być obecne po to, żeby kościół istniał i funkcjonował jest jednym z najskuteczniej pozbawiających sił ciało Chrystusa założeń. Zbyt wielu w kościele i na świecie wierzy, że nie można być kościołem, bez obecności duchownej osoby. Zamiast kapłaństwa wszystkich wierzących (kapłanów), skończyliśmy na „ławkowiczach” – odrętwiałych obserwatorach udających ciało Chrystusa (ang. nieprzetłumaczalna gra słów: „priesthood” a „pewhood”).

Na początku mego chrześcijańskiego życia byłem karmiony doktryną o tych nielicznych, którzy mają szczególne powołanie, ordynowanych do przewodzenia innym. Sam wierzyłem, że do nich należę i poszedłem do seminarium, aby się nauczyć jak służyć kościołowi w tym „świętym powołaniu”. Aby umocnić to poczucie, że jestem specjalny, zaliczyłem procedurę uzyskania licencji i ordynacji. Pamiętam, że chciałem raz na zawsze ustalić doktrynalny fundament stanowiskowej władzy (autorytetu) dla pastora, lecz zostałem straszliwie rozczarowany jaskrawym brakiem biblijnego poparcia. Niemniej, nie powstrzymało mnie to, podobnie jak liderów przede mną, i to wsparcie znalazłem w tych miejscach, w których go nie było. Przyjąłem dużo przypuszczeń i wielokrotnie wczytywałem moje własne skłonności w tekst… a nikt tego nigdy otwarcie nie kwestionował.

Takie też było moje życie aż do chwili, gdy Bóg ostatecznie przebił się przez ten śmietnik w mojej głowie wyraźną i głęboką prawdą. Gdy kłamstwo zostało wykorzenione i zastąpione prawdziwym biblijnym punktem widzenia, zmieniło się wszystko, a implikacje odniosły skutek w każdej dziedzinie życia jako naśladowcy Króla.

 W rzeczywistości jest tak, że umieszczamy naszą wiarę w niewłaściwym miejscu, wierząc, że potrzebujemy jakiegoś odpowiedzialnego za coś człowieka bardziej niż potrzebujemy Ducha Świętego. Wątpimy w to czy Duch Święty wystarcza, aby poprowadzić spotkanie i, zamiast niego, nadzieja spoczywa na jednym liderze, który słucha Boga, tak jakby on/ona mógł nam powiedzieć to, co mamy usłyszeć sami. W ten sposób pomijamy jakąkolwiek wspólną interakcję z zamieszkującym w nas Duchem Bożym i ze sobą nawzajem. Jakże to jest absurdalne, gdy ufamy bardziej ciału niż Duchowi. Ostatecznie mamy tak mało wiary w prowadzenie nas przez Wielkiego Pasterza, że stał się On podobny do nieobecnego króla, który oddelegowuje swoją odpowiedzialność nielicznym. Oczywiście to nieprawda, lecz w taki sposób funkcjonujemy. Naszym problemem jest wiara. Jasne i proste: nie wierzymy, że On może i chce nas prowadzić.

W tej głębokiej książce, Jon Zens, dotkliwie uderza w sedno tej sprawy następującym pytaniem: „Pomyśl wraz ze mną przez chwilę: Jaki wielki religijny chaos powstałby, gdyby nagle, jutro, zrezygnowali pastorzy 1000 największych kościołów w Ameryce?”

Wdzięczny jestem Jonowi za jego umysł i pióro, które są darem dla organicznego kościoła i, ogólnie mówiąc, królestwa. Rozdział pt.: „A co z Pawłem i kobietami?” jest znakomity! Ta książka jest zarówno inteligentnym jak i dobrze uzasadnionym wkładem do serii na temat tej powszechnie pomijanej sprawy, którą musimy się zająć współcześnie w ciele. Jak stwierdza Jon: „Istotą jest to, że w czasie spotkań organicznych przywództwo Ducha Świętego jest płynne i po pewnym czasie prowadzi do zaangażowania się wszystkich. Jeśli grupa oczekuje od kogoś, że sprawy będą się gładko toczyć dzięki niemu i jego udział w spotkaniu będzie bardziej istotny od  innych, wtedy żywy Chrystus rozwijający się przez wszystkie części jest zasmucany”.

Nauczam podobnych rzecz od pewnego czasu. Jedną z najbardziej ironicznych rzeczy, jest słyszeć zastrzeżenie pastorów, że gdyby w ten sposób rzeczywiście prowadzili kościół to nie mogliby się cieszyć ze spełnienia, wynikającego z używaniu swego daru w kościele. Wtedy pytam: „Czy zatem wszyscy inni powinni złożyć swoje dary na stole, aby pastor miał dobre samopoczucie ze swego własnego spełnienia?” W taki sposób komentuje to Jon: „Ci, którzy utrzymują swoje przywódcze pozycje w instytucjonalnym kościele muszą przybić do krzyża swoje ambicje  i swoją historię tego jak „byli z przodu”. Muszą zająć swoje właściwe miejsce, jako zwykli bracia czy siostry wśród innych braci i sióstr. Jeśli tak się nie stanie to grupa z całą pewnością wróci do zinstytucjonalizowanej formy, co oznacza przywłaszczenie sobie przywództwa Jezusa”.

Powtórzmy: jest to sprawa wiary; zaufania do tego, że Duch Chrystusa chce tego, aby całe Jego ciało było spełnione i wykorzystane, nawet pastorzy i nauczyciele. Tak, może to zostać wypełnione w sposób inny od naszych oczekiwań, lecz spełnienie jest zawsze satysfakcjonujące. Może być inne, lecz nie będzie zniechęcające.

W bajce Hansa Christiana Andersena chłopiec wykrzykuje głośno słowa obnażając głupotę, z której zresztą wszyscy zdają sobie sprawę i cała śmieszna parada kończy się. Jon, choć już nie dziecko, mimo wszystko wykrzykuje bardzo wyraźnie: „Pastor jest nagi!”. Już czas zatrzymać paradę próżności i wiwatów na własną cześć pobudzanych przez fałszywych pseudo artystów, którzy ukradli Królowi bogactwo i wrócić do normalnego życia,… w pełnym ubraniu.

 – – – – – – – –

-Neil Cole

Author of Organic Church, Organic Leadership,

Search & Rescue, Church 3.0 and Journeys to Significance

раскрутка сайта

[Głosów:7    Średnia:5/5]

6 comments

  1. W śmietniku spamów, który tutaj dostaję, zginął mi jeden bardzo ciekawy komentarz o tym, jak to jakaś grupa czy zbór wyszła z tego hierarchicznego systemu, po czym do niego wróciła,.. jeśli można, proszę o ponowne wpisanie, bo nie mogę już go odnaleźć, skasował się bezpowrotnie.

  2. DO CHIEFER: Myslę ze wiesz jak zrobic, by nie bylo frustracji, bylejakości. Pokaż sposob na zycie w ktorym jest Moc żywego Chrystusa a pojde razem z Toba by zyc tak samo, czerpac radosc ze zbawionych dusz, uzdrowionych cial, uratowanych malzenstw itp. Nikt nigdy niczego nie zmienil mowiac o tym ze jest nie tak. Zmienil i zrewolucjonizowal ten co umarl, w ktorym zyje wylacznie Chrystus. Jego wonnosc a wlasciwie samego Pana w nim jest tak silna, ze nie mowiac nic powoduje ze ludzie pokutuja i pragna pilnie Jezusa teraz. Ewangelia dziala kiedy „nie żyjesz”a żyje w tobie Pan. Życze nam wszystkim tego, bo stworzenie oczekuje synów Bożych.
    Pozdrawiam

  3. Dobrze pamiętam dyskusje na, jeszcze wtedy, listach dyskusyjnych, jak to atakowano KK, żeby „nikogo nie nazywać ojcem, bo jeden jest wasz Ojciec w niebie”, ale dalszej częsci nikt nie cytował, dziś mamy w małych 100 osobowym zborze więcej „liderów” = dosłownie przewodników, niż mają wielotysięczne parafie ojców. Oczywiście nie wolno wylać dziecka z kąpielą, przywództwo musi istnieć, ale musi być ono oparte na duchowym i moralnym autorytecie zdobytym przez wierzącego, a nie z odgórnego przydziału i po zaliczeniu odpowiednich szkół.

  4. Dwadzieścia lat temu, kiedy było jedno z wielu mini przebudzeń, wielu z nas wychodziło lub było „wychodzonych” 😉 z KK. Przez lata byłam świadkiem (często była to reakcja na odrzucenie i pomówienia, ale nie tylko) kpin z kościelnictwa, mszalnictwa, niedzielnego chrześcijaństwa, władzy kleru, bierności owiec, wyciągania pieniędzy, umiłowania tytułów, blasków, tworzenia kast, wydawania ciężkiej kasy na złocenia i hafty 🙁

    Mieliśmy być lepsi, bardziej kochający Jezusa, wiedzący „o co w tym chodzi”…

    A dziś…Znów chodzimy do kościoła, zamiast nim po prostu być, tak jak to było na początku…

    A jutro? Nasze dzieci wyjdą z naszych kościołów, założą nowe wspólnoty, kpiąc z kościelnictwa, nabożeństwowości, niedzielnego chrześcijaństwa… … … … …

    Obudzimy się???
    Dałby Bóg…

  5. Mentalność nabożeństwowa okradła nas z Bożego życia. To jest kanał w który daliśmy się wpuścić. Człowiek myśli że skoro zaliczył niedzielne nabo, posłuchał Pana w krawacie i pośpiewał kilka topowych chrześcijańskich pieśni, to jest wszystko OK i jest na właściwej drodze, a później… aby do następnego nabo. Liderzy z kolei myślą że najważniejsze żeby „oni” chodzili na nabożeństwa i słuchali naszych kazań i klaskali w trakcie pieśni kołysząc się miarowo, wtedy wszystko jest OK.
    I tak tym sposobem i liderzy i nie-liderzy i cały kościół żyje walcząc z ciągle nasilającą się frustracją, posilani jedynie podczas eventów typu konferencją ze znanym kimś-tam. Nawet nie zdajemy sobie sprawy ilu sfrustrowanych liderów jest w naszych kościołach i ilu pełnych pretensji wierzących z drugiej strony. Znam to od podszewki.

  6. Mądrze powiedziane. Jak często naszą tożsamość w Chrystusie, naszą codzienną relację z Nim, nasze codziene szukanie Go i odczytywanie Jego woli i podążanie za tym, co On wkłada do naszego serca zastąpiliśmy mniej lub bardziej biernym uczestniczeniem w niedzielnych nabożeństwach a nasze poczucie bezpieczeństwa i sprawiedliwości czerpiemy z tego, że jesteśmy w jakiejś „służbie” w kościele i dajemy dziesięcinę zamiast z tego kim On się dla nas stał i kim nas samych uczynił. Patrząc uczciwie w swoje serce bardzo często okaże się, ze uczestniczenie w różnych formach działalności kościoła stało się substytutem prawdziwej relacji z Chrystusem, próbą zagłuszenia wewnętrznej pustki i samousprawiedliwienia sie, że ‚ze mną jest wszystko w porządku’. Chrystus jest naszym pasterzem i przede wszystkim jako owce naszym powołaniem jest słuchanie Jego głosu i podążanie za Nim. Oczywiście Bóg może i mówi często przez innych ludzi, ale nie może to i nie nie zwalnia nas to od słuchania przede wszystkim Jego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.