Coś jest nie tak

Logo_VanCronkhite

Wiesz o tym. Ja to wiem. Gdybyśmy nie wiedzieli to po co mielibyśmy zmagać się z tymi potężnymi bardzo potrzebnymi słowami zaczynającymi się od „re”: reformacja, restauracja, rewolucja, odnowienie (ang.: renew), ożywienie (ang: revive)…. Badamy, szukamy, tworzymy jakbyśmy mieli zbudować coś nowego pod słońcem, coś unikalnego odkrytego przez nasze pokolenie mistyków i teologów, a chodzi o nowy wygląd, nową formę kościoła, coś, czegoś czego jeszcze nie widziano.

Ale co, jeśli w całych naszych ulotnych staraniach przedefiniowania (re-define) kościoła zupełnie nie chodzi o formy, struktury, doktryny, tradycje, czy kulturę? A co, jeśli o wiele bardziej chodzi tutaj o wejście i uchwycenie nadnaturalnej rzeczywistości, nadnaturalnego Królestwa? Bo to tutaj, i wyłącznie tutaj, odkrywamy Kogo nam brakuje i to, że nie jest to forma ani struktura.

Być może mniej troszczylibyśmy się o formę, gdybyśmy weszli do Jego Królestwa i odnowili tylko ten jeden, najbardziej lekceważony składnik, ten jedyny składnik, który sprawia, że temu Królestwu nie można się oprzeć – miłość. Być może, po prostu być może, Kościół po jaki Pan wraca znacznie bardziej potrzebuje nadnaturalnej przemiany, którą On organizuje od wewnątrz, a nie od zewnętrznego opakowania jakie jest wyrazem kościoła; bardziej chodzi o „bycie” niż o jakąś szczególną formę czy strukturę, czy statystycznie mierzalny wzrost, czy przychód.

Gdy to wszystko zrobiono i powiedziano, może Pan bardziej troszczy się o tą pojedynczą kwestię: „Czy przyjąłeś moją miłość i czy przekazujesz ją dalej?”

Zastanów się ponownie: Bóg posłał swego Syna, aby ogłaszać Królestwo – oparte na miłości, nadnaturalne relacyjne Królestwo – i zaprosić nas, abyśmy do niego weszli. Stulecia istnienia form i tradycji zepchnęły nas na pobocza religijnych struktur i organizacji i rozwodniły wersje głoszenia Królestwa. Ups…”coś jest nie tak” jeśli chodzi o Kościół.

A co by było, gdyby świat rzeczywiście poznał, że jesteśmy uczniami Chrystusa po miłości wzajemnej? Co by było, gdyby nasza miłość spowodowała, że świat, a nawet Kościół, zwróciłby się do Niego tak, że nasze „bycie” miłością mogłoby powstrzymać głupotę naszych oderwanych metod prozelityzmu (nawracania – przyp.tłum.), które polegają na tym, aby zrobić wszystko, co się da pod słońcem, aby dorwać ludzi, którzy pomodlą się jakąś modlitwą, podczas gdy wszystko czego im potrzeba, to jest to samo, czego nam potrzeba, to znaczy, aby być kochanymi i kochać?

A co, jeśli Bóg rzeczywiście ustanowił Królestwo na ziemi, jak jest to w niebie? I co, jeśli ono rzeczywiści jest założone na fundamencie miłości, gdzie wchodzimy w nadnaturalny sposób w to nadnaturalne Królestwo, przyjmując nadnaturalną przemianę serca, nowego ducha i nowe serce tak przepełnione miłością, że nasze własne umysły zaczynają się przemieniać codziennie?

A co, jeśli zaczniemy postrzegać ludzi poprzez rzeczywistość istnienia, która zawsze wydawała nam się niemożliwa, która teraz jest po prostu jest sposobem życia – przyjmując i dając miłość?

W tym tygodniu rozmawiałem z kimś bardzo drogim, kogo amerykański kościół nazwałby po trzykroć nieudacznikiem. Pomimo, że ma pasję dla Chrystusa o wiele większą niż większość chrześcijan jakich spotkałem, kościół umieścił ją poza ścianami zbawienia z powodu jej życiowych zmagań z grzechem na tle seksualnym. Została wypisana z religijną prozą „Kocham cię! Nienawidzę grzechu!” (Płytkie słowa, które ujawniają płytką troskę o bliźniego i płytkie zrozumienie naszego własnego grzechu.)

Zdaje się, że Jezus czuł się bardzo dobrze wśród ludzi takich jak ona. W istocie, On celowo z przebywał z takimi ludźmi. Rozumiał, czego my często nie rozumiemy, że ci, którym wiele darowano, bardzo miłują. Gdy intensywnie rozważała swoje poranienie czy odejść od siebie, od swej duchowej rodziny, czy, co gorzej, od Boga, musiałem zadać jej pytanie: „Czego ty rzeczywiście chcesz?”

Odpowiedziała, coś w rodzaju: „Wiem, czego chcę! Chcę być częścią grupy ludzi, którzy kochają siebie nawzajem, którzy faktycznie znoszą się nawzajem i gdzie będę mogła być autentyczna, być sobą. Moglibyśmy rozmawiać o muzyce, robić muzykę jako grupa ludzi. Chcę czuć się częścią czegoś, ponieważ nigdy tak się nie czułam. Chcę, prawdziwej rodziny, ponieważ nigdy nie miałam prawdziwej rodziny, gdzie czułabym, że tam należę. To jest najważniejsze, czego chcę”.

Po czym nastąpiła długa przerwa, bardzo długa przerwa, zanim słowa miłości wyszły z jej złamanego, pełnego nadziei serca: „A wtedy, chcę tak robić, aby inni ludzie czuli to, że tu należą”.

Należenie. Bycie częścią czegoś. Przyłączenie. Wspieranie. Przebaczanie. Bycie prawdziwym. Czy mógłby tak wyglądać prawdziwy Kościół, ci ulotni ludzie wiary, którzy kochają? Jeśli tak, to nasze zmagania nie tyle dotyczą działania wszystkich „re”-…. na zewnętrznych formach, strukturach czy tradycjach, ile mają do czynienia z istotą Królestwa – ni mniej, ni więcej, jak tylko z Jego zdumiewającą miłością do nas, i naszą miłością do niego i siebie nawzajem.

раскрутка

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.