Dlaczego homoseksualizm jest bardziej zbliżony do dobrowolnego kazirodztwa i poliamorii, niż rasy czy płci 4/4

Przekonujący i możliwy do przyjęcia przez świeckie społeczeństwo wywód.

Część 4: Odpowiedzi na kontrargumenty

dr Robert A. J. Gagnon

21 maja 2009

Trzy główne kontrargumenty są wnoszone przeciw moim ogólnym tezom zawartym w poprzednich trzech częściach; mianowicie, że kazirodztwo dorosłych i poliamoria są lepszymi analogiami do homoseksualizmu i transwestytyzmu niż rasa czy płeć. Żaden z tych kontrargumentów nie jest moim zdaniem przekonujący.

Po pierwsze: adwokaci homoseksualnych związków czasami dowodzą, że nie ma żadnych znaczących seksualnych różnic między kobietą, a mężczyzną, często odwołując się do stricte społeczno – strukturalnej filozofii. Problem polega na tym, że większość ludzi nie żyje zgodnie z takim poglądem, w tym większość uznających siebie za „gejów” czy „lesbijki”. Dlaczego tak jest, że, na przykład, ogromna większość homoseksualistów (mężczyzn) nie byłaby w pełni usatysfakcjonowana (lub tak twierdzą) pożyciem seksualnym z kobietą, nawet z bardzo zmaskulinizowaną, niekonformistyczną płciowo kobietą? Dlaczego w skali Kinsey’a uważają siebie za „6 kategorię”? Czy może być tak, że jednak milcząco uznają to, że jest u mężczyzn pewna istotna męskość, której nawet w niekonformistyczna płciowo i zmaskulinizowana kobieta nie jest w stanie skutecznie odtworzyć?

Jeśli nie ma istotnych czy znaczących męsko – damskich różnić to dlaczego nie oczekiwać tego, żeby cała amerykańska populacja była biseksualna, zamiast „uniseksualna”? A jednak, jak to jest, ponad 98% ludności (a możliwe, że ponad 99%) zdecydowanie skłania się ku współżyciu tylko z członkami jednej płci. Musi być zatem jakaś fundamentalna różnica między męskością, a kobiecością, która tworzy radykalne różnice między heteroseksualizmem, a homoseksualizmem. W pierwszym przypadku to seksualne pobudzenie przez płeć, którą się nie jest, lecz która uzupełnia swoją własną seksualność. W drugim przypadku, seksualne pobudzenie jest wywoływane przez tą samą płeć, którą się już jest, jako seksualna istota, i naprawdę nie uzupełnia własnej seksualności. Nie są to po prostu dwie różne seksualne orientacje, które skądinąd są równym rozwojem natury i zdrowia. Jedno jest samoistnym zaburzeniem i nie jest to heterseksualność.

Drugim potencjalnym argumentem przeciwko moim tezom to, że istnieją wrodzone czynniki powstawania niektórych homoseksualnych przekształceń (które to czynniki, w żadnym wypadku, nie są ani totalne, ani deterministyczne), co ma nadawać „naturalności” homoseksualnym pragnieniom czy zachowaniom. Jest to argument, który wynika z niezrozumienia elementarnej kwestii tego, że można mieć wewnętrzne czy mimowolne pragnienia, które są nienaturalne na innym gruncie. Na przykład, pedofile nie „wybierają” tego, aby być pedofilami w normalnym znaczeniu słowa „wybór”, a jednak, pomimo tego, brak wyboru nie sprawia, że seksualne współżycie z dziećmi staje się „naturalne” w najprawdziwszym sensie tego słowa, ponieważ dzieci strukturalnie i formalnie nie są przygotowane do współżycia z dorosłym. Nie chodzi mi tutaj o to, żeby twierdzić, że homoseksualizm jest równie zły jak pedofilia, lecz raczej o wskazanie na to pojedynczy punkt, że wrodzona seksualna orientacja nie powoduje, że zachowania powstające z tego pragnienia są „naturalne”.

Co więcej, wszyscy wiemy, że wrodzone pobudki są zawodnymi doradcami moralnych zachowań. Argument stawiany za homoseksualnością oparty na biologicznych przyczynach nie jest skutecznym argumentem moralnym, ponieważ, jak przyznali nawet dwaj naukowcy, badający biologiczne czynniki powstawania homoseksualizmu i którzy popierają sprawy homoseksualistów: „nie można wyciągać żadnych jasnych wniosków co do moralności zachowań tylko na podstawie samego faktu biologicznego ich wywoływania, ponieważ wszelkie zachowania są wywoływanie biologicznie” (J. Michael Bailey z Northwestern University oraz Brian Mustanski z Indiana University).

Trzecim argumentem za homoseksualizmem jest to, że nie może on być porównywany do kazirodztwa czy polimaroii, ponieważ z tymi dwoma ostatnimi wiążą się nierozerwalnie szkody/krzywdy, równocześnie przypisując wszelkie szkody wynikające z homoseksualizmu przypisuje się społecznej „homofobii”. Taki argument jest oparty na fałszywych założeniach i błędnych informacjach.

Po pierwsze: jak już wcześniej pisałem, zarówno homoseksualizm jak i lesbijstwo wywołują większą ilość wymiernych szkód, choć w inny sposób i zgodnie z odpowiednimi różnicami między kobietami i mężczyznami. Nie można więc, moim zdaniem, przypisywać lwiej części problemu tak zwanej „homofobii”. Nawiasem, czym byłaby „kaziro-fobia” i „poli-fobia” i w jakim stopniu społeczny wstręt do tych zachowań miałby wpływać na większą ilość wymiernych szkód?

Po drugie: nie ma żadnych naukowych badań, które wskazywałyby na nieodłączne, naukowo mierzalne szkody wywoływane przez kazirodcze związki dorosłych, a jeszcze mniej tradycyjne poligamiczne związki.
Rok czy dwa lata temu, Oprah Winfrey, amerykańska kulturalna guru, w jednym ze swych telewizyjnych programów przyjmowała grupę intelektualistek, atrakcyjnych, bogatych kobiet żyjących w poligamicznych związkach w Arizonie. Pod koniec programu Oprah przekonywała widzów, że społeczeństwo maluje być może zbyt szerokim pędzlem negatywizmu fenomen poligamii. Nawet jeśli chodzi o pedofilię, dwa badania APA wskazują (jedno dyskredytujące, drugie przyznające), że dziecko, które odbyło stosunek płciowy z dorosłym często dojrzewa nie ujawniając wymiernej krzywdy? Jeśli to prawda o pedofilii, to o ileż bardziej będzie tak w stosunku do popełnianego przez dorosłych kazirodztwa i poliamorycznych związków?

Wielu gorliwych popleczników homoseksualizmu, gdy usłyszą logiczny wywó  o
tym, że homoseksualizm dorosłych jest bardziej podobny do poliamorii czy kazirodztwa dorosłych, wpada w wielkie oburzenie. Niemniej, oburzenie/gniew nie zastąpi uzasadnionej argumentacji, choć to pierwsze jest często praktykowane bardzo skutecznie przez promujących homoseksualizm. Być może przyjdzie czas na to, że ci, którzy mają dobre argumenty za tym, aby wierzyć że homoseksualne praktyki nie powinny być przyjmowane przez społeczeństwa staną się równie oburzeni.

Czynienie takich analogii nie jest „nienawistne”, jeśli nie wiąże się to z zachęcaniem do nienawiści i wyrządzania fizycznej szkody osobom, które są zaangażowane w poliamoryczne czy kazirodcze związki. Miłość może być prawidłowo przeżywana wyłącznie wtedy, gdy jest oparta na poprawnej wiedzy. Jeśli rzeczywiście kazirodztwo i poliamoria są bliższymi analogiami do homoseksualizmu i tranwestytyzmu niż rasa i płeć, to trudno powiedzieć, że społeczeństwo robi dobrze dając zachętę do takich zachowań przez prawa dotyczące „seksualnej orientacji” czy „tożsamości płciowej”.

dr Robert A.J. Gagnon jest profesorem Nowego Testamentu na Pittsburgh Theological Seminary, autorem książki: „The Bible and Homosexual Practice: Texts and Hermeneutics” (Abingdon Press) oraz współautorem: „Homosexuality and the Bible: Two Views” (Fortress Press).

topodin

[Głosów: 0   Average: 0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.