Nowo nabyty szacunek dla Słowa Bożego

[Dużymi literami są oznaczone różne wersje anglojęzycznych tłumaczeń Biblii – przyp. tłum.]

Zwykle dumnie i niezachwianie trzymałem się pewnych szczególnych standardów wiary, które teraz, jak się okazuje, poddaję w wątpliwość. Niektórzy szybko nazwą mnie za to heretykiem. Wtedy, cholera, też nazwałbym te wątpliwości heretyckimi!

Powód tych pytań jest prosty: Żyję w XXI wieku, wśród wysoko uprzemysłowionej, agresywnie świeckiej społeczności. Nie mieszkam pośród rolników z I wieku w zdominowanej religijnie kulturze ani wśród koczowniczych plemion ery brązu. Zdumiewa mnie to, że nie zauważyłem tego wcześniej.

Mając to na myśli, doszedłem do wniosku, że to „najbardziej literalne tłumaczenie” Biblii tak naprawdę nie będzie mi pomocne. Zrezygnowałem z poszukiwania najbardziej literalnego tłumaczenie z kilku powodów:

* Oryginalne teksty w Biblii pełne są historii, przypowieści i metafor; nie były pisane po to, aby je literalnie odczytywać. Szukanie „najbardziej literalnego” tłumaczenia uderza mnie jako z gruntu przeciwne do stylu pisarskiego i sposobów pisania jej autorów.

* Aby mieć skuteczne „literalne” słowo-w-słowo tłumaczenie, musielibyśmy dysponować równoznacznym angielskim słowem – i to TYLKO jednym angielskim słowem – na każdy hebrajski, grecki czy aramejski wyraz z oryginałów. Nawet nie zbliżamy się do tego ideału. Te języki są całkowicie inne od korzenia w górę.

* Literalne przekazywanie rolniczych metafor i religijnych aluzji nie tłumaczy się za dobrze (o ile w ogóle) na Wiek Informacji. Myśli są wartościowe, lecz my musimy tłumaczyć metafory albo w czasie przenoszenia ich na angielski, albo w czasie czytania angielskiego tłumaczenia. Na przykład: wiedza o szczepieniu winorośli nie jest szeroko rozpowszechniona w moim świecie.

* Postępy w tłumaczeniach Biblii, zarówno w sferze umiejętności jak i posiadanych źródeł rzeczywiście osiągnęły co najmniej pewien poziom prawdy. Tak więc, mamy poważne powody po temu, aby spodziewać się, że bardziej współczesne tłumaczenia są w stanie lepiej niż wcześniejsze wersje, uchwycić co najmniej serce Pisma.

* Obecnie nie potrzebuję boskiej mądrości, aby radzić sobie z niewolnictwem, świątynną prostytucją, aranżowanymi małżeństwami, trądem i innymi tematami, o których Biblia mówi literalnie. Są jednak takie zasady, które, jeśli rozważam metaforycznie, mają swoje zastosowanie do moich interakcji na Facebooku i wpływają na to, jak prowadzę samochód.

* Innym wyzwaniem jest dla mnie to, że nie jestem już zainteresowany w słowach (prawdę mówiąc, bezcennych) naśladowców Boga z I wieku. Obecnie bardziej interesuje mnie słuchanie Samego Słowa Bożego, które mówi do mnie poprzez ich słowa. (p. 1:1-2, Hbr 4:12-13).

Nadal szanuję (studiuję i czytam) NASB oraz NRSV i inne tłumaczenia słowo-w-słowo. Cenię je i poważnie szanuję cele jakie przyświecały ich tłumaczeniu!

Przez ostatnie około 50 lat wykorzystywałem moje papierowe-i-drukowane Biblie bardzo intensywnie, zużywając je regularnie. Tak więc, często zastępowałem tą „pierwszą” i, co ciekawe, wybierałem różne tłumaczenia do moich podstawowych studiów i służby co kilka lat. (Wtedy chciałem wyjść poza nastawienie tłumaczy i usłyszeć serce autorów stojące za tłumaczeniem.) Unikałem wzrastającej lojalności wobec jakiegokolwiek konkretnego tłumaczenia.

W ciągu ostatnich lat pojawiło się kilka nowych tłumaczeń, które aspirują raczej do przełożenia istoty zawartości, niż wciskania na siłę angielskich wyrazów jako równowartościowych odpowiedników greki czy hebrajskiego, co zresztą nie stanowi nawet częściowo naszego myślenia współcześnie. Wynik jest taki, że dają one świeże zrozumienie i są bardziej do przyjęcia emocjonalnie niż wcześniejsze wersje ( weźmy np.: „zaprzysięgać”, „gospodarz” czy „wierzgać przeciw ościeniowi”)

Ostatnio więcej słucham Biblii niż czytam („wiara przychodzi przez słuchanie…”) i, o ile dysponuję czterema audio wersjami, najbardziej inspiruje mnie i prowokuje „The Message Version” (w j.polskim to „Słowo Życia” – przyp. tłum.). Ani odrobinę nie podobne do wersji „słowo-w-słowo”. Celem było przekazanie Pisma w realnym, codziennym, regionalnym języku jakim mówimy obecnie. Myślę, że bardzo się to udało!

Czytam ją, aby wyjść poza normalne „religijne” myślenie, w którym dorastałem słuchając kaznodziei korzystających z KJV, i NIV, i spełniło to swoje zadanie.

Gdy kopię w greckim i hebrajskim, ciągle używam starszych, bardziej literalnych tłumaczeń, w szczególności NIV.

Tak więc, jeśli czujesz taką potrzebę możesz mnie nazwać heretykiem. Pamiętaj o tym, że „heretyk” to wyraz wymyślony w czasie Inkwizycji do oskarżania tych, którzy [westchnienie] myśleli niezależni od tego, co religijny rząd nakazywał im myśleć. Tak, ja aspiruję do tego.

Zapraszam cię jednak również do tego, abyś przyłączył się do mnie, aby badać bogactwa Słowa Bożego, jak sam wyraża Siebie przez słowo Boże.

[Głosów: 0   Average: 0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.