Przemyślenia różne – 2

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
W czasie, gdy pełniłem funkcję dyrektora szkoły biblijnej w dużym megakościele – było to około 1998 lub 1999 roku – podczas tygodniowej konferencji gościliśmy bardzo znaną nauczycielkę. Z racji zajmowanego stanowiska Barb i ja siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, zaledwie kilka miejsc od pastora. W pewnym momencie mówczyni zwróciła się do zgromadzonych, wzywając ich, aby podeszli do przodu i złożyli na podium 100 dolarów w gotówce lub czeki wystawione bezpośrednio na jej nazwisko – jako „akt wiary”. Używam słowa wezwała jedynie z grzeczności. W rzeczywistości było to krzykliwe nagabywanie, pełne nacisku, emocjonalnej presji i moralnego potępienia wobec tych, którzy mogliby się nie podporządkować. Przekaz był jednoznaczny: ten gest miał otworzyć drogę do otrzymania od Boga tego, czego dana osoba najbardziej pragnęła – uzdrowienia, przełomu finansowego, zbawienia bliskiej osoby lub jakiejkolwiek innej odpowiedzi na modlitwę.

Barb i ja byliśmy głęboko poruszeni, wręcz wstrząśnięci skalą tej manipulacji. Nasze oburzenie spotęgowało się jeszcze bardziej, gdy zobaczyliśmy, jak starsi członkowie zespołu przywódczego kościoła wstają i bez wahania spełniają to żądanie. Ku mojemu ogromnemu wstydowi również ja wstałem i położyłem czek na podium – był to, jak się później okazało, ostatni w moim życiu akt uległości z powodu „strachu przed ludźmi”. Wracając na swoje miejsce, spojrzałem na pastora z gniewem i rozczarowaniem, pragnąc, by przerwał to przedstawienie. Jednocześnie jednak czułem wyraźną presję – zarówno z jego strony, jak i ze strony mojego bezpośredniego przełożonego, pastora pomocniczego – by się dostosować.

Jakiś czas po tamtych spotkaniach odebrałem telefon, którego obawiałem się najbardziej. Gdy na wyświetlaczu telefonu biurowego zobaczyłem numer pastora, dosłownie zamarłem. W tej samej chwili Pan przemówił do mnie jasno i wyraźnie:
„To Ja umieściłem cię w tym miejscu i tylko Ja mogę cię stąd usunąć”. Strach przed zwolnieniem natychmiast zniknął, a jego miejsce zajął głęboki pokój. Odebrałem telefon  (nie zostałem zwolniony).

Sedno nauczania w rodzaju: „Daj 100 dolarów, a otrzymasz odpowiedź na swoją modlitwę”, sięga korzeniami wcześniejszego nauczania nurtu Słowo Wiary o tak zwanym „stokrotnym zwrocie”.

Wyrażenie to pochodzi z Mk 4,1–20, z przypowieści o siewcy. W wersetach 1–8 Jezus opowiada o ziarnie rzucanym na różne rodzaje gleby: jedno padło na drogę i zostało wydziobane przez ptaki; inne trafiło na grunt skalisty i choć szybko wykiełkowało, uschło z braku głębokiej ziemi; kolejne padło między ciernie, które je zagłuszyły, tak że nie wydało owocu. Wreszcie inne ziarno padło na ziemię dobrą i wydało plon – trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny i stokrotny.

Na osobności, w wersetach 13–20, Jezus wyjaśnia uczniom znaczenie tej przypowieści. Gleba symbolizuje ludzkie serce, a jej różne stany opisują to, co Słowo – którym sam Jezus jest – zastaje, gdy zostaje zasiane w człowieku. Dobra ziemia, jak podkreśla ponownie w wersecie 20, wydaje plon: „trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, stokrotny”. Dalsza część rozdziału, aż do wersetu 34, rozwija ten sam temat. Jezus przestrzega, by uważać na to, czego słuchamy, i przypomina, że otrzymamy od niego odpowiednio do tego, jak ważne są dla nas sprawy Boże (w.24).

Nauczyciele nurtu Słowo Wiary wyrwali jednak pojęcie „stokrotnego zwrotu” z jego kontekstu i przekształcili je w mechaniczne nauczanie o dawaniu: „daj, aby dostać”. Według tej logiki, jeśli ofiarujesz 10 dolarów, Bóg odda ci 100 albo nawet 1000. Jest to całkowite wypaczenie sensu słów Jezusa.

Było to powszechne, rolnicze określenie jakości plonów
Rolnicy mówili, że w danym roku uzyskali plon trzydziesto-, sześćdziesięcio- albo stokrotny. „Stokrotny plon” nie był stwierdzeniem matematycznym, lecz raczej wyrazem pełni, dojrzałości i najlepszego możliwego rezultatu, jaki dało się osiągnąć w danych warunkach. Jeśli ziarno padło na grunt skalisty i jedynie wykiełkowało, był to najlepszy wynik, jaki mogło osiągnąć w takiej sytuacji. Jeśli ziarno padło między ciernie i chwasty, wyrosło, lecz zostało zagłuszone, również był to maksimum, jakie mogło osiągnąć w tamtych warunkach.

Dobre serce jest jak dobra gleba i wydaje „stokrotny plon” – nie w sensie dosłownej liczby, lecz w sensie dojrzałości i pełni. Wydało najwyższy i najlepszy możliwy owoc, ponieważ miało dobrą ziemię. W podobny sposób posługujemy się dziś liczbami 10 czy 100. Na przykład: „W skali od 1 do 10, jak oceniasz dzisiejszą współpracę z naszym pracownikiem?” Albo: „Jak bardzo jest ładna (lub przystojny)? Na 6 czy na 8?” „Jak oceniasz nasz produkt w skali od 1 do 100?” Nie chodzi tu o dosłowne wskazanie konkretnej liczby jako matematycznej formuły, lecz o wyrażenie najwyższego i najlepszego poziomu. Właśnie w taki sposób Jezus posługiwał się liczbami.

Czytałem kiedyś o rolniku, którego uprawy zostały zniszczone przez grad. Nie była to jednak całkowita strata – zdołał zebrać wystarczająco dużo, by spłacić swoje zobowiązania wobec banku i utrzymać się przez kolejny rok. Tymczasem wszyscy rolnicy wokół niego zostali całkowicie zrujnowani, niezdolni do regulowania swoich kredytów. Choć sam rolnik był bardzo rozczarowany wielkością zbiorów, przyjaciel zwrócił mu uwagę, że i tak znajduje się w znacznie lepszej sytuacji niż inni, mówiąc, że w danych okolicznościach uzyskał „stokrotny plon” — najlepszy możliwy rezultat, jaki dało się osiągnąć w tych warunkach.

Pozwól, że ujmę to inaczej. Czasami, ponieważ okoliczności są „skaliste”, możesz uzyskać jedynie trzydziestokrotny plon, ale jest to najlepszy rezultat, jaki był możliwy w danych warunkach. Innym razem „chwasty” mogły wyrosnąć i zakłócić przebieg jakiejś sprawy czy sytuacji rodzinnej, sprawiając, że osiągniesz jedynie sześćdziesięciokrotność tego, czego oczekiwałeś. Jednak w tych okolicznościach sześćdziesięciokrotny plon był maksimum, jakie dało się osiągnąć. Z Bożej łaski wydobyłeś z tej sytuacji wszystko, co było możliwe.

Takie doświadczenia zdarzają się w naszym życiu nieustannie — jest to działanie Bożej łaski pośród trudnych okoliczności. Musimy zacząć dostrzegać, że choć często nie otrzymujemy pełni „plonu”, którego pragnęliśmy, to jednak dzięki Jego łasce otrzymaliśmy pełnię tego, co było możliwe w danych warunkach. Może było to tylko trzydzieści albo sześćdziesiąt razy, ale był to najwyższy i najlepszy możliwy rezultat dla tej konkretnej sytuacji.

Pojawia się pytanie: czy diabeł słyszy modlitwę w językach? Czy  modląc się w językach możemy zwracać się do diabła?

Paweł w 1 Kor 13,1 pisze: „Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”. Z kolei w Rz 8,26–27 czytamy: „Podobnie także Duch przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, [wie], że przyczynia się On za świętymi zgodnie z wolą Bożą”.

Kluczowym elementem tego fragmentu jest fakt, że modlitwa w językach jest skierowana do Ojca, a nie do diabła. Istnieją momenty intensywnej modlitwy wstawienniczej w językach, podczas których człowiek ma głęboką świadomość, że wstawia się, aby osoby uciśnione zostały uwolnione od wpływów demonicznych oraz umocnione duchowo –   jednak sama modlitwa zawsze jest zwrócona ku Ojcu.

Pamiętam, jak kiedyś widziałem znanego teleewangelistę, który wyprowadził pewną kobietę na scenę w celu modlitwy o uwolnienie i polecił zgromadzonym, aby wyciągnęli ręce w jej stronę i modlili się w językach „przeciwko diabłu”. Niestety Nowy Testament o tym nie mówi. Modlitwa w językach nie jest skierowana przeciwko diabłu. Jest skierowana do Ojca. Diabeł nie krzyczy i nie drży na dźwięk twojej modlitwy w językach. Nie boi się tego, bo dla niego jest to po prostu język – jeden z wielu języków ludzi lub aniołów, z których sam się wywodzi.

Możemy zapytać: czy diabeł rozumie słowa wypowiadane przez Amerykanina, Niemca, Chińczyka, Hiszpana czy Włocha? Oczywiście, ponieważ diabeł i jego demony działają na całej ziemi. Czy rozumie także języki aniołów, od których upadł? Również tak. Jeśli przeprowadziłbym się do Niemiec i musiał nauczyć się języka niemieckiego, nadal pamiętałbym angielski, którym posługiwałem się od dziecka. Jaka więc różnica, czy diabeł rozumie to, co modlę się do Ojca, czy to w moim ojczystym języku, czy w języku danym z nieba, którego nigdy się nie uczyłem?

Podczas jednego z nawiedzeń, gdy Pan uczył mnie o tych rzeczach, zapytałem Go:
„Po co w ogóle te języki? Jest tyle kontrowersji i niezrozumienia z ich powodu”. Odpowiedział mi (w skrócie):„Jeśli potrafisz to przyjąć – ziemia została powierzona człowiekowi. Dlatego Ojciec i Ja działamy na niej głównie w odpowiedzi na zaproszenie, choć wciąż zachowujemy nasze prawa jako Stwórcy. Człowiek jednak nie potrafi się modlić. Ojciec musiał znaleźć sposób, aby obejść ludzką ignorancję i doprowadzić do wypełnienia swojej woli na ziemi. Czyni to, dając człowiekowi język, którego ten nigdy się nie uczył, i w ten sposób omija jego niewiedzę, i wypełnia ten język swoją wolą, swoimi emocjami i swoimi pragnieniami. Następnie człowiek modli się tym językiem do Niego, domykając cały proces i czyniąc tę sprawę prawnie ważną. Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci: nikt nie będzie mógł w owym dniu oskarżyć Nas o cokolwiek. Wszystko zostanie ujawnione i pokaże, że byliśmy prawi i sprawiedliwi”.

Dość dużo do przemyślenia, więc skończę na dziś. Dokończymy kolejnym razem.

Do tego czasu wiele błogosławieństw.

John Fenn

Click to rate this post!
[Total: 0 Average: 0]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *