Category Archives: Crosby Stephen

Roztrzepane jajka

Stephen Crosby
8 kwietnia

Czy, gdybyś musiał komuś z obcej planety, kto nigdy nie widział kurczaka czy jajka, pokazać czym ono jest, użyłbyś do tego celu jako przykładu roztrzepanych bądź usmażonych jajek? Oczywiście, że nie. Nie korzystamy z tego, co rozbite i zmieszane do prezentacji. Pokazałbyś to, co jest nierozbite, doskonałe.
Nie planujemy ani nie realizujemy niczego, co jest zbudowane na na podstawie fragmentarycznych, wymieszanych, pobieżnych, nieuporządkowanych, wybiórczych, niekompletnych, niecałkowitych, informacji (przesłanek).

Tak też jest z naszą wiarą/ Pismami. Idealny jest Jezus, a nie różne częściowe, fragmentaryczne, sprzeczne i poskręcane obrazy i opisy Boga, które można znaleźć w różnych częściach Pisma. Jeśli zaczniesz od złej podstawy to skończysz na złych wnioskach. Jezus (Chrystus ukrzyżowany) jest początkiem. On jest końcem i wszystkim, co pomiędzy. Nie pokładaj zaufania w roztrzepanych jajkach.

Jak mogłem tego wcześniej nie zauważyć?!

Stephen Crosby

Stephen Crosby
Czy zdarzyło ci się kiedyś czytać coś wiele razy, gdy nagle coś uderzyło cię tak, że: „Jak mogłem tego wcześniej nie widzieć?” „Jak to możliwe, że to ominąłem?” To, co piszę dalej należy do tej kategorii. Swobodnie unosząca się myśl na dziś. Dla fanów starotestamentowej typologii: z powodu którego „grzechu” Dawid nie mógł wybudować świątyni Jahwe? Seksualna rozwiązłość? Jego cudzołóstwo? Wina za morderstwo, które miało umożliwić mu lubieżne cudzołóstwo?

W przypadku Dawida było to oddanie i praktyka przemocy bądź militaryzm: wojna. Jest tutaj dla nas umieszczone „typologiczne” czy „prorocze” przesłanie, jeśli tylko zechcemy to zobaczyć. Powiedzmy, że Dawid byłby współczesnym pastorem ewangelicznego kościoła czy kandydatem na to stanowisko. Jak myślicie, jakiego rodzaju grzechy zdaniem „rady diakonów/starszych” „dyskwalifikowały by” go ze służby? Grzechy typu seksualnego czy zamiłowanie do przemocy? uhmm
Powiadam wam, tak bardzo jesteśmy oddani naszym wartościom i ideom tego, co to znaczy być uczniem Jezusa, że nie jesteśmy w stanie znaleźć drogi wyjścia z ewangelicznej papierowej torebki z latarką, mapą i przewodnikiem podróży w ręce. 

Złamanie


Stephen Crosby


Bóg nie pracuje mimo naszego złamania, a raczej pracuje poprzez nasze złamanie i wewnątrz niego. On dosłownie wchodzi przez nie w nas. Przemienia nasze złamanie od wewnątrz, a nie usługując gdzieś z dala. Większość wierzących, których spotykam, myśli, że Bóg angażuje się jakby wtykał Swój nos bądź przymykał oko na nasze godne pożałowania więzy i grzech. Nie, tak nie jest. Taka jest natura tego wcielenia – On przyjął naszą postać – On wkroczył w naszą rzeczywistość; doświadczył naszej śmierci. Nie jest inaczej z naszym uzdrowieniem, uwolnieniem, uświęceniem – czymkolwiek – dzieje się to poprzez wcielony sposób – od wewnątrz. Nasze złamanie to jedyna rzecz, którą możemy kiedykolwiek oferować Bogu i jest jedynym, czego On potrzebuje. Nasz złamanie nie jest ograniczeniem. Jest to jedyne miejsce, w którym naprawdę odkryjemy Go. Czasami po prostu potrzebujemy niewielkiej pomocy w procesie nawigacji.

Nie ma formułek dla synów i córek Boga

Stephen Crosby

Stephen Crosby

O wielkiej wierze nie decydują cuda, znaki i dziwy.
Wiara nie jest produktem wykorzystywanym do osiągania tego, co, jak nam się wydaje, potrzebujemy lub czego chcemy.
Zwycięskiej wiary nie znajdujemy w „Bożych tak” na nasze prośby, lecz w „Bożych nie” („Ojcze, jeśli chcesz, możesz ten kielich odsunąć ode mnie”. – Nie, to niemożliwe. – Mimo wszystko, nie moja wola, lecz twoja niech się stanie”. Oto nieco wiary dla was.).
Zastanówmy się nad historią z Księgi Rodzaju z Ogrodu. Abba ustanowił dla ich dobra pewne ograniczenie. Zagrożeniem jest tutaj wiara: czy przypiszą ufną wierność Bogu, że coś takiego zrobił, czy też znajdą ludzkiego rodzaju cechę „odmowy” czegoś, ze względu na małość duszy (zazdrość / zawiść)? (Tak naprawdę to Bóg nie jest tak dobry, czegoś nam odmawia.)

Ten drugi przypadek.
Tak więc, zwycięska wiara jest ugruntowana na wynikającym z relacji zaufaniu nawet w obecności Boskiego „nie”, a nie w domniemanych dowodach wiary przez znaki i cuda.
Jeśli nie zrozumiemy tego, dramatycznie upadniemy. Wchodzimy w dwojaki grzech ludzkiej rasy: wiarołomstwo, które przypisuje Bogu nasze własne sprawy, upodabniając Go do nas (bałwochwalstwo), a następnie próbując niezależnie wykorzystywać duchową mechanikę „wiary” do otrzymania tego, co chcemy.
Nasze pragnienia = Bóg, de facto niekwestionowane.
„Duchowo” przekonujemy samych siebie o prawomocności tego wszystkiego, utożsamiamy się z tym, przylegamy do tego, walczymy o to – a to wszystko jest manifestacją, I WSPÓŁUDZIAŁEM Z, KŁAMSTWEM WSZYSTKICH KŁAMSTW mówiącym, że Bogu nie można zaufać.
I to nazywamy „wielką wiarą”.
Jest to demoniczne, a używam tego terminu celowo i ostrożnie, a nie hiperbolicznie. Jest to powszechnie znane jako czary, a symuluje w kościele bycie modlitwą.
Nawiasem: narodziłem się i wychowałem w ruchu „charyzmatycznym”, jestem za znakami i cudami, niemniej sprzeciwiam się okropnemu nauczaniu nieistniejącej etyki i zepsutym światowym systemom wartości, które często temu towarzyszą.

Continue reading

Szkoły „nadnaturalności”

Stephen Crosby

23.11.2021
Gdy powiedziano Marii, że będzie naczyniem największego cudu w historii kosmosu, przyjęła to w swym sercu. Gdyby miało się to zdarzyć komuś dzisiaj, napisałby i wyreklamował książkę: „Siedem kroków do poruszania się w nadnaturalnej rzeczywistości”, po czym wyruszył w drogę na promocję tego cudownego dziecka.

Musimy wzrastać w miłości, a nie w technikach nadnaturalności. Ojciec chce miłujących synów i córek, a nie fachowców duchowych technik.
Tak zwana nadnaturalność jest tak łatwa i normalna, jak wypadnięcie belki tam, gdzie miłość jest w ogromnej obfitości. Tam, gdzie miłość obfituje, „moc” idzie za nią, po prostu, bez wrzawy, marketingu, celebry, budowania swej marki, swego klanu i innych przyjętych jako pewnik artykułów pierwszej potrzeby zachodniego chrześcijaństwa.
Seminaria na temat nadnaturalnego działania typu: „Jak to zrobić” pozbawione miłości są jak nauka jazdy samochodem bez przejmowania się czy nie jeździ się po ludziach, bądź tak, jakby dać trzylatkowi piłę motorową i oczekiwanie, że w piaskownicy nic się nie wydarzy.

Bezcelowa modlitwa

Stephen Crosby

Stephen Crosby

Lata mojej podróży w ewangelikalnych kręgach pokazały, że niewiele jest bardziej zniechęcających, bezowocnych, bezużytecznych, nieskutecznych, gaszących i kruszących wiarę, depresyjnych i bezsensownych rzeczy niż normalna praktyka/ zwyczaj „modlitwy w imieniu Jezusa”.
Chodzi mi o tą rytualistyczną przyczepianą na koniec każdego kaprysu i pragnienia fiszkę: „w imieniu Jezusa” tak, jakby klepnięcie jej na koniec każdej modlitwy było jakiegoś rodzaju turbo-pchnięciem przekonania.
Jeśli ktokolwiek z czytających chce być uczciwy, to wie, że jest to prawda: nie robi to żadnej różnicy. Jeśli tego nie przyznamy, tworzymy nieprawdziwą kościelną kulturę wyrzeczenia się rzeczywistości, fałszywego pozytywizmu i „happy-clappy” religii – bądź wyciągamy przydatny nóż, króla wszystkich happy clappy frazesów: „Bóg wszystko kontroluje”, a my to niby kim jesteśmy, aby kwestionować Jego tajemnicze drogi? (Umyj ręce, odejdź wolny od poczucia winy i szczęśliwy, swoje zrobiliśmy.)
To dręczyło mnie latami. Jeśli porównać to, co Ewangelia mówi o potencjale modlitwy z moim życiowym doświadczeniem w tej dziedzinie, jest to tak zwany dysonans poznawczy.

Dlaczego?
„W imieniu Jezusa” nie jest chrześcijańską mantrą chwalebnej pamięci. Nie oznacza prośby do zapamiętania – jakbyśmy mogli szturchnąć starego zmęczonego Ojca do myślenia wystarczająco dużo wstecz, pchnąć jego pogarszającą się pamięć, przez powtarzanie tego na tyle często, że uzyskamy skuteczną modlitwę.

„W imieniu Jezusa” oznacza modlitwę z pozycji i tego samego stanu bycia człowiekiem, jak On był. Oznacza to, że modlitwa w imieniu Jezusa jest spójna, a co ważniejsze jest AKTYWNYM WSPÓŁUDZIAŁEM, z życiem, które On prowadził, i życiem, którym żyje w zmartwychwstaniu.

To życie składa się z: a) pełnego utożsamienia się z nami, jako ludzkością oraz b) z pełnym Jego poddaniem się Ojcu, aż na śmierć, i c) jego jednością z radykalnym oddaniem siebie, przebaczeniem i współcierpieniem Trynitarnej miłości.

Znaczy to, że (a oto ta część, której naprawdę nie lubimy) taka modlitwa nie jest strony pasywnej (nas) oczekujące na odległą stronę (bóg w niebiosach), która wskoczy w to, jeśli wystarczająco błagamy i prosimy dość długo. Modlitwa w Imieniu Jezusa to współuczestnictwo.
Modlitwa „w imieniu Jezusa” znaczy, że ogrywamy aktywną rolę w tajemnicy dramatu ludzkiego życia i dramatu zbawienia. Dosłownie, partnerzy, co Paweł w Liście do Rzymian nazywa z greckiego „sunenergeo”: wsprółpracując.

Moim skromnym zdaniem: Kalwaria to ostatnia rzecz jaką Jezus zrobił sam. Od tego czasu, od Pięćdziesiątnicy, w porządku tego Wszechświata jest partnerstwo. Bóg nie jest jakimś odległym suwerenem, który, na mocy Swojej wszechmocnej mocy i suwerennej woli, wysyła w ten Wszechświat Swoje rozkazy.

Nie twierdzę, że jest to łatwe. Nie jest. Chodzi mi o to, że ów potencjał modlitwy w imieniu Jezusa jest nieograniczony, lecz sednem rzeczy jest zrozumienie tego, co to znaczy.

Jeśli o mnie chodzi to już od pewnego czasu unikam tej doczepionej formułki, ponieważ chcę być przede wszystkim uczciwy wobec siebie i przyznać, że nie żyję i nie kocham tak, jak On to robił, większość czasu jestem raczej skupiony na sobie i mam bardzo ograniczone umiejętności aby kochać i troszczyć się.

Znaczy to, że gdy przychodzi do modlitwy, modlitwy o innych, modlitwy o okoliczności, nie mam nic do powiedzenia i NIE POMODLĘ SIĘ, dopóki SAM SIĘ NIE POZBIERAM. Zamykam rozwolnienie moich ust zapamiętanych ewangelicznych szablonów, próbuję dotknąć Jego serca i życia przez zamieszkującego Ducha (ducha Chrystusa, który JEST duchem modlitwy!), próbuję rozeznać myśl Pana i staram się nie poddać wpływom tego, co widzą moje oczy, słyszą uszy, przez to, co mówią mi emocje i nie modlić się techniką czy też regułką „w imieniu Jezusa”.

Ta różnica jest zarówno widoczna jak i skuteczna.
Wyobraź to sobie tylko – to, co powiedział Jezus jest prawdą.

Teologia u bram piekła

Michael Hardin
Michael Hardin,
luty 2013

Wiem, że ten post będzie kontrowersyjny, zanim więc go przeczytasz, weź głęboki oddech i zrelaksuj się.

Nie możesz stanąć u bram Auschwitz i być kalwinistą ponieważ jeśli w taki sposób Bóg kontroluje ten Wszechświat to jest arbitralny i nie bardzo pomocny. Nie możesz stanąć u bram Auschwitz i być konserwatywnym ewangelikiem, ponieważ widzisz, jak Żydzi idą „z płomieni Hitlera do Bożych płomieni”. Nie możesz być pijany Duchem Świętym, stanąć u bram Auschwitz i czuć jedynie dobro, prawdę i piękno pośród najbrzydszego, ohydnego zła, dymu i popiołów. Nie możesz stanąć u bram Auschwitz i zaprzeczyć, że grzech istnieje, że nie ma czegoś takiego jak grzech czy „grzeszna natura”. Jak nazwiesz odgłos płaczących dzieci, które są rozdzielane od swoich rodziców i wysyłane do komór gazowych? Miliony ich.
Jeśli masz traktować Ewangelię poważnie, Auschwitz wrzuca nas w otchłań, do miejsca, gdzie irracjonalizm, chaos i śmiech oprawców są codziennością. Auschwitz, bądź powinienem powiedzieć Żydowskie Szoah, jest istotnym punktem zwrotnym w ludzkiej historii. W jakiś sposób można powiedzieć, że jest czymś unikalnym (sui generis). Na pytanie: „Gdzie jest Bóg?” można wskazać, podobnie jak Elie Wiesel na młodego chłopca, duszącego się wolno przy wieszaniu go. Auschwitz albo stawia ogromny znak zapytania co do Bożej mocy bądź Bożej miłości, czy obu naraz. W ramach standardowej zachodniej teologii chrześcijańskiej, czy to protestanckiej (w tym anabaptystów) czy katolickiej, u bram Auschwitz nikt nie może już więcej mówić o Bogu jako tym, który kocha, bądź dysponuje potęgą. Zostajemy uciszeni. Wszystkie nasze twierdzenia o Bożej możności kontrolowania Wszechświata czy o tym, jak bardzo Bóg kocha ludzi (czy to niektórych, czy wszystkich) również umierają.
Auschwitz nie da się wyjaśnić teologicznie, jest to największy znak zapytania jaki został kiedykolwiek postawiony chrześcijańskiej teologii. Jakkolwiek wygląda twoja teologia, jeśli nie możesz jej głosić, gdy stajesz u bram Auschwitz, tym którzy stracili swoje rodziny w piecach, nie masz nic do powiedzenia. Te same duchy ludzi, którzy umarli tam będą krzyczeć głośno i długo jeśli nie przyznasz im miejsca w twojej teologii.
Sugerowałbym, ze współczesne amerykańskie chrześcijaństwo w nadmiernej ilości jego form, nie jest pijane Duchem Świętym, nie demonstruje intelektualnej uczciwości ani integralności, a znacznie bardziej chodzi tam o naśladowanie czy socjalną tożsamość i akceptację niż o cokolwiek innego. Chrześcijaństwu w Ameryce nie chodzi o Ewangelię, lecz o skuteczną marketingową strategię i osobowości typu A. podobnie jak ponad 1500 gazet, 9000 stacji radiowych i 1500 stacji telewizyjnych jest w posiadaniu 6 głównych korporacji tak też ponad 40 000 denominacji jest w posiadaniu jednej korporacji, jednego teologicznego punktu widzenia, wspólnego dla nich: Korporacji dla Zaawansowanej Uświęconej Przemocy.
Współczesne amerykańskie protestanckie chrześcijaństwo jest w większość po prostu archaiczną kanibalistyczną religią w „chrześcijańskim” przebraniu. U swych fundamentalnych podstaw, początków i dogmatów jest zbudowane na dychotomii my – oni. Rozróżnienie pojawia się wyłącznie kosztem „innych”.
Może nie byłeś strażnikiem SS w Auschwitz, lecz nie możesz twierdzić, że tam nie byłeś, jeśli jesteś chrześcijaninem. To, co działo się przez nazistów w Auschwitz było wykonywane przez współsprawstwo chrześcijan, w szczególności Luteran. Z pewnością, możesz powiedzieć, że nie jesteś luteraninem, więc nie oskarżaj mnie o Auschwitz. Może taka być prawda, mogłeś nigdy nie być luteraninem, lecz możesz prawdopodobnie zastanowić się nad czymś takim: czy gdy stajesz u bram Auschwitz utrzymujesz „teologię chwały”?

W tezach heidelberskich Marcin Luter odróżnił „teologię chwały” od „teologii krzyża”. Oto te tezy:

  • Teza 18: Pewne jest to, że człowiek musi całkowicie zwątpić w siebie, by przygotować się na przyjęcie łaski Chrystusa.
  • Teza 19: Nie ten jest godzien miana teologa, kto niewidzialną istotę Boga ogląda w dziełach i poznaje umysłem (Rzym 1,20, 1Kor 1:21-25),
  • Teza 20: Ten tylko godzien jest miana teologa, kto widzialną i objawioną (człowiekowi) istotę Boga postrzega przez krzyż i cierpienie.
  • Teza 21: Teolog szukający nieukrytej chwały Boga nazywa zło dobrem a dobro złem. Teolog krzyża nazywa rzeczy po imieniu.
  • Teza 22: Mądrość, która postrzega niewidzialną istotę Boga w tym, co stworzone, nadyma, zaślepia i zatwardza serce.

Luter mówi, że: jeśli wierzysz, że Bóg jest ujawniany w historycznych procesach (wystąpieniu Hitlera w Niemczech, wyborach urzędników), naturalnych katastrofach czy plagach, bogactwie, sławie czy władzy, to nie widzisz Boga, tylko bałwana swojej własnej produkcji. Dałeś się kupić przez deuteronomiczną hermeneutykę (Bóg błogosławi dobrych, a przeklina złych) i uświęciłeś również myślenie, które usprawiedliwia przemoc w takiej czy innej formie. Jest to teologia, która wymaga deus ex machina, Boga, który interweniuje w ludzkiej historii na rzecz „Bożej własności” (oczywiście, zawsze postrzeganej jako „moje grupa). Jest to teologia dominująca w amerykańskim protestanckim chrześcijaństwie i jej zainfekowanych odpowiednikach na całym globie.

Continue reading