Category Archives: Crosby Stephen

Bezcelowa modlitwa

Stephen Crosby

Stephen Crosby

Lata mojej podróży w ewangelikalnych kręgach pokazały, że niewiele jest bardziej zniechęcających, bezowocnych, bezużytecznych, nieskutecznych, gaszących i kruszących wiarę, depresyjnych i bezsensownych rzeczy niż normalna praktyka/ zwyczaj „modlitwy w imieniu Jezusa”.
Chodzi mi o tą rytualistyczną przyczepianą na koniec każdego kaprysu i pragnienia fiszkę: „w imieniu Jezusa” tak, jakby klepnięcie jej na koniec każdej modlitwy było jakiegoś rodzaju turbo-pchnięciem przekonania.
Jeśli ktokolwiek z czytających chce być uczciwy, to wie, że jest to prawda: nie robi to żadnej różnicy. Jeśli tego nie przyznamy, tworzymy nieprawdziwą kościelną kulturę wyrzeczenia się rzeczywistości, fałszywego pozytywizmu i „happy-clappy” religii – bądź wyciągamy przydatny nóż, króla wszystkich happy clappy frazesów: „Bóg wszystko kontroluje”, a my to niby kim jesteśmy, aby kwestionować Jego tajemnicze drogi? (Umyj ręce, odejdź wolny od poczucia winy i szczęśliwy, swoje zrobiliśmy.)
To dręczyło mnie latami. Jeśli porównać to, co Ewangelia mówi o potencjale modlitwy z moim życiowym doświadczeniem w tej dziedzinie, jest to tak zwany dysonans poznawczy.

Dlaczego?
„W imieniu Jezusa” nie jest chrześcijańską mantrą chwalebnej pamięci. Nie oznacza prośby do zapamiętania – jakbyśmy mogli szturchnąć starego zmęczonego Ojca do myślenia wystarczająco dużo wstecz, pchnąć jego pogarszającą się pamięć, przez powtarzanie tego na tyle często, że uzyskamy skuteczną modlitwę.

„W imieniu Jezusa” oznacza modlitwę z pozycji i tego samego stanu bycia człowiekiem, jak On był. Oznacza to, że modlitwa w imieniu Jezusa jest spójna, a co ważniejsze jest AKTYWNYM WSPÓŁUDZIAŁEM, z życiem, które On prowadził, i życiem, którym żyje w zmartwychwstaniu.

To życie składa się z: a) pełnego utożsamienia się z nami, jako ludzkością oraz b) z pełnym Jego poddaniem się Ojcu, aż na śmierć, i c) jego jednością z radykalnym oddaniem siebie, przebaczeniem i współcierpieniem Trynitarnej miłości.

Znaczy to, że (a oto ta część, której naprawdę nie lubimy) taka modlitwa nie jest strony pasywnej (nas) oczekujące na odległą stronę (bóg w niebiosach), która wskoczy w to, jeśli wystarczająco błagamy i prosimy dość długo. Modlitwa w Imieniu Jezusa to współuczestnictwo.
Modlitwa „w imieniu Jezusa” znaczy, że ogrywamy aktywną rolę w tajemnicy dramatu ludzkiego życia i dramatu zbawienia. Dosłownie, partnerzy, co Paweł w Liście do Rzymian nazywa z greckiego „sunenergeo”: wsprółpracując.

Moim skromnym zdaniem: Kalwaria to ostatnia rzecz jaką Jezus zrobił sam. Od tego czasu, od Pięćdziesiątnicy, w porządku tego Wszechświata jest partnerstwo. Bóg nie jest jakimś odległym suwerenem, który, na mocy Swojej wszechmocnej mocy i suwerennej woli, wysyła w ten Wszechświat Swoje rozkazy.

Nie twierdzę, że jest to łatwe. Nie jest. Chodzi mi o to, że ów potencjał modlitwy w imieniu Jezusa jest nieograniczony, lecz sednem rzeczy jest zrozumienie tego, co to znaczy.

Jeśli o mnie chodzi to już od pewnego czasu unikam tej doczepionej formułki, ponieważ chcę być przede wszystkim uczciwy wobec siebie i przyznać, że nie żyję i nie kocham tak, jak On to robił, większość czasu jestem raczej skupiony na sobie i mam bardzo ograniczone umiejętności aby kochać i troszczyć się.

Znaczy to, że gdy przychodzi do modlitwy, modlitwy o innych, modlitwy o okoliczności, nie mam nic do powiedzenia i NIE POMODLĘ SIĘ, dopóki SAM SIĘ NIE POZBIERAM. Zamykam rozwolnienie moich ust zapamiętanych ewangelicznych szablonów, próbuję dotknąć Jego serca i życia przez zamieszkującego Ducha (ducha Chrystusa, który JEST duchem modlitwy!), próbuję rozeznać myśl Pana i staram się nie poddać wpływom tego, co widzą moje oczy, słyszą uszy, przez to, co mówią mi emocje i nie modlić się techniką czy też regułką „w imieniu Jezusa”.

Ta różnica jest zarówno widoczna jak i skuteczna.
Wyobraź to sobie tylko – to, co powiedział Jezus jest prawdą.

Teologia u bram piekła

Michael Hardin
Michael Hardin,
luty 2013

Wiem, że ten post będzie kontrowersyjny, zanim więc go przeczytasz, weź głęboki oddech i zrelaksuj się.

Nie możesz stanąć u bram Auschwitz i być kalwinistą ponieważ jeśli w taki sposób Bóg kontroluje ten Wszechświat to jest arbitralny i nie bardzo pomocny. Nie możesz stanąć u bram Auschwitz i być konserwatywnym ewangelikiem, ponieważ widzisz, jak Żydzi idą „z płomieni Hitlera do Bożych płomieni”. Nie możesz być pijany Duchem Świętym, stanąć u bram Auschwitz i czuć jedynie dobro, prawdę i piękno pośród najbrzydszego, ohydnego zła, dymu i popiołów. Nie możesz stanąć u bram Auschwitz i zaprzeczyć, że grzech istnieje, że nie ma czegoś takiego jak grzech czy „grzeszna natura”. Jak nazwiesz odgłos płaczących dzieci, które są rozdzielane od swoich rodziców i wysyłane do komór gazowych? Miliony ich.
Jeśli masz traktować Ewangelię poważnie, Auschwitz wrzuca nas w otchłań, do miejsca, gdzie irracjonalizm, chaos i śmiech oprawców są codziennością. Auschwitz, bądź powinienem powiedzieć Żydowskie Szoah, jest istotnym punktem zwrotnym w ludzkiej historii. W jakiś sposób można powiedzieć, że jest czymś unikalnym (sui generis). Na pytanie: „Gdzie jest Bóg?” można wskazać, podobnie jak Elie Wiesel na młodego chłopca, duszącego się wolno przy wieszaniu go. Auschwitz albo stawia ogromny znak zapytania co do Bożej mocy bądź Bożej miłości, czy obu naraz. W ramach standardowej zachodniej teologii chrześcijańskiej, czy to protestanckiej (w tym anabaptystów) czy katolickiej, u bram Auschwitz nikt nie może już więcej mówić o Bogu jako tym, który kocha, bądź dysponuje potęgą. Zostajemy uciszeni. Wszystkie nasze twierdzenia o Bożej możności kontrolowania Wszechświata czy o tym, jak bardzo Bóg kocha ludzi (czy to niektórych, czy wszystkich) również umierają.
Auschwitz nie da się wyjaśnić teologicznie, jest to największy znak zapytania jaki został kiedykolwiek postawiony chrześcijańskiej teologii. Jakkolwiek wygląda twoja teologia, jeśli nie możesz jej głosić, gdy stajesz u bram Auschwitz, tym którzy stracili swoje rodziny w piecach, nie masz nic do powiedzenia. Te same duchy ludzi, którzy umarli tam będą krzyczeć głośno i długo jeśli nie przyznasz im miejsca w twojej teologii.
Sugerowałbym, ze współczesne amerykańskie chrześcijaństwo w nadmiernej ilości jego form, nie jest pijane Duchem Świętym, nie demonstruje intelektualnej uczciwości ani integralności, a znacznie bardziej chodzi tam o naśladowanie czy socjalną tożsamość i akceptację niż o cokolwiek innego. Chrześcijaństwu w Ameryce nie chodzi o Ewangelię, lecz o skuteczną marketingową strategię i osobowości typu A. podobnie jak ponad 1500 gazet, 9000 stacji radiowych i 1500 stacji telewizyjnych jest w posiadaniu 6 głównych korporacji tak też ponad 40 000 denominacji jest w posiadaniu jednej korporacji, jednego teologicznego punktu widzenia, wspólnego dla nich: Korporacji dla Zaawansowanej Uświęconej Przemocy.
Współczesne amerykańskie protestanckie chrześcijaństwo jest w większość po prostu archaiczną kanibalistyczną religią w „chrześcijańskim” przebraniu. U swych fundamentalnych podstaw, początków i dogmatów jest zbudowane na dychotomii my – oni. Rozróżnienie pojawia się wyłącznie kosztem „innych”.
Może nie byłeś strażnikiem SS w Auschwitz, lecz nie możesz twierdzić, że tam nie byłeś, jeśli jesteś chrześcijaninem. To, co działo się przez nazistów w Auschwitz było wykonywane przez współsprawstwo chrześcijan, w szczególności Luteran. Z pewnością, możesz powiedzieć, że nie jesteś luteraninem, więc nie oskarżaj mnie o Auschwitz. Może taka być prawda, mogłeś nigdy nie być luteraninem, lecz możesz prawdopodobnie zastanowić się nad czymś takim: czy gdy stajesz u bram Auschwitz utrzymujesz „teologię chwały”?

W tezach heidelberskich Marcin Luter odróżnił „teologię chwały” od „teologii krzyża”. Oto te tezy:

  • Teza 18: Pewne jest to, że człowiek musi całkowicie zwątpić w siebie, by przygotować się na przyjęcie łaski Chrystusa.
  • Teza 19: Nie ten jest godzien miana teologa, kto niewidzialną istotę Boga ogląda w dziełach i poznaje umysłem (Rzym 1,20, 1Kor 1:21-25),
  • Teza 20: Ten tylko godzien jest miana teologa, kto widzialną i objawioną (człowiekowi) istotę Boga postrzega przez krzyż i cierpienie.
  • Teza 21: Teolog szukający nieukrytej chwały Boga nazywa zło dobrem a dobro złem. Teolog krzyża nazywa rzeczy po imieniu.
  • Teza 22: Mądrość, która postrzega niewidzialną istotę Boga w tym, co stworzone, nadyma, zaślepia i zatwardza serce.

Luter mówi, że: jeśli wierzysz, że Bóg jest ujawniany w historycznych procesach (wystąpieniu Hitlera w Niemczech, wyborach urzędników), naturalnych katastrofach czy plagach, bogactwie, sławie czy władzy, to nie widzisz Boga, tylko bałwana swojej własnej produkcji. Dałeś się kupić przez deuteronomiczną hermeneutykę (Bóg błogosławi dobrych, a przeklina złych) i uświęciłeś również myślenie, które usprawiedliwia przemoc w takiej czy innej formie. Jest to teologia, która wymaga deus ex machina, Boga, który interweniuje w ludzkiej historii na rzecz „Bożej własności” (oczywiście, zawsze postrzeganej jako „moje grupa). Jest to teologia dominująca w amerykańskim protestanckim chrześcijaństwie i jej zainfekowanych odpowiednikach na całym globie.

Continue reading

Świadectwo w zborze

Stephen Crosby

Czy kiedykolwiek musiałeś znieść mniej niż budujące tzw.: nabożeństwo „świadectw? Ja z pewnością tak, a do niektórych się przyłożyłem! Są to jedne z moich najbardziej męczących i bolesnych kościelnych doświadczeń – czy to składając je czy słuchając. Jakże bym pragną przewinąć wstecz kilka rzeczy.

Powiedzmy, że przeżyłeś potwierdzoną, cudowną, boską interwencję jeśli chodzi o fizyczne uzdrowienie, zaopatrzenie czy cokolwiek innego. Wstajesz i mówisz o błogosławieństwie Pańskim, o tym jak jest wielki itp., itd. Tak jakby robienie tego „dawało chwałę Bogu”.
Robisz to jednak bez odrobiny świadomości, przekonania czy wrażliwości wobec innych, którzy tkwią latami w okropnej sytuacji a nie doświadczyli przełomu uzdrowienia czy boskiej interwencji, jaka tobie się zdarzyła to twoje świadectwo nie będzie dla nich w ogóle błogosławieństwem. Wprowadzi ich w depresję, zniechęci i spowoduje rozpacz.

Oddawanie Bogu chwały polega na właściwej trosce o innych: „Cokolwiek uczyniliście najmniejszemu, Mnie uczyniliście”. Bogu oddają chwałę przynoszące owoce posłuszeństwo i ukrzyżowane życie, a nie pozbawione wrażliwości świadectwo.
W Piśmie mnóstwo rzeczy jest trudnych i niejasnych. TO nie jest. Apostolskie napomnienie skierowane do Koryntian miało na celu uświadomienie im ich obowiązku kochania społeczności, tego w jaki sposób zachowanie jednostki wpływa na całość. „Niech wszystko będzie u was czynione ku zbudowaniu”, a nie indywidualny pęd adrenaliny w nadmiernie duchowy skutek.

Zazwyczaj fałszywką jest to, że twoje świadectwo ma na celu sprowokowanie wiary , w domyśle ” oni mogą uzyskać to samo, co ty otrzymałeś, jeśli po prostu _„. Wypełnij wolne pole czymkolwiek z cielesnej dziedziny duchowości Koryntian, według swego wyboru.
Banialuki. Jeśli nie kochaliście się nawzajem, twoje świadectwo jest irytującym dzwonkiem.
Maria, matka naszego Pana, doświadczyła błogosławieństwa wszystkich błogosławieństw i zachowała to dla siebie. Jeśli chodzi o te sprawy, powinniśmy iść za jej przykładem.

W porządku, powiesz, czy może być coś „złego” w podzieleniu się dobrocią Bożą? Tak. Jeśli ma to wpłynąć negatywnie na innych. Możesz dzielić się tym prywatnie wśród bliskich znajomych tam, gdzie szkielet miłości i wzajemnego zrozumienia jest w stanie właściwie unieść to i gdzie później może mieć miejsce dialog, modlitwa i dyskusja. Tak to powinno wyglądać. Nie ma w Biblii niczego na poparcie tego, że musisz się dzielić dobrocią Pańską na „spotkaniu”.
– No, po prostu czuję, że muszę się tym podzielić…
– No, wszyscy muszą to usłyszeć…
– Nie, ani ty nie musisz, ani oni.

Jest to po prostu mowa wynikająca z braku poczucia bezpieczeństwa i ubieranie tego w super-duchowy język. Poza tym, jeśli jest to rzeczywiste, inni zobaczą skutki (nie da się długo ukrywać ciąży!) czy cokolwiek z tego, co przeżyłeś i zapytają: „Co się stało u ciebie?” W ten sposób masz zgodę jednostki, która dodaje słuchaczowi godności a nie narusza twojej – skądinąd wprowadzonymi w błąd dobrymi intencjami. Nie karmisz zbiorowo na siłę swoim błogosławieństwem ludzi, którzy mogą być nieprzygotowani w danej chwili do zniesienia go.
Budowanie w społeczności szkieletu troskliwej miłości jest nieskończenie ważniejsze niż ogłaszanie twojego cudu, jeśli ono szkodzi innym, a najczęściej tak właśnie jest.

JEZUS ZAKAZUJE TEGO

Stephen Crosby

Bardzo niewiele jest wyraźnie zakazane przez Jezusa w sposób wyrażony przez „nie będziesz”. Jest jednak jedna rzecz, której zakazuje: „martwienia się/niepokój.
Pomyśl o tym: ze wszystkich „grzechów” naszej kultury, co do których wielu ma niemal obsesję, martwienie się nie znalazło by się na takiej liście.
Dlaczego właśnie ten zakaz.

Co najmniej z dwóch powodów:
Najważniejsze: ponieważ jest to potwarz, oszczerstwo przeciwko charakterowi Jego Ojca.
Martwienie się jest związane z naszą naturalną egzystencją, strach przed śmiercią spowodowaną jakimś brakiem, potrzebą. Bezpośrednio odnosi się to do pieniędzy, które są „innym bogiem”, o którym Jezus powiedział, że „albo służycie Jemu, albo temu drugiemu, nigdy obu równocześnie”.
Jest to jak fala uderzeniowa dla mojej duszy. O ile nie ma w tym potępienia, nie brak jest powodów, aby chodzić pokornie w pokucie przed Bogiem i w człowieczeństwie, jeśli tylko zdobylibyśmy się wobec siebie na szczerość

Niewiele jest rzeczy, które tak skutecznie objawiają nam samym nasze jak przedłużające się okresy finansowej presji (czy fizycznej niesprawności, złego traktowania przez innych).

Nie wierzę, że to Bóg „zsyła” nam te rzeczy czy też „wkłada je na nas”, bądź „używa jako narzędzi do uczenia nas”, jak to się mówi. Dla mnie tego rodzaju myślenie również jest obrazą charakteru Boga.
Niemniej, żyjemy w upadłym świecie, gdzie będziemy przeżywać różne trudności. Jego odkupienie jest na tyle obszerne i głębokie, aby spleść „wszystko ku naszemu dobru”. Absurdalnie łatwo się to mówi. Dowodem w sprawie staje się sytuacja, w której teoria staje się rzeczywistością w życiu i sercu jednostki.
Jestem głęboko przekonany o swoim własnym tchórzostwie i marudzeniu. Łatwiej mi się wtedy modlić. Pomaga mi to nieco być bardziej cierpliwym i dobrym dla innych, tak abym mógł zebrać to samo dla siebie. Mogę stwierdzić, że wielokrotnie, tak rzeczywiście było w praktyczny i namacalny sposób. Zbierałem miłosierdzie tam, gdzie „sprawiedliwość” mówi, że nie powinno być żadnego miłosierdzia, ponieważ próbowałem, czasami jakkolwiek marnie, siać miłosierdzie.

Odwaga w przebaczaniu

Stephen Crosby

Ktoś mnie dziś poprosił o krótką definicję „ukrzyżowanego życia” (dosł.: “cruciform living”).
Wspaniała lecz niezgłębiona sprawa. Dałem jakąś krótką odpowiedź, o przebaczaniu naszym wrogom, lecz to, co poniżej pochodzi z tablicy mojego przyjaciela Sean Larkin. Ucieleśnia to, jak wygląda wcielone w praktykę ukrzyżowane życie. Oto warte życiowej lekcji przekonanie:

Odwaga w przebaczaniu
Jest to modlitwa znaleziona w obozie koncentracyjnym Ravensbruck obok ciała martwego dziecka:

O, Panie, pamiętaj nie tylko o mężczyznach i kobietach dobrej woli, ale również o tych złej woli, lecz nie pamiętaj tych wszystkich cierpień, które nam wyrządzili. Pamiętaj o owocach, jakie zrodzone zostały dzięki temu cierpieniu: o naszym braterstwie, naszej pokorze, hojności, wielkości serc, które z tego wyrosły, a kiedy staną przed sądem niech te wszystkie owoce, które zrodziliśmy będą ich przebaczeniem”.

Jakże zaskakujące wyzwanie wobec każdej pierwszej reakcji, jaką możemy odczuć wobec tych, którzy nas skrzywdzili. Jakże gwałtownie i szlachetnie gryzie się ta modlitwa z moją potrzebą wykazywania moich praw, mojej ważności.

Czy to możliwe, że, gdy Jezus prosi o to, aby modlić się o tych, którzy mnie prześladują, to może mieć na myśl właśnie coś takiego?
Jezus, spraw, abym był śmiały, odważny i skuteczny w przebaczaniu.

Na tym świecie, lecz nie z niego

Stephen Crosby

Na tym świecie, lecz nie z niego
Systemy tego świata są skorumpowane .
WSZYSTKIE jednak są poddane szatańskiej zwierzchności obecnego czasu.
Jeśli jako zdeklarowani uczniowie Jezusa sądzimy, że korzystając z wartości tych światowych systemów, z mocy i metod tychże możemy walczyć w ramach tych systemów, aby je poprawić to zwodzimy samych siebie.

Czy mamy być obecni zachowując i dając życiodajny wpływ w tych systemach jak zakwaszone ciasto na chleb? Absolutnie tak: W tym świecie, lecz nie Z tego świata, a to jest trudne.
Widzę jak wierzący angażują się w tym świecie na warunkach tego świata i przy pomocy jego wartości i sposobów. Znajdują się wewnątrz niego, lecz również są Z NIEGO, a to błąd. Oznacza to również, że czasami są wręcz nienawistni.
Jak więc można być na tym świecie, a równocześnie nie z niego? Nie jest to łatwe pytanie i nie jest to łatwe do wykonania.

Jest to podobne do ukrzyżowanego życia Jezusa, a nie  jest jakimś innym systemem tego świata. „Rządy Jezusa” są  inne. Pochodzą z innej rzeczywistości, mają inne wartości i metody.

Na przykład: oddawanie dobrem za zło, a nie złem za zło. Czynienie dobrze tym, którzy są złośliwi wobec nas. Zwyciężanie zła dobrem. Przebaczenie tym, którzy na to nie zasługują – bez miary i ograniczeń. Miłość do nieprzyjaciół. Oddawanie swego życia za tych, którzy nas nienawidzą, przyjaźnienie się z „grzesznikami”, czynienie pokoju nawet z własna stratą jeśli to konieczne, zgoda na to, aby miłosierdzie panowało nad sądem,  demonstrowanie pokuty, a nie nakłanianie innych do pokutowania, życie w stylu agape (zdefiniowanego jako nieoczekiwanie niczego od tych, którzy moralnie są nam coś winni)… i tak dalej. Nie mówię, że to łatwe. Tak nie jest.
Wiecie, podstawowe „klamoty Jezusa” – które nieliczni chcą uznać, jeszcze mniej chce o tym mówić, a niemal nikt nie chce tak żyć. Nie mówię, że to łatwe. Tak nie jest. Jest to niemożliwe bez umacniającej obecności życia żywego Chrystusa w każdym z nas.
Oczywiście, łatwiej jest znaleźć tekst usprawiedliwiający nienawiść i niszczenie przestępcy, racjonalizując w ten sposób „świętą” przemoc. (Mamy to już za sobą – patrz: krucjaty – które skończyły się wspaniale, nieprawdaż?). Właściwie rozumiany Krzyż Chrystusa jako coś, co NIE jest dziełem Ojca, kończy wszelkie pretensje do słuszności świętej przemocy.

W rzeczywistości sprowadza się to do światowej władzy (i pieniędzy): kto ma, a kto nie. Ci, którzy je posiadają dążą do zachowywania jej, jeśli trzeba, przemocą czy niesprawiedliwością, a ci, którzy jej pragną, chcą dostać, jeśli trzeba, przemocą i niesprawiedliwością. Każda przemoc i niesprawiedliwość jest święta w ich oczach.

Ewangelia Jezusa nie podlega jurysdykcji diabelskich zwierzchności tego wieku. Przyszła, aby je pokonać tym, że nie kochamy swego życia aż po śmierć – jeśli to konieczne naszą śmierci – a nie kogoś innego.
Droga Jezusa nigdy nie pojawi się na czołówkach gazet, nigdy nie uzyska tysięcy „lików”, nie będzie miała wielu „obserwatorów”, ani nie stanie się politycznym sloganem. A jednak, wierzę, że była, jest i zawsze będzie prawdziwą nadzieją dla ludzkości.
Tak więc, próbuję być uczniem Jezusa.

Prostota, która jest w Chrystusie

Stephen Crosby
The Crosby Cafe

Jezus jest prosty, Biblia nie. Jezus jest głęboko, przemożnie, nie do pojęcia i nie do zgłębienia, kosztownie i boleśni – prosty.

Zauważyłem pewien wzór postępowania między wielu „chrześcijanami”, którzy uważają siebie za „postępowych”, „głęboko myślących” „duchowych” czy „mistycznych” i „wolnych od stworzonej przez ludzi religii”. Starając się,  być ludźmi wyrafinowanymi i głębokimi, sami siebie zniechęcili do prostoty, która jest w Chrystusie i ewentualnie do wszystkiego, co ma związek z choćby najdalszym związkiem z historycznym chrześcijaństwem i do tego celebrują to. Jest coś młodzieńczego, a nawet młodzieżowego w tym: „Moi rodzice to idioci, komu oni potrzebni?” Niestety nasza indywidualistyczna i subiektywna kultura nagradza takie postawy.

Pomyśl o tym: nikt w ciągu 2000 lat nie był tak mądry, duchowy i oświecony, jak my. Wszyscy przed nami mieli religijne „agendy”, lecz my jesteśmy „czyści”.

Zawsze jest to wyzwanie dla reformatorów i odnowicieli.

Taki jest nieunikniony koniec tego, co nazywam duchową żądzą: przesadne pożądanie intelektualnego (fundamentaliści, ewangeliczni i postępowi) czy emocjonalnego (zielonoświątkowi i charyzmatycy) przeświadczenia, innowacji i stymulacji. W pewnym sensie Jezus jest końcem duchowego włóczęgostwa i rozważań. Lecz dalej jest krzyż z jego wyrokiem śmierci na wszelkie nasze duchowe ambicje i wycieczki.

„Kiedy uczyniliśmy ci to, Panie?”
„Cokolwiek uczyniliście z tych najmniejszych, mnie uczyniliście”.

Jakże proste to i nie cieszące ego. Ignorujemy więc to i zaczynamy metafizyczne wycieczki, klepiąc się nawzajem po ramionach, skoro zostaliśmy teraz tak „uwolnieni” od „stworzonej przez ludzi religii”, radośnie zwodząc siebie samych.

Jezus nie jest przedmiotem studiów, w ten sposób nie poznaje się Go. Jest znany na tyle, na ile uchwycimy się drogi w kształcie krzyża. Ten krzyż objawia Go. Jezus, a przez Niego Ojciec, jest poznawany przez krzyż i zmartwychwstanie.

Kto nie miłuje (na sposób krzyża), nie zna Boga – Jan Apostoł (niektóre czytania Pawła nie stawiają oporu!).

Ten krzyż jest istotą tego, co znaczy być uczniem Jezusa – reszta to komentarze. Czasami nie jest to bardzo ekscytujące. W rzeczywistości,… wprost w dół… krzyżowanie… i tak powinno być.