Category Archives: Crosby Stephen

Sława, a nasza odpowiedzialność

Stephen Crosby

Tak więc, po raz kolejny jawne postępowanie chrześcijańskiego celebryty znalazło się na pierwszych stronach wiadomości. „Upadł” przez niemoralność seksualną. Niestety, nie jest to nic nowego. Takie rzeczy zawsze będą miały miejsce w kulturze wołającej „daj nam króla (celebrytę), gdzie ceni się sławę i talent bardziej niż charakter. Niemniej, nie mamy tutaj do czynienia wyłącznie ze sprawą odpowiedzialności jednostki.

O ile jednostki muszą ponieść odpowiedzialność i spotkać się z konsekwencjami takich sytuacji, wszyscy jesteśmy w to zamieszani. Dlaczego? Ponieważ nasza żądza chwały umożliwia takie zdarzenia. Jeśli psychiczna energia, pieniądze i uwielbienie chrześcijańskich tłumów promują jednostkę do sławy, której ona nie jest w stanie unieść, to ten tłum jest zamieszany w upadek tejże jednostki. To my powołujemy królów, a następnie, gdy upadną, kiwamy palcem. My musimy pokutować, a nie tylko ten człowiek.

Cieszę się z tego, że w Chrystusie zawsze jest przebaczenie, akceptacja, nadzieja i odnowienie dla każdego, dla wszystkich i zawsze. Cieszę się z tego, że Ojciec nie potępia nikogo. Niemniej: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu” to modlitwa, której nigdy za wiele. Jest wiele zamieszania w tej kwestii. Nasz status synów i córek Bożych w Chrystusie nie neguje tej koniecznej skłonności do świadomości siebie Jeśli chodzi o Johna Crista dziennikarz USA Today napisał ostatnio:

„… dalej istnieją konsekwencje naszych czynów ( i powinny być), lecz ostatecznie nie określa nas to, co zrobiliśmy, lecz to, co zrobił dla nas Jezus. Johnie Crist, spartaczyłeś to porządnie, lecz Bóg nadal kocha cię i kochać zawsze będzie”.

Porównajmy to z tym, co POWIEDZIAŁ JEZUS: Po owocach (zachowaniu, jakie ich życie wydaje) poznacie ich”.

To jest definicja rzeczywistości przy pomocy etyki, a nie wiarą w zastępcze zadośćuczynienie, pozycyjną sprawiedliwość i teorię tożsamości! Jest to sprawozdanie z postawy oparte na rzeczywistości planety Ziemia, a nie na metafizycznej duchowości. Wydaje się, że Jezus myślał o tym, że w ostatecznym rozrachunku zostajemy rozpoznawani po naszym zachowaniu. Dla galaretowanych zachodnich ewangelików słowa Jezusa są nie do pomyślenia, ponieważ zawierają zakazane we współczesnych opartych na łasce (dosł.: grace-based; fałszywie tak zwanych) wszechświatach, brudne słowa: osąd (ocenę) i zachowanie. Następujące słowa są na ustach mnóstwa tak zwanych chrześcijan, których spotykam:
„Bóg akceptuje mnie takiego jaki jestem, bez względu na to, co zrobiłem a ty nie możesz mnie osądzać (oceniać)”.

Źle. Zamieszanie. Zwodniczo.

Indywidualizm, subiektywizm i prawnicze założenia takiego podejścia są bardzo niepokojące, a jednak tak powszechne na współczesnym, popularnym poziomie zachodniego protestantyzmu, jak piasek na Saharze. Z chwilą, gdy pomylimy nasze wierzenia dotyczące naszego statusu jako zaakceptowanych w Umiłowanym i tym, którym Bóg wybaczył w Chrystusie z etyką – z tym, jak żyjemy wobec obserwującej ludzkości – pomijamy to, co dotyczy dyscypliny naszego życia i przemieniającego życie działania Krzyża.

Pokaż mi swoją wiarę bez uczynków a ja ci pokażę moja wiarę z uczynków

Wiara bez uczynków jest martwa.

Czy przeciwstawiam sobie Jakuba i Pawła? Absolutnie nie. Ta sztuczna łamigłówka pojawia się wyłącznie wtedy, gdy ktoś jest narażony na pewne skrajne protestanckie schematy interpretacji, czyli: Pokaż mi / pokaż sobie. Nie mówi: pokaż Bogu.

Paweł i Jakub zwracają się do całkiem innej grupy ludzi, a to, co pisze reprezentuje dwie strony tej samej monety – Ewangelii: zwróconej ku Bogu i zwróconej ku ludzkości.
Jest to jedna i ta sama, niepodzielna moneta. Nie pracujemy po to, by „zarobić” na zbawienie, to ta część zwrócona ku Bogu, lecz jeśli chodzi o tą skierowaną ku ludzkości to z całą pewnością dowodzimy w ten sposób, że nasza wiara jest żywa, a nie martwa. Z całą pewnością w oczach ludzi charakteryzuje nas nasze zachowanie. Jeśli chodzi o to, co niektóre skrajne formy nauczania łaski rozgłaszają, nasza odpowiedzialność wobec innych ludzi jest częścią pakietu zbawienia.

By-Life
W j.angielskim proste słowo „believe” czy „belief” wywodzi się ze swego pierwotnego znaczenia. Pochodzi ze starego skandynawskiego wyrazu: by-lief, co oznacza: „by life” – przez twoje życie! Wiara nie jest jakimś umysłowym abstrakcyjnym usposobieniem do duchowych zasad z Biblii.
Wiara jest relacyjnym zaufaniem, którego dowodem jest to, jak żyjemy. Przede wszystkim, nawet standardowy wers luterańskiego protestantyzmu: „a sprawiedliwy z wiary żyć będzie„, mówi właśnie to! Nie jest tam mowa o tym, że sprawiedliwy będzie właściwie rozumiał z Pisma propozycjonalną prawdę o swej tożsamości jako synowie i córki. Będzie ŻYŁ z wiary (relacyjnego zaufania).. Życie to coś, co ludzie będący wokół Ciebie widzą.

Jezus – Niech wasz światło świeci przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i wielbili Boga, który jest w niebie.

Wzywanie imienia na próżno
Często, pytany „Czy jesteś chrześcijaninem?” kategorycznie odpowiadam; NIE! (z różnych powodów, których nie będę tutaj omawiał). Często daje to dobrą okazję do bardzo owocnej rozmowy. Czasami odpowiadam: „Dążę do tego, aby być”, jako ktoś kto idzie drogą Jezusa z Nazaretu. To również pobudza do dobrych konwersacji.

Fakt, że tak wielu z tych, którzy wzywają tego Imienia, nie przypomina Go swoim zachowaniem. „Branie imienia Pańskiego na daremno” nie ma nic wspólnego z „przeklinaniem” jako takim. Oznacza to wzywanie Jego Imienia i nie zachowywanie się tak, jak ON – wzywasz je nadaremno. Chodzi tu o wierność w relacji z Bogiem i reprezentowanie Boga przed tym światem, a nie przeklinanie, choć, oczywiście… nie klnijmy Jego Imieniem.

Sprawa tego, czy Bóg nadal kocha mnie jako jednostkę, czy Bóg nadal akceptuje mnie, gdy moje zachowanie jest okropne w ogóle nie powinno pojawiać się w tej dyskusji. Tu nie o to chodzi. Istotą jest to: Co widzi mój bliźni? Co widzi świat? Jak zachowuję się wobec tego świata ? Czy wezwałem Tego Imienia na daremno moim zachowaniem? Niemniej, jeśli skupiamy się na tym, aby upewnić przestępcę (siebie czy kogoś innego), żeby nie „czuł się źle” to, podmiotowo (jak w tym dziennikarskim twierdzeniu powyżej) nie stoimy na gruncie Ewangelii. Powinniśmy się subiektywnie czuć źle ze względu na to, co uczyniliśmy dla Imienia Pańskiego, z powodu tego, jak niewierni byliśmy i jaką potwarzą dla Jego Imienia było to przed obserwującym światem.
Jeśli gramy kartą pn.: „nie możesz mnie osądzać, bo jestem pod łaską” to okazujemy w ten sposób obserwującym nas bliźnim lekceważenie. Robiąc tak gubimy się w bagnie popularnej psychologii dobrego samopoczucia, a nie zanurzamy w Ewangelii. Ludzie nie widzą różnicy między wstydem, poczuciem winy, a przekonaniem. Wstyd dotyka mojej wartości, pozostałe dwa – mojego zachowania. Tylko dlatego, że Bóg nie chce, abyśmy żyli zawstydzeni (a nie chce), nie znaczy, że nigdy nie powinniśmy czuć się źle w sensie poczucia winy i przekonania o grzechu.

Mogę, jako syn czy córka, być w porządku z Bogiem (bez wstydu), lecz nie o to tu chodzi! Co z bliźnim? Jesteśmy stróżami naszych braci, nasze zachowanie jest ważne.

Nasz współczesny świat (w tym świat kościelny) nie toleruje: obiektywnej oceny (osadu przez innych oraz czegokolwiek, co sprawia, że ktoś czuje się niewygodnie. Może dla niektórych jest to wiadomość z ostatniej chwili, lecz te wartości są niekompatybilne z wartościami Królestwa. Pokuta w stylu Królestwa nie jest możliwa w wszechświecie, którym rządzą takie wartości.

Wniosek:
Jeśli ty czy ja jesteśmy bardziej oddani pewnej szczególnej protestanckiej soteriologii czy sposobowi interpretacji Pawła (co, tak przy okazji, jest z pewnością trudne) niż słowom Jezusa, musimy przemyśleć pewne rzeczy. Mówiąc inaczej: Nie wolno nam mieszać naszej soteriologii (naszego zbawienia) z naszą ontologią (aktualnym stanem bycia). To, że Bóg kocha nas i na zawsze jesteśmy w domu na Jego łonie, w Chrystusie, nigdy nie podlega kwestii, a co najmniej w moim umyśle. Lecz ten dziennikarz jak i miliony ewangelików nie rozumieją tego, że jesteśmy odpowiedzialni zarówno wobec Boga, jak i ludzi..

LIST OTWARTY, PROŚBA DO MŁODSZYCH BRACI I SIÓSTR W CHRYSTUSIE DZIAŁAJĄCYCH W MEDIACH SOCJALNYCH

Stephen Crosby

Kiedy byłem w średnim wieku (30, 40 lat) przyjaźniłem się z mężczyzną po sześćdziesiątce. Pomógł mi pohamować moje najgorsze skłonności. Pokazał mi perspektywę na wiele rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Miał szersze wejrzenie w te sprawy ponieważ przeżył znacznie więcej (naturalnych, duchowych, teologicznych, „kościelnych” doświadczeń) życia niż ja. Nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj, gdyby nie jego wpływ.

Widzę jak wielu młodzieńców czyni w mediach społecznościowych zamaszyste wypowiedzi o bezwzględnej pewności, i jest mi przykro z tego powodu. Często to twierdzenia są kłopotliwe i czynione z bardzo ciasnej perspektywy. Ci ludzie tak po prostu nie znają innych wszechświatów, możliwości i „odpowiedzi”, które istnieją poza ich osobistym doświadczeniem i relacjami z rówieśnikami.

Jeśli masz dwadzieścia, trzydzieści lat i jedynym głosem, który słyszysz to kabina pogłosowa twojego własnego pokolenia to nie jest to dobre miejsce. Znajdź kogoś z siwizną na głowie, komu możesz zaufać (i komu będzie zależało wyłącznie na twoim dobru) i bywaj z nim często. Nie masz na tyle obszernej perspektywy, aby twierdzić to, co twierdzisz.

Działa to w obie strony; ci z siwymi włosami potrzebują energii, żywotności, pasji i siły młodzieży. Bez niej zaskorupilibyśmy się we własnym przeświadczeniu i opierali każdej zmianie, reformie, innowacji.

Potrzebujemy siebie nawzajem. Nie jest to opcja – jest to coś, co podtrzymuje życie.

Moi rówieśnicy wiedzą to i mogą zaświadczyć, że często modlę się gorliwie o to, abym nie spędził ostatnich dni otoczony wyłącznie przez własne pokolenie. Modlę się o boskie powiązania z młodymi mężczyznami i kobietami.

Zdarzyło mi się być raz na spotkaniu, gdzie, mając wówczas ponad 60 lat, byłem najmłodszy! Serce mi zamarło. Nie ma w czymś takim przyszłości i byłem zasmucony. Nic, co wtedy usłyszałem nie miało żadnej wartości dla żadnego trzydziestolatka, którego znałem. Pomieszczenie było pełne starych, siwych mężczyzn, którym ciągle wydawało się, że jest 1970 rok, a my jesteśmy jakoś „duchowo ważni” ze względu na „objawienie, które niesiemy”. Było to zbiorowisko duchowej i kulturalnej nieprzydatności, duchowego egalitaryzmu i dyskryminacji młodego wieku!
Było to równie smutne co patetyczne.

Wierzę, że nie ma możliwości otrzymania pełnego objawienia Jezusa w jakiejkolwiek formie „zasilosowania”: rasy, płci, klasy społecznej czy wieku. Trzy pierwsze stanowią gorący temat we współczesnej kulturze. To ostatnie ma znamiona epidemii i często jest ignorowane: mnóstwo energii poświęca się na pierwszych trzech, zero na czwartym. Znam wielu, którzy uważają siebie oświeconych w dziedzinie teologii, duchowości, rasy, płci i klasy, a którzy są (być może nieświadomie) wiekowymi bigotami.

Nie sądzę, aby to był przypadek, że do wywołania epokowej zmiany potrzeba było, aby nastoletnia dziewczyna nosząca w swym łonie obietnicę, której wypełnienie miało przemienić świat, musiała mieć za partnerkę starszą krewną, również noszącą w swym łonie obietnicę.
Jest to przesłanie dla tych, którzy chcą usłyszeć go. Bóg sam siebie określił Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. Jest to przesłanie dla tych, którzy chcą je usłyszeć.
Obyśmy zechcieli zwrócić uwagę i przeżyć coś lepszego… razem.

Wyznania chrześcijańskiego idioty

Stephen Crosby

Moje pierwsze doświadczenia z chrześcijaństwem wiążą się z  przypadkiem chrześcijańskiego idiotyzmu. Chrześcijański idiotyzm jest mieszaniną szczerości, ignorancji, żarliwości i sprawiedliwości własnej. Wraz z żoną, Ritą, spędziliśmy 13 lat w ekstra separatystycznej grupie, gdzie wszystko było grzechem oprócz oddychania i to też tylko między 10 a 12 w niedziele. Oczywiście, przesada, lecz niewielka! Ze szczerego lecz sprowadzonego na manowce zrozumienia, byliśmy trenowani  jak unikać zatrucia, które z całą pewnością przychodzi gdy przebywamy z nie-wierzącymi. Dotyczyło to również członków rodziny. Uczono nas, abyśmy kontaktowanie się z niewiernymi pozostawili baptystom. Uczono nas również, że baptyści i inni głoszą „nominalną ewangelię”, lecz my głosimy „głębsze rzeczy Boże”. Przede wszystkim Biblia mówi (westchnienie – zmora tekstów dowodzących i fanatycznej typologii!) że poganie wejdą do światłości naszego poznania. Tak więc, jeśli więc będziemy tylko świecić wystarczająco jasno, nie musimy martwić się o mieszanie się z nieobmytymi masami ludzkości. Bóg przyprowadzi ich do nas.
Mieliśmy takie mądre jednozdaniowe powiedzenie: „Baptyści złapią ryby, lecz my zrobimy z nimi porządek”. Umysł mi drętwieje na samą myśl o tym, lecz taka jest prawda. Jest to nie tylko koszmarnie zła teologia, lecz również pewna recepta na złe relacje. Jakkolwiek toksyczne to było, nie mogę oskarżać wyłącznie mojego chrześcijańskiego idiotyzmu o to co inni robili mi czy czego mnie uczyli. W tym przesłaniu moje osobiste złamanie odnajdowało sens zdrowia i elitaryzmu. W każdym razie, nie wiedziałem wiele lepiej. Bałem się konfrontacji z liderami. Chciałem tej społeczności również  jako potrzebę umyślonego przez siebie uspołecznienia. Jak w powiedzeniu: „Bo do tanga trzeba dwojga”. Gdyby moja dusza nie była w tak silnej potrzebie, nie przełknąłbym tej przynęty. To był duchowy lepiec, toksyczne przesłanie łapiące na haczyk duszę, która nie ma się dobrze.
Znaczyło to, o ile w ogóle możliwe: żadnych uroczystości rodzinnych (urodzin, rocznic), żadnych świąt. Uczono nas, że jeśli nie jest możliwe unikanie takich obchodów, powinniśmy niechętnie to znieść, jak rzucenie mało znaczącego gestu mętom ludzkości, które były poniżej naszej duchowej wspaniałości. Jak przypuszczam, mój chrześcijański idiotyzm spowodował ogromne szkody w sporej rodzinie, szczególnie wśród rodzeństwa żony.

Continue reading

Mamy rok 2019 i Bóg nie zabiera cię na nowe poziomy

 

Stephen Crosby

Manipulacja ludźmi przy pomocy języka „nowych poziomów”.

Co roku o tej porze media socjalne nasączone są naiwnymi i manipulacyjnymi chrześcijańskimi „błogosławieństwami” i „przewidywaniami” takimi jak to: „W 2019 Bóg zamierza zabrać cię na nowe poziomy!”

Tego rodzaju język nie towarzyszy wyłącznie noworocznym obietnicom, lecz jest w magazynie i handlowym języku wielu kościołów. W porządku, mamy 2019 rok, a to moje przewidywanie: Bóg nie zamierza zabrać cię na nowe poziomy. Dlaczego? Ponieważ nie ma czegoś takiego.

Mógłby ktoś pomyśleć, że taka frazeologia obca całości Pisma powinna być postrzegana co najmniej z jakimś sceptycyzmem! Tak nie jest, jeśli chodzi o wielu moich charyzmatycznych przyjaciół i licznych telewizyjnych kaznodziei różnych kierunków. Dla wielu, samozwańczy „bezpośredni przekaz od niego”, „nowe objawienie” czy „prorocze słowo” jest rzekomym nadrzędnym zrozumieniem. Są też tacy, którzy uważają metodyczne badanie Pisma za dzieło ciała. Jest to rzekomo raczej „poleganie na własnym zrozumieniu” niż na bezpośrednim nauczaniu „przez Ducha” – sic. Taka pogarda dla rzetelnej egzegezy i kontekstowego stosowania Pisma jest wyraźna i ma rozmiary epidemii w tej przestrzeni. Jest to zupełnie nonsensowne, lecz tak powszechne jak pchły na bezdomnym psie.

Gnostycyzm – nic nowego pod Słońcem

Tak więc, gdyby nie wystarczał fakt, że Pismo nigdy nie używa takiego słownictwa, aby przyhamować na takim nonsensie, zastanówmy się nad tym:

To gnostycka herezja nauczała rozwijania się poprzez duchowe poziomy – od niższych -„duchowego oświecenia”, do wyższych i jeszcze wyższych „duchowych oświeceń”. Gnostycy nauczali, że ktoś bardziej oświecony od ciebie, może mentorować cię czy pomóc ci rozwijać się przez te różnorodne poziomy, dzieląc się z tobą tajemnymi słowami i wglądami, których nie byłbyś w stanie otrzymać w inny sposób, a jedynie przez poddanie się bardziej nadrzędnemu gnostykowi. Było to różnie opakowane – język ubierany w słowa poddania przywództwo, czy to „służba ojciec-syn”, czy służba „przebudzenie przyjdzie jeśli tylko my zrobimy _____” (wypełnił wolne miejsce dowolnym wybranym przez ciebie wabikiem), czy innym paradygmatem – lecz trucizna jest ta sama. Oczywiście, ta herezja funkcjonowała 2000 lat temu, jest też herezją obecnie, bez względu na to, co moi charyzmatycznie nastawieni przyjaciele mogą myśleć.

Propagowanie tej gnostyckiej herezji w niezliczonych „chrześcijańskich” środowiskach nie jest niczym więcej, jak tylko manipulacyjnym chwytem, którego celem jest wywołanie uczucia nieprzemijającej niewystarczalności i stałej pogoni za jakimiś obiecanym wyższym duchowym miejscem – jeśli tylko zrobisz to czy tamto, uwierzysz w to czy tamto. Jeśli tylko spełnisz odpowiednie wymagania (a niemal zawsze towarzyszy im jakaś forma kontroli), Bóg odpłaci ci, zbierając na „wyższy poziom”.

Jest to duchowe związanie – ludzkie wykorzystanie. Czyż nie powinno być samo w sobie ostrzeżeniem to, że w tego rodzaju naiwnych deklaracjach zawsze chodzi o to, że to ty masz być większy, bardziej błogosławiony, bardziej zamożny, sławny, mieć większą służbę itd.? Kiedy ostatni razy widziałeś jedną z tych śmiesznych proklamacji nowego poziomu połączoną z ubytkiem twojej służby? Nigdy się z tym nie spotkasz, ponieważ krzyżowa droga nie sprzedaje się w zachodnim (amerykańskim) chrześcijaństwie.

Nasze bogate dziedzictwo

Bóg dał nam (obecna rzeczywistość wpływająca na nas w tej chwili) wszystko, co jest potrzebne do życia i pobożności (2Ptr 1:3). Musimy tylko żyć zgodnie i konsekwentnie, dobrze realizując rzeczy podstawowe, zamiast pożądać jakichś nieokreślonych nowych poziomów katharsis czy oświecenia.

„Dałem im (coś co jest aktywne, dzieje się w obecnej chwili, teraźniejszości) chwałę, którą miałem u Ojca”(J 17:22). Żyj na podstawie tej rzeczywistości zamiast na gruncie nigdy nie kończącego się pościgu za jakimś nowym poziomem.

„Dzięki niech będą Bogu, który daje nam (obecnie) zwycięstwo przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa” (1Kor 15:57). Twoje zwycięstwo nie leży gdzieś przed tobą w jakimś mistycznym eterze. Nie jest ukryte, po to, aby ujawnić coś w przyszłości, któregoś dnia, gdy osiągniesz nowy poziom. Jest bliżej niż twój własny oddech.
To jest tak proste. My po prostu nie wierzymy w te podstawowe i proste rzeczy. Pożądanie bardziej duchowej ekstazy niż ukrzyżowany sposób życia, przygotowuje nas do nowego poziomu wabika błędu czy zwiedzenia. Nie istnieje nic wyższego niż być w Chrystusie i Chrystus w nas. Nie można udać się nigdzie wyżej, niż być posadzonym wraz z Chrystusem w okręgach niebieskich.

Te prawdy (oraz inne podobne) są czasami nazywane prawdami „pozycyjnymi”. Jest to po prostu wyrafinowana biblijna gadka niewiary na określenie „nierealne”.
Nie zgadzam się z tym. Są to podstawy obecnego życia naśladowcy Chrystusa

Wzrastanie w drodze ukrzyżowania

Continue reading

Nones and Dones_2


Stephen Crosby

The Nones and Dones – Przypływowa fala zmian

Mój przyjaciel, Greg Albrecht, napisał coś następującego, co jest fascynującym, choć smutnym postscriptum do mojego poprzedniego wpisu: „Ilość niezrzeszonych w kościołach Amerykanów mogłaby stanowić ósmy pod względem liczebności kraj na świecie!”

Ostatnie badania Georga Barna na temat „Nones and Dones” pochodzą z 2014 roku. Sprawozdanie Albrechta (“10 Facts About America’s Churchless”) stwierdza między innymi:

„Ilość niezrzeszonych w kościołach Amerykanów mogłaby stanowić ósmy pod względem liczebności kraj na świecie! Szacowane w 2014 roku przez Barna Group dane korzystają określenia ‚bezkościelni” (dosł.: churchless) na opisanie tych, którzy w ciągu 6 miesięcy poprzedzających badanie ankietowe nie brali udziału w chrześcijańskich nabożeństwach, poza szczególnymi okazjami jak ślub czy pogrzeb, na 114 milionów. Jeśli dodać do tego 42 miliony dzieci i nastolatków, którzy nie chodzą do kościoła mamy 156 milionów obywateli USA, którzy nie są zaangażowani w żaden sposób w chrześcijańskim kościele.
Ogromna większość Amerykanów będących poza kościołem, kiedyś uczestniczyło w nim. Tylko nielicznie dorośli są całkowicie odłączeni od kościoła, większość z nich należy raczej do byłych uczestników. Tylko jedna czwarta z tych poza kościołem (23%) nie było w chrześcijańskim kościele nigdy w życiu… Większość (76%) miało bezpośrednio do czynienia z jednym kościołem lub większa ilością i opierając się na tej próbie zdecydowali, że lepiej wykorzystają swój czas w inny sposób”.
Według mojej oceny 76% dorosłych, którzy wyszli z kościoła (jak określa ich Barna „de-churched”) z takiej czy innych przyczyny stanowi 76, 65 miliona (76% z 114 milionów).

________________________________________________

Komentarz Steve’a:

Jeśli o mnie chodzi to nie ma znaczenia czy ktoś uważa, że to dobre czy złe, czy jesteś wiernym obrońcą instytucjonalnej chrześcijańskiej religii czy krytykiem, istotą jest to że owi „nones and dones” to rzeczywistość. Można to interpretować jak sobie chcesz, niemniej, udawać, że to nie jest prawdą czy, że nie ma znaczenia, jest irracjonalne.
Jeśli pozostajesz poza instytucjonalnym chrześcijaństwem, nie wystarczy krytykować to, skąd pochodzisz, że tak powiem: kopiąc kołyskę. Masz odpowiedzialność za to, aby wskazać na inną bardziej żywotną, bardziej zgodną z zasadami Królestwa, funkcjonalną alternatywę niż to, o czym wiedziałeś zawsze i czego masz dość. Powtarzanie tego samego systemu dysfunkcyjnych wartości tylko że mniejszą skalę, nie prowadzi do duchowego wzrostu. Nie wystarczy przemalowanie pułapki na myszy (idiom znaczący: drobne poprawki). Musisz sam sobie zadać pytanie czy powinieneś w ogóle brać udział w biznesie łapania myszy.
Jeśli jesteś oddany tradycyjnym strukturom i metodom stosowanym przez chrześcijaństwo, konieczna jest chwila refleksji nad sobą. Ta rzeczywistość wymaga czegoś więcej niż zmiana dywanów w sanktuarium, „bardziej inspirujące kazania”, „współczesny zespół uwielbiający”, więcej grillów i „kampanii zarządzania” oraz nowe „programy ewangelizacyjne”.
Skoro Jezus przyciągał do siebie niekochanych i grzeszników, musimy zapytać siebie: „Dlaczego nic ich nie pociąga do nas i naszego „kościoła”. Jeśli w drogę nie wejdzie nam nasza własna pycha to pokorne zażenowanie tym pytaniem może wzmocnić i przemienić. Rzuci również wyzwanie obecnemu statu quo, szczególnie wtedy, jeśli owo pytanie dotyka okopanych mocy prestiżu, pieniędzy, kontroli i władzy. Stare powiedzonko dobrze tu pasuje: zmień, przyjmij bądź zostań zmieciony w historyczny kubeł na śmieci bądź w mrok braku znaczenia – zjawisko, które już jest w toku w wielu sytuacjach.
Choć faktem jest, że nikt z nas nie jest doskonały, a zatem każde zgromadzenie niedoskonałych będzie niedoskonałe, nie może to być usprawiedliwieniem dla utrwalania dysfunkcyjnego działania. Tu nie chodzi o „szukanie doskonałego kościoła”, a raczej o zajęcie się głębokimi, systemowymi wartościami i metodami, które są przeciwieństwem funkcjonowania w Królestwie Jezusa Chrystusa.

__________________________

Copyright 2015,  Dr. Stephen R. Crosby, www.stevecrosby.org Permission is granted to copy, forward, or distribute this article for non-commercial use only, as long as this copyright byline, in totality, is maintained in all duplications, copies, and link references.  For reprint permission for any commercial use, in any form of media, please contact stephrcrosby@gmail.com.

Would you like to partner with us in distributing our materials and perhaps generate some income for yourself?  Please go to www.stevecrosby.com for details of our Affiliate program. This ministry is sustained by the freewill offerings of those believe in the message of a radical grace in a new covenant understanding. If this article has been a blessing to you, would you prayerfully consider making a tax-deductible contribution through our Paypal button to help? Thank you and God bless you.

The Nones and Dones – sfrustrowani kościołem, straceni_1

Stephen Crosby

W USA 65,000,000 milionów wierzących jest poza kościołem (dosł. ‚de-churched’)

(od tłum.: specyfika amerykańskiego kościoła jest szczególna i bardzo inna od kościołów w innych częściach świata („mega-church’e i mega-skandale przy okazji), stąd i tendencje inne, ale to ostrzeżenie może być istotne wszędzie.
Uwaga:
„Nones” – grupa Amerykanów bez jakiejkolwiek przynależności kościelnej, którzy w ankietach na pytanie o religię odpowiadają: „none” – żadna. „Dones” – to ci, którzy przez lata byli bardzo zaangażowani, niektórzy byli liderami, nigdy wcześniej nie wyobrażającymi sobie, że można być „poza kościołem”, a obecnie, „mają dość”. Nie jest to mała liczba, rocznie kościoły opuszcza około 3 milionów osób.)

W książce napisanej przez socjologa, Josha Packarda, który przeprowadził skrupulatne badania, pt.: „Church Fefugees” („Kościelni uchodźcy”), autor twierdzi, że obecnie jest 65.000.000 osób, które w USA mają „dość” kościoła, z czego 30.5mln z nich zachowują swoją „wiarę”, równoważąc tych, którzy nie mają żadnej „religijnej przynależności”.

Ci „Nones and Dones” nie są buntownikami, zranionymi, zgorzkniałymi, Absalomami, Izebelami i heretykami, jak się ich często karykaturalnie przedstawia. Często są to ci najlepsi, najjaśniejsi, najwspanialsi i najbardziej oddani Chrystusowi – ci, którzy swoją wiarę traktują bardzo poważnie. Jest jeszcze kolejne 7.000.000 „na własnej drodze” do tego, aby „mieć dość”, co w sumie daje 72.000.000 tych „nones and dones”.
W Stanach Zjednoczonych jest około 65 mln wierzących, którzy sami siebie identyfikują jako należących do zorganizowanego kościoła.

30 do 50 procent tych, którzy wyznają Chrystusa w USA ma DOŚĆ (DONE) „kościoła” (zorganizowanej, zinstytucjonalizowanej religii) lub wkrótce będą w takim stanie.
Czy, w świetle tych liczby, nie jest w gronie przywództwa potrzebna jakaś refleksja własna, zamiast powszechnej reakcji w postaci obrony i usprawiedliwiania siebie, wymówek, racjonalizacji, dopracowywania programów, oskarżeń i określania każdego, kto odchodzi jako „mającego problemy z władzą”, bądź używanie innych oszczerczych nazw?
Proponuję uznać, że twierdzenie, że 30-65.000.000 ludzi to buntownicy, mijający się z Bogiem oraz znajdujący się „poza Jego wolą” jest absurdalne i dziwaczne. Jest osadzone na aroganckiej dumie, wywołanej problemami z ego, pieniędzmi, kontrolą i władzą, które uniemożliwiają refleksję nad samym sobą. Jest to forma religijnego związania, zaślepienia i oddania istniejącemu status quo.

Continue reading

Kościelne budynki – demonstracja znaczenia

Stephen Crosby

Mój przyjaciel, Steve Hill (Harvest Now in Ontario, Canada), robi coś, co uważam za prawdziwe biblijnie solidne „apostolskie uczniostwo” na całym świecie. Robi to opierając się na wartościach głoszonych przez Jezusa Ewangeliach (p. jego podręcznik „Luke 10”), a nie zachodnich wartościach powodzenia. Daje kościołom na całym świecie uprawomocnienie do funkcjonowania w ich społecznościach w pełni Królestwa, bez uzależnienia od zachodnich „ekspertów” czy pieniędzy.

W tym krótkim artykule zadaje prowokujące pytania o nacisk (i koszty) kładziony na utrzymanie za miliony, jeśli nie miliardy dolarów religijnych budynków, ziemskich posiadłości i mienia w czasie, gdy potrzeby innych na świecie są tak ogromne. Według mojej wiedzy około 80-95% całości kościelnych budżetów na Zachodzie jest przeznaczana na budowę i utrzymanie budynków oraz wypłaty. Czy nie ma lepszego sposobu na wykonywanie „służby”, takiego, którego perspektywa jest nastawione globalnie? Wierzę, że jest. Wierzę, że jest to sposób Jezusa i Steve wraz ze współpracownikami robi to.

Przyjaciele, być może czytaliście o tym, że wielki megachurch w Chinach został ostatnio całkowicie zniszczony przez rząd;

(TUTAJ)

Ten kościół stał w bardzo ubogiej prowincji Chin, ludzie rzeczywiście w poświęceniu oddali miliony, aby zbudować coś, co zostało zamienione w kupę gruzów.

A może słyszeliście o kościelnych budynkach burzonych w północnej Nigerii? Indonezji? Indiach? Na Filipinach? Może słyszeliście o tym, że islamiści uwielbiają budować meczety na gruzach kościołów? Na hinduskich miejscach po świątyniach i synagogach?

Dlaczego?

 

Steve Hill, Harvest Now

Zachodnie wartości dotyczące kościelnych budynków

Stawianie religijnych budynków ma przede wszystkim na celu pokazanie znaczenia/władzy

Bardzo ciekawa i pouczająca jest wycieczka po wiejskich okolicach Ontario. Otóż widać gołym okiem, że w małych miasteczkach założonych przez szkockich prezbiterian, takich jak Fergus, budynkami postawionym w najwyższych punkach pierwotnego miasta są prezbiteriańskie kościoły. Jeśli udasz się w pobliże Guelph to budynkami stojącymi w takich samych punktach będą kościoły katolickie.

Nigdy chrześcijański przywódca nie nakłamie tyle o królestwie Bożym, co wtedy, gdy chodzi o zbiórkę pieniędzy na programu budowy. Główne kłamstwo, które zawsze jest kamieniem węgielnym to: „Na Chwałę Bożą”.

Pewien pastor powiedział mi po zakończeniu budowy, że bardzo cieszy się z tego nowego budynku, ponieważ będą mogli usługiwać w istotniejszy sposób lokalnej społeczności. Co takiego tam robili?

Akcje z koszykami na żywność, które miały być przekazane ubogim rodzinom na Bożej Narodzenie? W porządku? Tak, przestrzeń wielkości sali gimnastycznej była wypchana wózkami i żywnością, którą przekładano do nich z pudeł znajdujących się na stołach wokół, czy tak? Stali się następnym, trzecim czy czwartym, pustym kościelnym budynkiem w mieście, a w każdym z nich można było zrobić to samo. W mieście było jeszcze kilka innych pustych sal, które zupełnie wystarczyłyby do tego. Nawet świetlica lokalnej straży pożarnej mogłaby służyć tej sztuce. Ach, lokalna szkoła i diler samochodowy czy jakakolwiek duża świetlica bądź garaż spokojnie zaspokoiły by taką potrzebę.

Jak sądzicie, co takiego doceniliby lokalni ubodzy mieszkańcy? Wózki z żywnością na Boże Narodzenie czy też jakąś istotną pomoc finansową, która byłaby możliwa, gdyby setki tysięcy wydane na budynek, było rzeczywiście dostępne, aby komuś pomóc. Ach, ta nasza pozorna dobroczynność – raz na rok – daje nam takie dobre samopoczucie. A ci biedni ludzie będą tutaj przecież również w przyszłym roku, oczekując na swój wózek z jedzeniem.

Ogromnie przeważająca większość kościelnych budynków to najdroższa i najmniej wykorzystana przestrzeń w danym środowisku. Ich głównym celem jest to by były użyte raz na weekend, i być świadectwem mocy pastora: patrzcie jak wielu przychodzi mnie słuchać!

Na zachodzie wydaje się na budynki miliony, które mogłyby być wydane, aby nakarmić, ubrać i wykształcić biedne dzieci na świecie. Mamy na to środki, lecz nie decydujemy się na to. Cegły ważniejsze od małych dzieci. Parkingi – od ludzi. Systemy nagłaśniania istotniejsze od systemów nawadniania. Dywany przed nastolatkami, Słowa, słowa, słowa – tydzień po tygodniu – zamiast działania.

A mówimy, że te budynki to na chwałę Tego, który powiedział: „Cokolwiek zrobiliście najmniejszemu z nich, mnie samemu uczyniliście”.

Po co budować kaplice tylko dla tych, którym one demonstrują ich religię, aby mogły zostać zniszczone? Po co w to grać? Mamy wierzyć, że miłość nigdy nie zawodzi.
Śmierć Jezusa wskazuje na to, że może to nie być słuszna droga. Czemu nie zainwestować pieniędzy w ludzi? Dlaczego nie budować tego, czego nie da się zniszczyć?

Spotykanie się w domach, pod drzewem, w pubie czy kawiarni nie jest demonstracją znaczenia/władzy/mocy. Jest pozbawione mocy.
Jest zaś tym w cieście zakwasem, aż wszystko zostanie zakwaszone. Przykładem tego jest Jezus.

 

____________________________

Polecam również krótki wstrząsający religijnymi postawamiar tykuł Steva pt.:

Jezus jest ziarnem Królestwa