Przekleństwo motywacyjnej mowy

Kabwata

Conrad Mbewe

Oryg.: TUTAJ

W ostatnią niedzielę przyszedł do mnie po niedzielnym nabożeństwie młody mężczyzna. Należy do tych, którzy pokazują się od czasu do czasu, po czym znikają na jakiś czas. Myślę sobie, że zwiedza różne kościoły, próbując różnych kazań i szukając odpowiedzi. Tym razem zapytał mnie czy mógłbym mu pomóc pokonać pewną życiową słabość, która miała tendencję do narastania. Powiedział, że jego największym problemem jest to, że nie wierzy w samego siebie. Pytał, czy mogę mu pomóc uwierzyć w siebie, aby mógł odnosić sukcesy?

Zapytałem go czy jest chrześcijaninem. Odpowiedział: „Czy naprawdę muszę być chrześcijaninem, aby mieć powodzenie? Czy chcesz mi powiedzieć, że ci wszyscy ludzie sukcesu są chrześcijanami? Czy nie ma jakichś ogólnych zasad, które można by zastosować w moim życiu, bez względu na to czy jestem chrześcijaninem, czy nie?” Zachęciłem go do tego, aby sam sobie odpowiedział na to pytanie. Przede wszystkim, byłem pewien, że zaliczył już wystarczająco dużo motywacyjnych mówców, aby
znać odpowiedź.

„To jest ten problem. – powiedział.- Powiedziano mi, że istnieją takie zasady i próbuje je od jakiegoś czasu. Wygląda na to, że są skuteczne przez pewien czas, po czym wracam ponownie do mojego starego ego. Chcę, żebyś mi pomógł znaleźć sposób, który pomoże mi ruszyć do przodu i nigdy nie zjeżdżać wstecz do miejsca, w którym nie wierzę w siebie”. Aby skrócić całą sprawę przekonałem go o tym, że zanim ktokolwiek wyłamie się z kolein frustracji, w których Bóg blokuje niepojednanych grzeszników, potrzebuje pojednania z Bogiem,.

Dałem mu do czytania broszurkę zatytułowaną: „Kim jest biblijny chrześcijanin?”. Gdy spotkałem go następnego dnia, był na tyle szczery, żeby mi powiedzieć, że rozczarował się tym, co przeczytał, ponieważ nie było tam mowy o tym, co on chciał usłyszeć. „Chcę wiedzieć, jak odnosić sukcesy. Ta broszurka nie powiedział mi na ten temat niczego”. Powtórzyłem mu to, co powiedział poprzednio, że on nie potrzebuje wiary w siebie, lecz wiary w Zbawiciela posłanego z nieba, że jako fundamentu życia potrzebuje przebaczenia.

Pewien członek naszego zboru powiedział mi wczoraj, że spotkał tego młodzieńca w lokalnym markecie. Miał w rekach dwie książki. Jedną była ta, którą otrzymał ode mnie, a drugą napisana przez Joela Osteena. Powiedział temu bratu: „Pastor
Mbewe dał mi tą książkę, lecz nie podoba mi się, ponieważ wprowadza mnie w poczucie winy. Wolę tą, Joela Osteena, ponieważ
podnosi mnie, motywuje”. Bardzo mnie to martwi, dlatego zdecydowałem się zebrać razem kilka myśli na temat przekleństwo
motywacyjnej mowy.

Niestety motywacyjna mowa stała się podstawową dietą wielu ewangelicznych kazalnic. Słyszy się przesłanie, które mówi tak: „Bóg umieścił w tobie potencjał i jedyne czego potrzebujesz, aby ten potencjał odblokować to uwierzyć w siebie.
Miej wielką wizją i żyją tą wizją. Musisz być mężem, niewiastą, przeznaczenia a twoim ograniczeniem ma być niebo. Nie
pozwól na to, aby twoje minione niepowodzenia stanęły na drodze to powodzenia. Patrz poza nie, jak Jezus patrzył poza krzyż i w ten sposób pokonał go. Ty jesteś głową, a nie ogonem”.

W świetle ogromnej obfitości motywacyjnej mowy pojawia się pytanie: „Czy w ten sposób głosili mówcy Starego i Nowego Testamentu?” Gdybym miał streścić biblijny przekaz Noego, Mojżesza, Eliasza, Izajasza, Jonasza, Pawła i Piotra czy okazało
by się, że jest to przesłanie, które znajdziemy tutaj? Nie sądzę. Oczywiście, motywacyjni mówcy zapożyczają słowa od tamtych
mężów, lecz pożyczanie cudzych słów to nie to samo, co mówienie tego, co mówi ktoś inny. Jak to się mówi: „Tekst bez kontekstu
jest pretekstem”.

Mój główny spór z motywacyjną mową jest taki, że redukuje on Boga do środka do celu niż celu. Mężczyźni i kobiety nie są doprowadzani do tego, aby zobaczyć, że natura GRZECHU leży w literze „E” w środku tego wyrazu. Zamiast tego, motywacyjni mówcy karmią to samo ego i wskazują na Boga, jako tego, który może je złupić aż do stanu zatrucia. To jest kłamstwo! To Bóg jest jedynym, który musi być w samym centrum naszego życia. Chrześcijaństwo wskazuje na konieczność umierania dla siebie samego, wzięcia swego krzyża i naśladowania cierpiącego Zbawiciela.

Wydaje mi się, że zawsze gdy słucham tych motywacyjnych mówców, słyszę takie przesłanie: „Pokój, pokój” tam gdzie nie ma pokoju. Brzmi to jak słowa lekarza, który mówi choremu śmiertelnie pacjentowi w ostatnim stadium choroby, że nie ma się czym przejmować, bo wszystko będzie w porządku, jeśli tylko uwierzy w siebie. Człowieku, ten gość umiera, z powodu głośnego krzyku!

The guy is dying, man, for crying out loud!

Jest to fałsz najwyższej miary, jeśli kaznodzieja wie, że zapłatą za grzech jest śmierć (Rzm 6;23) i sprawia, że ten nagłówek rzeźni brzmi miło.

Motywacyjna mowa powoduje, że ludzie dobrze się czują, podczas gdy Ewangelia najpierw doprowadza ich do przekonania, że są źli, dopóki nie znajdą wszystkiego w Chrystusie. Prawdziwe głoszenie musi stawiać ludzi wobec faktu, że żyją w buncie przeciwko Bogu i że muszą pokutować, bądź zginą. Wyłącznie wtedy, gdy ludzie to uznają i krzyczą: „Co mamy robić, aby być zbawieni?” (Dz 2:37, 16:30), prawdziwy kaznodzieja przekazuje im dobrą nowinę: „Każdy, kto wzywa imienia Pańskiego, zbawiony będzie” (Rzm 10:13).

Motywacyjna mowa to próba zabicia rozpędzonego lwa pistoletem na groch, grochem świeżo ugotowanym, przyprawionym najbardziej aromatycznymi przyprawami. Aromat może mamić kubeczki smakowe, lecz jest to całkowicie bezużyteczne jeśli chodzi o zatrzymanie dzikiego zwierza. Mężczyźni i kobiety poza Chrystusem są MARTWI w swych przewinieniach i grzechach. Podniecanie ich zmysłów miło brzmiącymi frazesami nie da im życia. Oni potrzebują prawa, które zabije ich upadłe ego i ewangelii Jezusa Chrystusa, która da im życie.

Wiem o tym, że ta motywacyjna mowa ściąga ludzi do kościelnych budynków tak, że wyglądają jak piłkarskie stadiony. W tym świecie tajemnicy i ciemności, wszyscy możemy robić to samo ku zachęcie, lecz czy to jest to, do czego zostaliśmy powołani jako kaznodzieje? Cóż dobrego z tego, że człowiek poczuje się zainspirowany i zmotywowany, gdy później wraca do domu do swego życia w grzechu i egoizmie? Niestety jest to norma w tak licznych ewangelicznych kościołach. Kościoły wypełnione są ludźmi, którzy są zdecydowani pić grzech jak wodę przez cały tydzień.

Motywacyjna mowa to nie biblijne kaznodziejstwo. Jest to rdza na krajobrazie prawdziwego ewangelikalizmu. Napełnia kościoły martwymi ludźmi, którym powiedziano, żeby żyli tak, jakby byli żywi. Musimy wrócić do starej dobrej ewangelii, która rzeczywiście daje życie martwym i uwalnia kobiety i mężczyzn. Podobnie jak Paweł z dawnych czasów, każda prawdziwa  ewangeliczna kazalnica musi brzmieć tym jasnym przesłaniem „pokuty wobec Boga i wiary w Pana Jezusa Chrystusa” (Dz 20:21).

Pozbądźmy się tego przekleństwa motywacyjnej mowy!

раскрутка

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.