Stan 11/13.04.2020

Stan Tyra

11 kwietnia
Najczęściej jedynym sposobem na to, aby to, co nieświadome wypłynęło do świadomości jest jakieś niechciane spotkanie, odrzucenie, cierpienie i sytuacje, nad którymi nie mamy kontroli. Nic pomniejszego nie jest w stanie odrzucić przykrywki strzeżonej, dobrze zbudowanej fałszywej tożsamości i ujawnić nam, kim rzeczywiście jesteśmy.

Nie znam ani jednego przypadku, w którym ktoś dochodzi do oświecenia przez udział w kursie, uczestnictwie w spotkaniu, kościele, cytowaniu modlitwy czy przez chrzest. Tak naprawdę to właśnie te rzeczy mają tendencję do tworzenia fałszywego pozytywnego przekonania o zbawieniu, przebudzeniu i uzyskaniu pełnej świadomości.

Tak zwany „upadek” Adama i Ewy nie jest jakimś niefortunnym zdarzeniem; jest szczegółowym planem tego, co się zdarzy i co musi się zdarzyć każdemu z nas. Oświecenia (J 8:12) nie da się wyprodukować, zmanipulować, zapragnąć czy udzielić na żądanie. Tylko dlatego, że „uwierzyłeś” nie sprawia, że jest to rzeczywistością, Mądrość nigdy nie jest jednostopniowym projektem czy planem zrób-to-sam. Nigdy też nie przychodzi w postaci prostoliniowej podróży.

W rzeczywistości w oświeceniu chodzi o niewiedzę, a nie o wiedzę, jest tutaj coś do oduczenia się, a nie nauczenia. Chodzi bardziej o poddanie i odpuszczenie niż o osiąganie i zdobywanie. Mamy tu do czynienia z wchodzeniem do tajemnicy, a nie dochodzeniu do mentalnej pewności. Jedyne co możesz zrobić to utrzymywać wdzięczne serce, chęć do powiedzenia „tak” na to, czego nie rozumiesz, uznać to, że zawsze jest więcej tej wspaniałej tajemnicy Chrystusa w tobie, nadziei na wszystko.

12 kwietnia
Największym współczesnym wyzwaniem dla relacji międzyludzkich jest współ-zależność.
Ta, tak zwana „miłość” zasadza się na potrzebie, a zatem jej celem jest karmienie własnego niedostatku. Wyłącznie wtedy, gdy jesteśmy w stanie żyć całkowicie oddzieleni możemy być w pełni zjednoczeni. Miłość oparta na potrzebie nie jest zdolna do autentycznej miłości opartej na darze. Nikt inny nie jest w stanie dać ci pełnię – zawsze jest to praca wewnętrzna.

Spora część tego, co dziś nazywamy miłością to po prostu brak poczucia bezpieczeństwa i strach przed samotnością oraz obawa przed szczerością wobec siebie. Najlepszym lekarstwem na samotność jest prawdopodobnie nauczenie się tego, jak być w pokoju samemu. Dla kogoś, kto domaga się kochania i rozpoznania, docenienia i odwzajemnienia jego miłości, wygląda to wtedy na wyniosłość. Takie żądanie jest w rzeczywistości dowodem na to, że postać miłości przybiera pewna forma manipulacji.

Miłość, która wymaga czegokolwiek w zamian nie jest miłość. „Miłość nie szuka swego” (1Kor 13:5). Większość relacji nie trwa długo dlatego, że jedna lub obie strony czują, że ich „potrzeby” nie są już zaspakajane. „Ja robiłem(am) to, a ty nie robiłeś(aś) tamtego, więc skończone”.

Jak wyglądałoby życie i miłość, gdybyśmy innych nie trzymali jako zakładników dla naszych własnych drobnych żądań i ubóstwa braku bezpieczeństwa.

Prawdopodobnie największą Wielkanocą jaką możemy przeżyć to zrobić krok w bok od manipulacji i krok ku miłości pozbawionej oczekiwań. Zamiast czytać dziś historię Wielkanocy powinniśmy spędzić czas czytając 13 rozdział 1Listu do Koryntian i zadać sobie samym szczere pytanie: „Czy taki jestem?” Wstaw w miejsce „miłości” „ja” i czytaj całość. Na przykład: „Ja nie myślę nic złego”. Czy rzeczywiście tak jest?

13 kwietnia
Czemu więc zamieniamy Ewangelię w tani bezwartościowy wyścig? Dlaczego tak wielu upiera się, ze Bóg kocha nas ponieważ się zmieniamy i tak ślepi na to, że Bóg kocha nas, abyśmy się mogli zmieniać, a nawet jeśli się nigdy nie zmienimy?

Jestem przekonany o tym, że jedynym miejscem, w którym „znajdujemy” Boga jest dno lub skraj. Ludzie na szczycie lub w centrum mają zbyt wiele do udowodnienia i strzeżenia, ponieważ ich przekonania, uprzedzenia, opinie i wnioski są w nich głęboko okopane. Ta grupa ludzi należy do najwolniej uczących się duchowo, podczas gdy ludzie na dnie należą do najbardziej kochających, otwartych, miłosiernych poszukiwaczy, ponieważ mają niewiele bądź nic do stracenia czy strzeżenia. „Błogosławieni ubodzy”. Jak to możliwe, że mijamy się z tym? Czy to możliwe, że bardziej kochamy szczyt wniosków niż tajemnicę prawdy?

Przepraszam, ale zabawne było dla mnie słuchanie tych wszystkich zmieszanych ludzi, którzy opowiadali jak ich Wielkanoc została zniszczona, ponieważ nie mogli iść do budynku kościelnego. Powinno być bardziej oczywiste niż kiedykolwiek wcześniej to, jak bardzo jesteśmy przywiązani do form i rytuałów. Religijne grupy tak naprawdę nie trzymają się razem wokół miłości, lecz wierności rytuałom i symbolom. Nie jest istotne czy jest to Biblia, Tora, Koran czy Księga Mormona, te grupy ledwo co, o ile w ogóle, idą za tym, co jest w nich napisane.. Widać wyraźnie, że o wiele bardziej strzeżemy tożsamości, niż jakiejkolwiek wiecznej prawdy. Religie od dawna głośno głoszą swoje przekonania, choć brak miłości często wskazuje na brak obecności Boga.

Już najwyższy czas na to, aby nasze „oparte na Biblii” wierzenie stało się czymś więcej niż flagą, która machamy dowodząc, że jesteśmy po właściwej stronie Boga. Jest tylko jeden sposób na udowodnienie miłości do Boga: „… jak miłujecie innych” (J 13:35), co oznacza wszystkich innych, a nie tylko tych, z którymi się zgadzamy.

<|>

[Głosów: 7   Average: 4.3/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.