Stan-24/26.11.2019

Stan Tyra

24 listopada
Ostatnio kilka osób pytało mnie o rolę „cienia” w duchowym rozwoju. Spróbuję zachować prostotę.
Każdy z nas jest pewną mieszaniną sprzeczności i, jeśli mamy kiedykolwiek poznać pełnię, musimy to wszystko wziąć w objęcia. Są to te plewy i chwasty, które rosną na naszych osobistych polach. Jezus mówi: „Nie rosną razem” (Mt 13:30).
Tak, Jezus, podobnie jak my, również znajdował się pośród przeciwności, podobnych do naszych. Przeważnie był najbardziej łagodną, pokojową osobą na ziemi, lecz były takie chwile, kiedy musiał używać ostrego języka i wybuchowego charakteru. Przymykamy na to oczy i nazywamy to „sprawiedliwością” czy jakkolwiek inaczej, jak tylko potrzebujemy, aby stały się święte.
Musimy zdać sobie sprawę z tego, że nie były to słabości charakteru, lecz po prostu interesujące wymiary siebie, które zazwyczaj nie są oczywiste. To samo dotyczy nas. Carl Jung te części, które nie bardzo pasują do osoby, którą chcemy okazywać, nazywał naszym „cieniem”.
Cień to ciemna strona naszej osobowości. Ciemna nie dlatego, że jest zła, lecz dlatego, że osądziliśmy ją czy odrzuciliśmy a zatem odmówiliśmy jej dostępu do światła świadomości i uchwycenia pełni swego ja. Aby doświadczyć pełni, właśnie te odrzucone części ja muszą zostać zintegrowane w nas. Dlatego właśnie fundamentalizm jest tak totalnie nieskuteczny w tworzeniu wolności. Nigdy nie będziesz wolny dopóki tłumisz, ukrywasz czy wyrzekasz się części siebie. W rzeczywistości to właśnie te najbardziej nikczemne strony siebie muszą być najbardziej szanowane i akceptowane (1Kor 12:23).
Akceptacja tych części, które są nie do zaakceptowania i są niechciane jest jedyną drogą do wyeksponowania ich na akceptację i miłość, tak aby zostały przemienione. Wyrzekając się ich, wyrzekamy się siebie, a nie znać siebie samego to poddać się temu, co ignorujemy.

25 listopada
Zdarza się, ze rozmawiam z kimś i zauważam, że w ogóle nie słucha, nawet jeśli wcześniej zadał mi pytanie. Niektórzy zadają pytania tylko po to, aby dać sobie miejsce na odpowiedź bądź na spór, który chcą projektować na mnie. Zatem, w czasie, gdy ja odpowiadam, oni przygotowują sobie szczegółowo to, co mają następnie powiedzieć. To samo dzieje się niemal codziennie pod moimi postami na FB. Piszę ten blog, który jest, dla mnie osobiście, naładowany spojrzeniami gdzieś poza, a ktoś wybiera jedno słowo czy zdanie i zaczyna mnie uczyć, poprawiać, potępiać, czy nawet wszystko razem. Takie to głupie i małe.
Nigdy nie będziesz obecny wobec siebie, dopóki nie nauczysz się być obecny dla innych i, podobnie, nigdy nie nauczysz się być obecny dla innych, dopóki nie nauczysz się być obecny dla siebie. Być w pełni obecnym to coś znacznie trudniejszego niż się wydaje, a żadną miarę nie piszę tego, jako ktoś, kto to już osiągnął, po prostu jestem coraz bardziej świadom ważności tego.
Jedną z przyczyn tego, że tak zmagamy się z naszą obecnością dla innych jest to, że tak wiele nas wewnętrznie rozprasza. Nasz wewnętrzny świat wiruje planami, obawami, urazami i rzeczami, które powtarzamy sobie stale i wciąż, i wkoło… Nasz wewnętrzny świat jest tylko odbiciem tego zewnętrznego. Czytałem kiedyś o ptakach, których naturalne zachowania zostały zastąpione miejskim hałasem i po jakims czasie zapomniały swego śpiewu, zaczynając udawać dźwięki miasta. Obawiam się, że robimy to samo.
Czasami mówimy, że tęsknimy do milczenia i nawet gotowi jesteśmy udać się do jakiegoś cichego miejsca, lecz gdy już się tam dostaniemy okazuje się, że ten hałas idzie za nami, ponieważ nie pochodzi z zewnątrz, lecz z wewnątrz nas. Próbujemy oskarżyć o nasz brak wewnętrznego spokoju, zabieganie, ale fakt jest taki, że to nie ono jest przyczyną, lecz ogromne starania, aby go uniknąć. Możemy być pociągani do samotności i milczenia, lecz równocześnie bardzo niekomfortowo czujemy się z tym, ponieważ przychodzi z nimi konfrontacja ze wszystkim, czego usiłujemy uniknąć. Zewnętrzna cisza konfrontuje nas z hałasem naszego wewnętrznego świata.
Musimy udać się na naszą własną pustynie i spotkać z demonami, które nieustannie produkują nasz wewnętrzny hałas. Dopóki tego nie zrobimy, nie będziemy chodzić w mocy i nie będziemy tymi, którzy uzdrawiają. Jezus nie uzdrowił nikogo dopóki nie przeszedł przez swoją osobistą konfrontację i nie poszedł poza nią.

26 listopada
Odpuszczanie (uwalnianie) jest ważną duchową praktyką. Wydaje się jednak, że większość z nas przyjęła postawę przeciwną – trzymania się, a nie uwalniania. Aby być całkowicie obecnym dla siebie samego, a w konsekwencji dla innych, musimy dać sobie spokój z zaabsorbowaniem, które utrzymuje nas w nieustannym ruchu i rozproszeniu. To są te hałasy, które tłumią wewnętrzną ciszę i spokój.
Pierwszą rzeczą, którą prawdopodobnie musimy zostawić jest własna ważność. Często jesteśmy tak pełni siebie, że nie jest możliwe, aby być dostępnym dla kogokolwiek innego. Niektórzy, z tych, których znam, tak ciasno trzymają się swoich skłonności, maski publicznej czy reputacji, że nie ma w ich duszy miejsca na nikogo innego. Jest to coś, co nazywamy sarkastycznie: „large and in charge” (wielki i zajęty).
Szczera obecność duszy wobec siebie i innych musi zacząć od wyczyszczenia, a co najmniej odstawienia na bok, bałaganu ducha, czyli tego, co zazwyczaj napełnia nas, rozprasza i odłącza. Jeśli nie praktykujemy sztuki odpuszczania to zaczniemy absorbować czy asymilować to i po pewnym czasie nazwiemy to „mną”. Biblijna historia Gedareńczyka jest bardzo żywym przykładem tego, do czego asymilacja i wewnętrzne gromadzenie może nas doprowadzić.
Gdy Jezus zapytał go o imię, ten przedstawił siebie jako sumę tego wszystkiego, co wewnętrznie nagromadził, nazywając siebie „wiele” czy „Legion”. Gdy przebywał sam, nie było milczenia, pokoju i obecności dla siebie czy kogoś innego. To, że wewnętrznie przylgnął zarówno do opinii innych jak i swoich własnych uprzedzeń doprowadziło go do miejsca śmierci (cmentarza). Gdy przybył Jezus, ten człowiek został skonfrontowany z autentyczną obecnością, co jest podobne do zaglądania do pielęgnującego, spokojnego strumyka i zobaczenia swego prawdziwego odbicia. Oto zobaczył swój obraz w spokoju wody życia i ten spokój uwolnił go od wszystkiego czego się trzymał.
Pytanie? Co odzwierciedla twój obraz? Co inni wokół ciebie doświadczają? Czy potrafią oni znaleźć w tobie spokojne miejsce, gdzie mogą zobaczyć samych siebie bez tych wszystkich dodatków, które nazbierali czy też spotkanie z tobą jest „festynem” nagromadzonego bólu? Niektórzy będą się sprzeciwiać i żądać uznania i czczenia wszystkich ich rupieci. Ich założenia, uczucia, wartości, zranienia itp. Zamiast odpuścić im, chcą abyś ty przyjął ich w sobie i niósł ten ciężar razem z nimi.. Są przekonani o tym, że jeśli zdobędą innych do przyjęcia ich bólu to w jakiś sposób będą się mieli lepiej i będą wolni. Problem jest w tym, że nie chcą zrezygnować, lecz po prostu pomnażać go i dzielić się nim. Jest to droga, która nigdy nie prowadzi do wolności i dlatego przebaczenie sobie oraz innym jest istotą wszelkiej duchowej przemiany.

< | >

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.