Stan_26.11.2018


Czuwajcie więc, bo nie wiecie, którego dnia Pan wasz przyjdzie” (Mt 24:42).

Przez wiele lat ten wers należał do części mojego teologicznego arsenału dotyczącego porwania i końca czasów. Nauczanie na temat porwania jest tak niebezpieczne dlatego, że odkłada wszystko na później, na jakąś przyszłość, co uniemożliwia życie ze świadomością dnia dzisiejszego czy „teraz”, z nie licząc najważniejszego „wyznania wiary”.
Fundamentalizm redukuje chrześcijaństwo do bardzo małego ego i bardzo małego Boga. Po pierwsze: muszę przyznać, że jestem grzesznikiem, po czym muszę zostać zbawiony, przyłączyć się do kościoła i brać udział w nim, modlić się i czytać Biblię, dawać dziesięcinę, ewangelizować, zachowywać się odpowiednio i czekać na porwanie, kiedy to ja ucieknę ze śpiewem na ustach: „O, szczęśliwy dzień”, a reszta dostanie to, na co zasługuje, za nie to, że nie robili tego samego, co ja.

Jezus mówił o przyjściu „królestwa Bożego”, podczas gdy my pozostajemy na przyjściu słodkiego dzieciątka Jezus, które możemy adorować, zamiast naśladować Jezusa. Wywołało to wyssany z palca sentymentalizm (emocjonalizm), dzięki czemu możemy stać z dala i wielbić żłóbek, Krzyż i pusty grób, jako substytuty rzeczywistej relacji i przemiany, które następują przez szacunek dla podróży pełnej paradoksów i sprzeczności. Taki sentymentalizm niewiele od nas wymaga jeśli chodzi o poddanie. Staliśmy się religijnymi ekspertami w omijaniu tych fragmentów Pisma, które kwestionują nasze egoistyczne założenia, specjalistami widzami i religijnymi krytykami.

Patrzenie na to czuwanie i brak wiedzy o przyjściu dnia powrotu Pana z perspektywy porwania, utrzymuje w szukaniu drogi ucieczki, zamiast dążenia do przemieniającej podróży. Gdy czytamy ten wers w stanie drzemki to niczego on od nas nie wymaga poza samozadowoleniem wymieszanym z pewnego rodzaju osądzającą ewangelizacją.

Gdy domagamy się i oczekujemy jakiejś przyszłości, która zadowala nasze egoistyczne potrzeby samozadowolenia i zemsty, całkowicie mijamy się z celem i przesłaniem Chrystusa.

Jeśli żyjemy nie wiedząc, jest to wezwaniem do pobudki i życia w ramach ogromnego oczekiwania, które nazwalibyśmy nadzieją. Nie nadzieją na zakończenie, lecz przepełnionym nadzieją nowym początkiem każdego dnia, każdej chwili. Nadzieja jest cierpliwą i ufną chęcią do życia, które nie wymaga zamknięcia i rozwiązania, lecz nadal daje zadowolenie, ponieważ świadomość sięga poza siebie samego i własne drobne żądania. Teraz możemy swobodnie wierzyć, że może przyjść (pojawić się) jutro, jak to było wczoraj, gdy był obecny w mojej świadomości, okolicznościach, w czasie upadku i strachu. Zamiast czekać na zakończenie, oczekuję i cieszę się stale rozwijającym się nowym początkiem, gdzie stale mówię: „Łał! Byłeś tutaj cały czas, a je nawet nie wiedziałem o tym!”

„Przyjdź, Panie Jezu” nie jest już wtedy wołaniem rozpaczy i nieodwołalności, lecz pewności stałej obecności i nadziei. Jakie oczekiwania i wymagania życia mógłbyś sobie odpuścić dziś, aby uzyskać większą świadomość Jego przychodzenia … dziś? Odroczona nadzieja niszczy świadomość życia dziś. I, tak, dotyczy to również nadziei złożonej w urojeniowej teologii nieba, które ma być kiedyś tam.

Dziś jest dzień Pański.

[Głosów:1    Średnia:3/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.