Stan_28/29.05.2019

Stany Tyra
Jeśli Boża obecność nie będzie miała miejsca stale tam, gdzie my jesteśmy,
zamiast tego, co okazjonalnie próbujemy wytworzyć, to nasze próby
„wejścia” do Jego obecności będą bardziej fasadą niż rzeczywistością.
Prawdziwa obecność Ducha wynika tylko z autentyczności i dlatego jest z takim trudem przeżywana. Pozory nigdy nie poznają prawdziwej obecności.

W miarę jak ta obecność Ducha, którą wnosimy wzrasta w każdej chwili, jest
ona w stanie prowadzić do rozwoju każdej chwili. Bardzo dobrym przykładem takiej obecności jest matka trzymająca na ręku swoje dziecko, a ono wpatrzone w nią. Jest w takiej chwili spokój, nic innego nie liczy się. Nic innego nie istnieje. Jest to jedność pochłaniająca tą chwilę, której nie da się wyrazić słowami czy myślami.

Obecność namacalna

Jest to miejsce, w którym jesteśmy szczególnie blisko transcendentnej rzeczywistości, która normalnie jest poza naszą świadomością, choć zawsze otacza nas. Trzeba tylko rzucić okiem, co najmniej na chwilę. Podobnie jak w przypadku Mojżesza i gorejącego krzaku: „schodzimy z drogi” i idziemy ku temu, co przymusza nas, aby „podejść”, lecz jest to poza „normalnym” biegiem zdarzeń.
Sufici opowiadają pewną historię o młodej rybie, która przypływa do mądrej, starej ryby: „Słyszałam o morzu – mówi młoda ryba – Lecz gdzie
ono jest?” Mądra ryba odpowiada: „To morze jest w tobie, i ty jesteś w nim. Jest to wszystko, cokolwiek kiedykolwiek poznałaś, a jednak nie znasz go”. Taki jest stan ludzkości. Jesteśmy w Chrystusie i Chrystus jest w nas, a jednak nie rozpoznajemy tej rzeczywistości. Możemy w to wierzyć, lecz nie znamy jej. Brakuje nam świadomości.

Świadomość zaś jest produktem ubocznym obecności a świadomość czegokolwiek otwiera/rozwija świadomość wszystkiego. Świadomość buduje następnie przestrzeń, która umożliwia nam przebicie się przez nasz domyślny stan zaabsorbowania sobą, co jest techniką zakłócania obecności.

Duchowość jest o wiele głębiej niż osobowość i jest też bardziej stabilna niż
nastrój czy ego, jest cechą charakterystyczną naszej duszy, a jednak często jest pomijana, ignorowana bądź błędnie interpretowana – zarówno w sobie
jak i u innych.
Zwierzęta znacznie lepiej radzą sobie z rozeznawaniem obecności niż ludzie. Niewątpliwie jest tak dlatego, że są bardziej nastrojone do swojej istoty podstawowej natury. Nie są zmieszane fałszywymi sposobami bycia, ponieważ, w przeciwieństwie do ludzi, nigdy nie próbują być czymkolwiek innym niż są. Autentyczność rodzi obecność. Ludzie to jedyny gatunek, który próbuje zakładać jeden kostium za drugim, starając się stać tym czym uważają, że powinni być, bądź tym, czego chcą od nich inni. Większość z nas traci obecność innych, ponieważ tak bardzo jesteśmy zaabsorbowani obserwowaniem słuchaniem i potwierdzaniem istniejących uprzedzeń i wniosków. W skrócie: zatracamy się w naszym własnym procesie myślowym.
W słuchaniu jest wielkie niebezpieczeństwo, ponieważ to, o czym myślimy,
już wiemy. Zamiast słuchać faktów i szczegółów, sugerowałbym „uważne”
słuchanie. Takie uważne słuchanie polega na uczestniczeniu czy pochyleniu się nad tym, co cię „bierze”, zamiast tego, co możesz „wziąć”. Jeśli chcemy lepiej rozpoznawać obecność, musimy przenosić uwagę poza dane, które otrzymujemy od zmysłów na to, co możemy odczuwać intuicyjnie i subiektywnie. Nie znaczy to, że mamy zrezygnować z umysłu, co, tak przy okazji, nie jest możliwe, lecz daje nam możliwość lepszego słuchania i słyszenia tego, co nie jest wypowiadane głośno. W niektórych religiach takie słuchanie nazwane jest „trzecim uchem”, a widzenie „trzecim okiem”. Po prostu jest to widzenie poza to, co należy do naszej normalnej praktyki i zmysłów. Nauczyłem się tego, że gdy czuję się niewygodnie w pobliżu kogoś, o kim nic nie wiem, to zwracam pilną uwagę, ponieważ więcej mówi mi to o mnie, niż o kimkolwiek więcej. Jest tak dlatego, że rozeznawanie innych musi być poprzedzone autentycznym i prawdziwym rozeznaniem siebie samego. Często jesteśmy świadomi tylko kilku zewnętrznych rzeczy takich jak pożądanie czy gniew. Rzadko zdarza nam się zauważać hipokryzję i takie subtelne uczucia jak uprawnienie, uraza, osąd, zazdrość, poczucie sprawiedliwości własnej, zadowolenie z siebie, żeby wymienić tylko kilka. Jest wiele innych, które leżą znacznie głębiej pod tymi, a które nigdy nie zostały zauważone i wyciągnięte na powierzchnię.

Wydaje się, że chrześcijanie mają największy problem z rozeznawaniem
Chrystusa. Nie jest to ironiczne? Niektórzy powiedzieli, że moim darem
jest przedstawianie chrześcijanom Chrystusa. Niemniej, jest to prawda w
bardzo wielkim wymiarze. Wystarczy spojrzeć do Ewangelii, aby zobaczyć,
jak trudno było religijnym ludziom rozpoznać obecność Jezusa. Jeśli
ludzie mogli nie rozpoznać najbardziej boskiej obecności, jaka
kiedykolwiek chodziła po ziemi, może się okazać, że rozpoznanie Jego
obecności jest dla nas większym wyzwaniem, niż gotowi jesteśmy
przyznać.
Jeśli dotyczyło to Jezusa to pomyślcie jak trudno jest rozpoznać
mętną osobowość, a jest to powszechne w przypadku ludzkości. Wygląda na to, że jesteśmy wprawieni wyłącznie w rozpoznawaniu zachowania i osobowości.

[Głosów:1    Średnia:2/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.