Pierwsza Księga Samuela 3:19 zawiera dwa niezwykłe pochwały odnoszące się do proroka Samuela: „Pan był z nim” i „Wszystko, co powiedział Samuel, okazało się wiarygodne” (NLT). Jednak te pochwały rodzą kilka ważnych pytań: Dlaczego Samuel? Dlaczego Pan postanowił być z nim? Dlaczego Pan upewnił się, żeby wszystko, co powiedział, okazało się wiarygodne?
Biblia nie odpowiada bezpośrednio na te pytania, ale oferuje pewne wskazówki. Wcześniej w tym rozdziale dowiadujemy się, że Samuel, jako chłopiec, służył Panu, pomagając kapłanowi Helemu w przybytku. Pewnej nocy, gdy Samuel spał, usłyszał, jak ktoś woła jego imię. Zakładając, że to Heli, Samuel pobiegł do kapłana, aby dowiedzieć się, jak może mu pomóc. Ale to nie Heli go wołał. Samuel trzykrotnie usłyszał głos. I trzykrotnie pobiegł do Helego.
Za czwartym razem, gdy Samuel usłyszał swoje imię, po prostu i pokornie powiedział: „Mów, sługa twój słucha” (1 Sm 3,10). Dlaczego Bóg posłużył się Samuelem w tak potężny sposób? Prawdopodobnie dlatego, że był dostępny – nie tylko w godzinach pracy, ale w środku nocy, wyrwany ze snu. Był chętny do służby za każdym razem, gdy wzywano jego imię.
Greg Laurie „Ale wy należycie do Boga, moje drogie dzieci. Już odnieśliście zwycięstwo nad tymi ludźmi, bo Duch, który w was mieszka, jest większy niż Duch, który żyje w świecie” (1J 4:4).
Pozorna ślepa uliczka nad Morzem Czerwonym musiała wydawać się Izraelitom szczególnie okrutna. Mojżesz wyprowadził ich z niewoli w Egipcie, zgodnie z poleceniem Boga. Zakosztowali wolności i byli w drodze do ziemi, którą Bóg obiecał ich przodkom.
Ale przez chwilę wydawało się, że nie dotrą dalej niż do krawędzi wody. Morze Czerwone blokowało im drogę naprzód, a ścigająca ich armia egipska nie pozwalała na odwrót. Wywalczenie sobie drogi ucieczki nie wchodziło w grę. Armia faraona była najpotężniejszą armią na ziemi. Wyobraźcie sobie przerażenie i spustoszenie, jakich musieli doświadczyć Izraelici, widząc tę potężną siłę – z rydwanami, końmi, tarczami, mieczami i włóczniami – pędzącą na nich z oddali.
Greg Laurie „Nie martw się o nic; zamiast tego módl się o wszystko. Powiedz Bogu, czego potrzebujesz i podziękuj Mu za wszystko, co dla Ciebie uczynił. Wtedy doświadczysz Bożego pokoju, który przewyższa wszystko, co pojmujemy. Jego pokój będzie strzegł twoich serc i myśli, gdy będziesz żył w Chrystusie Jezusie” (Flp 4:6–7).
Niektórzy potrafią przespać wszystko. Ja do nich nie należę. Wystarczy, że usłyszę jeden cichy dźwięk, a już się budzę. Wystarczy, że zaćwierka ptak, a już się budzę. Mam lekki sen.
Najwyraźniej Jezus miał twardy sen. Ewangelia Łukasza opowiada, że gdy uczniowie zmagali się z gwałtowną burzą na Jeziorze Galilejskim, Jezus spał twardo. Woda wlewała się do łodzi, kołysząc ją na boki. Zatonięcie wydawało się bardzo realne. Przerażeni uczniowie obudzili Jezusa, krzycząc: „Mistrzu, Mistrzu, utoniemy!” (Łk 8,24).
Z jednej strony wpadli w panikę. I można ich za to winić. Z drugiej strony skierowali swój niepokój we właściwym kierunku. Wołali do Pana. W pewnym sensie modlili się. Kiedy mamy kłopoty, musimy iść za ich przykładem. Musimy się modlić. Musimy powierzyć nasze zmartwienia Panu i zaufać Mu. Musimy pokładać w Nim naszą wiarę.
Wiara i zmartwienie nie mogą współistnieć. Jedno wypiera drugie. Znasz ludzi, którzy się nie dogadują? Może chcesz zaprosić jednego z nich do siebie, ale wahasz się, czy zaprosić drugiego, bo ciągle dochodzi między nimi do konfliktów. Wiara i zmartwienie mają tę samą relację. Tam, gdzie jest zmartwienie, nie ma miejsca na wiarę. Wiara jest wypierana przez zmartwienie, a zmartwienie przez wiarę.
Bóg potrzebował jednej nocy, aby wyprowadzić Izraelitów z Egiptu. Ale wyprowadzenie Egiptu z Izraela zajęło czterdzieści lat. Izraelici ciągle spoglądali wstecz. Kiedy dowiedzieli się, że Ziemię Obiecaną zamieszkują giganci, „podnieśli wielki chór protestów przeciwko Mojżeszowi i Aaronowi: «Obyśmy byli pomarli w Egipcie, albo nawet tutaj na pustyni!» narzekali. «Dlaczego Pan prowadzi nas do tego kraju tylko po to, abyśmy zginęli w bitwie? Nasze żony i nasze dzieci zostaną uprowadzone jako łup! Czyż nie lepiej będzie dla nas wrócić do Egiptu?» Wtedy naradzali się między sobą: «Wybierzmy nowego wodza i wróćmy do Egiptu!»” (Lb 14,2–4 NLT).
Niektórzy chrześcijanie mają podobne podejście do życia. Zawsze wracają myślami do przeszłości. Mówią: „Pamiętasz stare dobre czasy – wiesz, zanim zostałem chrześcijaninem? Człowieku, ależ imprezowaliśmy! Bawiliśmy się świetnie!”
Naprawdę? Czy to rzeczywiście były dawne, dobre czasy? Czy rzeczywiście były tak dobre, jak się teraz wydają? A może pamięć o nich jest nieco zniekształcona? Czy ci wierzący zapomnieli o pustce? Czy zapomnieli o przygnębieniu? Czy zapomnieli o konsekwencjach swoich czynów? Czy zapomnieli o tym tępym bólu w głębi duszy? Czy zapomnieli o spustoszeniu, jakie ich czyny sprowadziły na ich rodzinę? Wygodnie o tym zapomnieli i pamiętają tylko te kilka dobrych chwil.
Greg Laurie „Czy nie zdajesz sobie sprawy, że twoje ciało jest świątynią Ducha Świętego, który w tobie mieszka i został ci dany przez Boga? Nie należysz do siebie, bo Bóg nabył cię za wysoką cenę. Musisz więc czcić Boga swoim ciałem” (1Kor 6:19–20).
Od czasu do czasu mam wrażenie, że mój GPS ma własny rozum. Jadę autostradą, zmierzając do celu, w którym nigdy wcześniej nie byłem, gdy nagle urządzenie każe mi skręcić w prawo na następnym zjeździe. To nie ma sensu, ale skręcam w prawo. Potem każe mi skręcić w lewo, więc skręcam w lewo. Potem kieruje mnie z powrotem na autostradę. O co w tym wszystkim chodziło? To w ogóle nie ma sensu.
Pan dał Izraelitom niesamowity system GPS: ogień w nocy i obłok w dzień. Było to bardzo proste. Kiedy obłok się poruszał, oni się poruszali. Kiedy obłok się zatrzymywał, oni się zatrzymywali. W nocy, kiedy ogień się poruszał, oni się poruszali. Kiedy ogień zanikał, oni się zatrzymywali. Możemy mieć ochotę pomyśleć: „Chciałbym mieć tak oczywiste wskazówki, ponieważ często nie wiem, co powinienem zrobić ani dokąd pójść”.
Ale jako wierzący w Nowym Przymierzu, mamy coś lepszego niż obłok czy ogień. Mamy samego Chrystusa mieszkającego w naszych sercach. Każdy z nas, kto wierzy w Jezusa Chrystusa, ma Boga mieszkającego w sobie. Nie potrzebujemy ognia z nieba. Mamy ogień Ducha Świętego w naszym życiu, dający nam moc do czynienia tego, do czego powołał nas Bóg.
Jako wierzący nie jesteśmy panami swojego losu. Nie kontrolujemy naszej duchowej podróży. Apostoł Paweł napisał: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was mieszka i został wam dany przez Boga? Nie należycie bowiem do siebie samych, gdyż Bóg nabył was za wysoką cenę. Czcijcie więc Boga w ciele waszym” (1Kor 6:19–20).
Pan poprowadzi nas drogą, którą On chce, abyśmy podążali. Czasami Jego wola nie ma dla nas sensu. Czasami może się wydawać, że Bóg próbuje zepsuć nam całą zabawę. Ale z czasem zrozumiemy, że Bóg od początku wiedział, co robi.
W przeciwieństwie do map GPS w naszych urządzeniach, nie możemy wprowadzić współrzędnych celu naszej podróży. Dzieje się tak, ponieważ nie mamy pojęcia, dokąd nas ona zaprowadzi. To oczywiście nie powstrzymuje nas przed próbami. Możemy spróbować wprowadzić miejsce, w którym chcielibyśmy się znaleźć. Albo miejsce, w którym planujemy się znaleźć. Ale jak głosi stare jidyszowe przysłowie: „Człowiek knuje, a Bóg się śmieje”. Księga Przysłów 19:21 (NW) ujmuje to następująco: „Wiele zamierzeń jest w sercu człowieka, lecz wola Pana się ziści”.
Urządzenia GPS nie zawsze mają rację, ale Bóg zawsze. Boża droga jest zawsze słuszna.
Podjęcie następnego kroku Greg Laurie 7 lutego 2026 r. „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie tych nowych uczniów przestrzegać wszystkich przykazań, które wam dałem. A bądźcie pewni tego: Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28:19–20).
Jako chrześcijanie, musimy nie tylko dążyć do pozyskiwania ludzi dla Jezusa Chrystusa, ale także pomagać im stanąć na nogi duchowo, aby mogli rozwijać swoją relację z Nim. Jesteśmy powołani nie tylko do nawracania, ale także do czynienia uczniów.
Jezus powiedział: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie tych nowych uczniów zachowywać wszystko, co wam dałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (Mt 28:19–20).
Gdzieś po drodze oddzieliliśmy ewangelizację od uczniostwa. Ale Bóg chce, abyśmy nie tylko prowadzili ludzi do Chrystusa, ale także pomagali im stanąć na nogi duchowo.
Jestem bardzo wdzięczny Bogu, że postawił przede mną taką osobę. Krótko po tym, jak przyjąłem Chrystusa, nie znałem wielu chrześcijan. Nie radziłem sobie z aklimatyzacją. Byłem w tym niezręcznym momencie, kiedy nie czułem się całkowicie komfortowo w towarzystwie chrześcijan, ale nie chciałem też spotykać się ze starymi przyjaciółmi. Pewnego dnia podszedł do mnie facet o imieniu Mark i się przedstawił. Zaprowadził mnie do kościoła i przedstawił innym chrześcijanom. Powiedział mi, co mam czytać i co to oznacza. Miałam mnóstwo pytań, a on cierpliwie mi wszystko wyjaśniał. Pomógł mi w tej przemianie. Zmienił moje życie.
Każdy chrześcijanin może pełnić podobną rolę w życiu nowego wierzącego. Ta perspektywa może wydawać się niektórym onieśmielająca, ponieważ nie czują się przygotowani do nauczania innych. Przekonują samych siebie, że to zadanie dla „ekspertów”, nie zdając sobie sprawy, że to oni są ekspertami, których Bóg wyposażył do wypełniania tej odpowiedzialności.
Kluczem jest przejrzystość. Możesz przedstawić nowemu wierzącemu realia życia chrześcijańskiego, w przeciwieństwie do pewnych wyidealizowanych (i nierealistycznych) jego wizerunków. Możesz pokazać nowemu wierzącemu zmagania, niepowodzenia i zwycięstwa – duże i małe – płynące ze spędzania czasu ze Słowem Bożym, regularnej modlitwy, dzielenia się swoją wiarą z innymi i dokonywania codziennych wyborów przynoszących chwałę Bogu.
Być może Bóg nie powołał cię do bycia kaznodzieją ani do prowadzenia nabożeństw, ale możesz być przyjacielem kogoś, kto niedawno oddał się Chrystusowi. Możesz z nim spędzać czas. Możesz pokazać mu, jak wygląda prawdziwy chrześcijanin w realnym świecie.
Zanim zostałem wierzącym, jedną z rzeczy, które przyciągnęły mnie do wiary chrześcijańskiej, była miłość, jaką chrześcijanie darzą siebie nawzajem.
Dorastałem w latach 60., kiedy kultura hipisowska i narkotykowa kwitła. Nosiliśmy symbole pokoju i używaliśmy słów takich jak „odjazdowy” . Bez przerwy rozmawialiśmy o miłości i pokoju. Ale to była farsa. Nie było miłości ani pokoju – a przynajmniej nie tak, jak sobie je wyobrażaliśmy. Szybko dostrzegłem hipokryzję leżącą u podstaw kontrkultury.
Wychowując się w rozbitej rodzinie, pragnąłem miłości i spokoju. Pomyślałem, że może ruchy lat 60. to właśnie tam powinienem szukać inspiracji. Przez jakiś czas starałem się wierzyć w ich filozofię, nie dlatego, że szukałem emocji czy podniet, ale dlatego, że szukałem sensu życia.
Ale nic tak naprawdę do mnie nie przemówiło, dopóki nie zaczęłam spotykać chrześcijan. Mieli w sobie miłość i pokój, których szukałam. Spotykali się na studiach biblijnych w mojej szkole średniej i widziałam, jak się obejmują i mówią: „Niech Bóg cię błogosławi”.