Dawno, dawno temu…


Brian Zahnd

Dawno, dawno temu wierzyliśmy w Boga (czy bogów) równie bez wysiłku, jak wierzyliśmy w twardy grunt pod nogami jak i w przestworza niebios nad głowami. Starożytny grecki poeta wyraził to w postaci hymnu do Zeusa (później zastosowany przez apostoła Pawła): „W nim żyjemy, poruszamy się jesteśmy” (Dzieje Ap. 17:28). Dla starożytnych to, co boskie, było czymś tak naturalnym jak powietrze, którym oddychali. Niemniej, było tak zanim wszystko stanęło w ogniu. Było tak przed wielkimi pożogami światowych wojen, przed tym, gdy niebo nad Auschwitz zostało zaciemnione ludzkim pyłem, przed złowieszczymi grzybami chmur nad Hiroszimą i Nagasaki, przed tym, gdy świat był świadkiem wznoszących się płomieni nad dwoma wieżami na Manhattanie, przed tym, gdy długo czczone instytucje zostały pochłonięte płomieniami skandali, zanim ci, którzy gardzą chrześcijaństwem zaatakowali je taktyką spalonej ziemi.

Dziś trudniej jest wierzyć, trudniej trzymać się wiary a niemal niemożliwe uchwycić się religii z niesteraną niewinnością. Żyjemy w czasach, w których wszystko jest w ogniu i wiara milionów jest zagrożona niszczeniem.
Tak więc, czy w wieku niewiary chrześcijańska wiara ma ciągle szanse na przeżycie?

Tak, jest to możliwe. Mogę dać świadectwo. Moja własna wiara przeszła przez płomienie nowoczesności, żyje i ma się dobrze. Stanąłem twarzą w twarz wobec najpotężniejszego wyzwania dla chrześcijańskiej wiary i żyję, aby opowiedzieć historię o wierzącym chrześcijaninie. W XXI wieku możliwa jest zdrowa, kwitnąca wiara, lecz musimy przyznać, że przechodzimy przez czas ryzykownego sceptycyzmu, cynizmu i sekularyzmu. Nasz wiek nie jest przyjazny wierze a wyzwania, z którymi się spotykamy są realne.
Słyszę melancholiczny szept Galadriela z początku „Władcy pierścieni”:
„Ten świat zmienił się: czuję to w wodzie, czuję w ziemi, w powietrzu. Wiele z tego, co kiedyś było, stracone, ponieważ nikt z tych, którzy żyją teraz, nie pamięta tego”.
„Wiele z tego, co było, stracone” – wielu z nas rezonuje z tym nastrojem. Ta strata była nagła i nierozważna. Zachodni świat wszedł w XX wiek ciągle powiązany ze znacznie starszym światem – światem, w którym ludzie czują immanencję Boga. Gdzieś po drodze przez to niespokojne stulecie ta lina została uszkodzona i weszliśmy w nowy świat – świat, w którym wydaje się, że Bóg gdzieś zaginął.

Etos naszego wieku może być opisany, jako odczuwalna nieobecność Boga. Coś zostało utracone w zachodnim świecie. Chrześcijaństwo podupada. Większość denominacji traci swoich członków a najszybciej wzrastająca religijna kategoria w Ameryce to „none”. Dla wierzących, którzy w swym niepokoju i frustracji lekkomyślnie ubierają ten fenomen w terminy wojny kulturalnej, stało się to istotną konsternacją. Jednak ta ich napędzona kulturową wojną furia tylko dolewa paliwa do ognia post-chrześcijańskich postaw. Gniewać się na współczesnych ludzi za utratę własnej wiary jest jak gniewanie się na ludzi średniowiecza za to, że ludzie umierali rażeni plagą. Coś się w naszych czasach dzieje.

Tak, jak coś się działo w Średniowieczu, co niszczyło ludzkie życie, tak coś dzieje się w pod koniec epoki nowożytności, co niszczy wiarę współczesnych. Coś przez ostatnie stulecie okaleczyło na Zachodzie wspólną religijną wiarę. I nikt nie przewidział tego wyraźniej niż Friedrich Nietzsche, sławny niemiecki filozof i gorliwy krytyk
chrześcijaństwa…

Fragment z książki „Gdy wszystko płonie”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.