Kochać Bin Ladena – Czego Jezus od nas oczekuje?

[AT THE BATTLE FRONT 89]

Marc White, 30 czerwca2011

“Czy nie miałbyś nic przeciwko temu, gdybyśmy cię oślepili?” – zapytał wojownik hezbollachu nonszalancko. W ten sposób zaczyna się ważna współczesna codzienna saga człowieka, który miał odwagę pójść za Jezusem aż do lwiej jamy zaprzysięgłego wroga swego kraju. Pokochałem to i wy także pokochacie. Nie jestem fanem sporej zawartości książki Ted’a Dekkera, lecz podziwiam odwagę Carla.

Ted Dekker i Carl Medearis, za http://www.missionfrontiers.org/

“Czy nie miałbyś nic przeciwko temu, gdybyśmy cie oślepili?” – zapytał wojownik hezbollachu nonszalancko. „Gdybym mógł wybierać, wolałbym nie, ale wydaje się, że taka jest wasza potrzeba” – odpowiedziałem z (nerwowym) uśmiechem. Wybrali jednak kilkukrotną zmianę samochodu (za każdym razem był to czarny Mercedes). A to wszystko po to, abym mógł się spotkać z drugim pod względem ważności człowiekiem w libańskiej organizacji szyitów.

Czekaliśmy wraz z moimi dwoma muzułmańskimi przyjaciółmi w korytarzu ciemnego budynku jakieś pięć minut, zanim ktoś wszedł i powiedział: „Za mną”. Poszliśmy i znaleźliśmy się w pokoju ozdobionym żółto czarnymi flagami hezbollachu i wielkim miękkim fotelem. Czekaliśmy.

W tej chwili uderzyło mnie, co my robiliśmy? Mieliśmy się spotkać z wrogiem naszego kraju. Prawdopodobnie nielegalnie; myślę, że zapomniałem sprawdzić ten mały szczegół. (Jestem bardzo mało dbały o szczegóły.) Byliśmy otoczeni przez mężczyzn karabinami maszynowymi AK-47, w nieznanym mieście, w nieznanym budynku, na spotkaniu z człowiekiem, którego nigdy nie widziałem, który nie wiedział, po co jestem tutaj. Poza tym, wszystko było dobrze.

Jak tylko nasz gospodarz wszedł, przypomniałem sobie, po co tu jestem. Uśmiechnął się szeroko, ściskając mi rękę i powiedział: „Ahlan WaSahlan (Witam). Tak wiele słyszałem o tobie”. Hmmmm? “Słyszał, a dokładnie co?” – zastanawiałem się.

Nigdy nie wyjaśniło się dlaczego zgodził się na spotkanie ze mną. Ciekawość? Aby dać poznać Zachodowi, że w Hezbollahu chłopaki nie są takie złe? Aby pozyskać mnie dla swego patrzenia na świat, czy to dla islamu czy swojej polityki? Nic pewnego. Lecz zdecydowałem się kiedyś i nie obchodziło mnie to ani nie mogło obchodzić, no bo jak inaczej znalazłbym się w tym miejscu. Wiedziałem po co tu jestem: aby w widzialny sposób podzielić się miłością Chrystusa z wrogiem.

Czy jednak rzeczywiście był moim wrogiem? Czy osobiście chciał mnie zranić? Wątpiłem w to. A jednak na podstawie większości znanych definicji był wrogiem moich ludzi, Amerykanów. Może nawet wrogiem chrześcijan a z całą pewnością wrogiem Izraelitów. Jakże jednak mógłbym iść za życiem i nauczaniem Jezusa z Nazaretu, aby kochać moich wrogów, gdybym żadnego z nich nie spotkał? Jestem więc tutaj, starając się iść za Chrystusem. Nie chodziło o zrobienie czegokolwiek z muzułmanami czy dla nich, tu chodziło o naśladowanie Jezusa.

Tego dnia zaczęła się nasza przyjaźń, ostrożna – z obu stron. Byliśmy jednakowo sceptycznie nastawieni do siebie nawzajem, lecz w ciągu kilku lat staliśmy się przyjaciółmi. On nadal jest muzułmaninem, dalej przewodzi Hezbollachem na całym południu Libanu, dalej jest w stanie wojny z Izraelem. Teraz jednak modlono się o niego tysiąc razy, często z włożeniem rąk przez moich przyjaciół pastorów, których zabierałem, aby go zobaczyli. Czyta Nowy Testament, rozmawiamy często i głęboko o ewangelii, o wielkich międzynarodowych sprawach i małych rzeczach ukrytych w sercach. Jest moim przyjacielem!

Od chwili ukazania się „Tea with Hezbollah: Sitting at the Enemies Table” najczęściej kierowanym do mnie pytaniem jest coś w rodzaju: „Taa,.. wiem, że Jezus powiedział, abyśmy kochali naszych nieprzyjaciół, ale,… wiesz, nie sugerujesz, żeby,… no, wiesz, że powinniśmy lubić, kochać Osama bin Ladena, prawda?”

Jedną rzeczą jest prosić zachodnich chrześcijan, aby naśladowali Jezusa i wskazywać im na to, że jedną z rzeczy, które wyraźnie powiedział jest kochać naszych wrogów, a czymś zupełnie innym jest wykonać to nauczanie w przypadku szczególnego wroga. Jak Bin Laden.

Dobrym pytanie jest: Co robimy z naszymi rzeczywistymi, fizycznymi wrogami (a nie teoretycznymi), ludźmi, którzy mogą zechcieć nas zabić, gdyby mieli taką okazję? Nie mówimy o ideologii czy religii, lecz o rzeczywistej osobie, jak Bin Lade. Co robimy z Bin Ladenem?

Mamy trzy biblijne myśli, które pomogą nam wyjaśnić to, jak traktować prawdziwego przeciwnika.

W Księdze Jozuego 5:13-14 znajdujemy historię, w której Jozuemu przed zdobyciem Jerycha objawia się anioł. Po czyjej stronie jest ten anioł? Po niczyjej. On jest Dowódcą armii Pana. Zrozumienie tego, że Bóg jest po Swojej własnej stronie jest wspaniałym miejscem na strat, gdy myślimy o naszych przeciwnikach. Bóg nie jest ani „za” ani „przeciw” Ameryce. On ma nadzieję, że jesteśMY po jego stronie, lecz On nie jest po naszej.

W Ewangelii Łukasza 6:35 Jezus stwierdza: „Kochajcie nieprzyjaciół waszych i czyńcie im dobrze”. Całkiem wyraźnie. Idea „czynienia dobrze” naszym przeciwnikom jest wspaniała. Naprawdę, czynienie dobrze naszym przeciwnikom, „działa” i jest to strategia służąca pokonaniu ich planów.

W Liście do Rzymian 12:21 apostoł Paweł mówi: “Nie daj się zwyciężać złu, lecz zło dobrem zwyciężaj”. To biblijna prawda, aby zwyciężać zło, czyniąc dobrze temu, który jest zły, bardzo rzadko wykonywana. Bardziej naturalne jest myślenie o uciekaniu od złego – czasami to dobra strategia – lecz niekoniecznie zwalczaniu zła frontalnym atakiem przy pomocy dobra!

Wierzę, że ta sprawa ma krytyczne znaczenie w naszym wieku. Wątpię w to, że my („chrześcijanie”) mamy dziś więcej wrogów niż w jakimkolwiek innym okresie historii, lecz z powodu „płaskości” naszego zglobalizowanego świata po prostu więcej wiemy o naszych wrogach niż kiedykolwiek wcześniej. Widzimy ich w wiadomościach, przypomina nam się o nich kilkanaście razy dziennie z różnych źródeł. Jest więc szczególnie teraz okazja do tego, aby się bać tego przeciwnika.

Większość chrześcijan ma do wyboru tylko dwie możliwości, obie polityczne: bardziej „konserwatywną” drogę tj. budowa silniejszych militarnych rozwiązań lub bardziej „liberalna” droga faworyzowania dyplomacji. (W obu przypadkach są to oczywiście uogólnienia.) Czy jednak nie istnieje trzecia droga, która ma dużą moc, jest bardziej pragmatyczna a zatem bardziej skuteczna? A co ze sposobem Jezusa? Nie jest to coś pasywnego, słabego, lecz jest to niesamowicie zniewalająca metoda, która wychodzi poza zwykły dialog ku rzeczywistym rozwiązaniom. Jest on jednak ignorowany, ponieważ ani politycy, ani wierzący wszystkich maści, nie uważają, że sposób Jezusa jest użyteczny. Jednym z najbardziej interesujących aspektów podróży jaką z Tedem Dekkerem podjęliśmy było zadanie pytania przywódcy Hamasu i braciom Bin Ladena: Jakie było najsłynniejsze nauczania Jezusa. Większość z nich odpowiedziała: „Miłować nieprzyjaciół”. Wtedy zadawaliśmy pytanie „dr Phil’a”: „Jak więc ma się to do was?” Na co odpowiadali: „Nie za dobre, bo niepraktyczne”. Zapewniłem ich, że niestety większość moich amerykańskich przyjaciół myśli tak samo.

Zasadniczo niewielu z nas rzeczywiście wierzy, że “czynienie dobrze naszym nieprzyjaciołom” jest strategią skuteczną do ‘wygrywania’. Lecz Jezus wierzył. Zanim przejdę do pewnych szczegółowych wskazówek, jak kochać naszych nieprzyjaciół, pozwólcie, że podzielę się trzema najbardziej powszechnymi zastrzeżeniami wobec tej idei:

„To brzmi jak pacyfizm, myślę, że z teorii Sprawiedliwej Wojny”. Ja nie mówię o polityce, więc ten argument często staje się wymówką, aby osobiście nie postępować zgodnie z jasnym poleceniem Chrystusa. Wszystko, co rząd musi zrobić, aby zapewnić obywatelom bezpieczeństwo to wywołać wielką dyskusję, ale to jedno nie.

„Nie bierze się tu pod uwagę tego, że zło jest realne na tym świecie i mamy trochę muzułmanów poważnie zaangażowanych w terrorystyczny dżihad przeciwko Zachodowi”. Zgadzam się z tym, że niektórzy muzułmanie są i będą angażować się w wyraźne i straszliwe terrorystyczne działania, co nie znaczy, że mamy przestać kochać naszych przeciwników. Tak naprawdę to może to być najlepszy argument za tym, aby ich kochać. Czy może tak być, że jest to jedyna możliwa broń przeciwko potencjalnym przyszłym terrorystom? Czy może być tak, że kiedy osobiście przeżyją miłość Chrystusa przekazaną przez Jego uczniów, nie podejmą takiej działalności? Bardzo możliwe. Nie jestem naiwny. Kilka razy zdarzyło się, że ja sam i moja rodzina byliśmy celem działań tych, którzy są napiętnowani jako „muzułmanie”. Zło jest rzeczywiste i ma swój korzeń: jednym i jedynym Wrogiem jest ten, z którym nie możemy się pojednać – Diabeł.

„Miłość nie zawsze działa na takich ludzi”. Jeśli używamy „miłości” jako strategii, aby „pozyskać ich” to wtedy nie działa, lecz jeśli kochamy naszych wrogów dlatego, że Bóg ich kocha i jeśli nasze serca są dla nich miękkie, bo widzimy, że Bóg płacze nad nimi, skutek jest bezpośredni i potężny.

Miłość jest najbardziej potężnym i skutecznym narzędziem walki jaki mamy do dyspozycji. Nie jest to coś słabego ani nie jest to naiwność a doprowadziła do najbardziej okrutnego, czynnego aktu w historii – Krzyża. Miłość nie leży i nie przewraca się z boku na bok, Miłość zwycięża wszystko.

Jeśli tu jeszcze jesteś ze mną oto kilka kroków pomagających zastosować tą strategię Jezusa:

Poświęć trochę czasu na zastanowienie się, kim są twoi wrogowie. Może to być ktoś z rodziny, może sąsiad, a nawet wróg Kraju – różnego rodzaju Bin Ladenowie. Następnie zaangażuje tego człowieka emocjonalnie i duchowo, innymi słowy: zmuś się do myślenia o nim/niej. Wyobrażaj sobie jaki on/ona jest. Dlaczego jest taki? Teraz módl się o niego/nią. Pozwól, aby Bóg zaczął w twoim sercu zasiewać współczucie wobec niej i wgląd w jej sytuację, abyś uzyskał Jego perspektywę. Jest to bardzo ważne, jeśli masz podjąć następny krok. A tak przy okazji: ten pierwszy krok wymaga ogromnej ilości duchowej dojrzałości z naszej strony, ponieważ jeśli ktoś jest twoim wrogiem to nie chcesz tego robić. Zrób to mimo wszystko!

Zacznij prosić Boga o plan, szczególną strategię działania, aby spotkać się z tą osobą I porozmawiać. Nie pojawiłem się w biurze lidera Hezbollachu bez długiego czasu przemyśleń, modlitwy i planowania tego, co będę robił, co powiem, gdy już tam będę. Jeśli tego nie będziesz planował to nic się nie stanie. Niech będzie to dla ciebie coś realnego i praktycznego. Obecnie planuję spotkać się wysoko postawionymi wrogami, abym mógł dalej naśladować Jezusa we wszystkim. Modlę się o to, abym miał odwagę i słowa, które da mi Bóg, abym je wypowiedział we właściwym czasie.

Idź, przekrocz ulicę, objedź świat. Ty musisz to zrobić. Nie jest to kosmiczna nauka dla takiego czytelnika jak ty. Wydaje mi się, że już dużo podróżowałeś. Byłeś w różnych inter kulturalnych sytuacjach i wyszedłeś ze strefy bezpieczeństwa. Jest to po prostu jeden krok dalej. Teraz idziesz spotkać się z prawdziwym wrogiem.

Pomyśl o tym. Co gorszego może ci się przydarzyć? Możesz powiedzieć, że zginiesz, ale i tak musisz umrzeć, więc – poważnie – co gorszego cię spotka? Myślę, że najgorsze może być to, że gdy przejedziesz pół świata, aby spotkać się z „Panem Złym Facetem” i staniesz przed jego drzwiami, jego tam nie będzie. W takim przypadku przewędrujesz jeszcze trochę i wrócisz następnego dnia. Jeśli nie pojawi się nigdy to spędziłeś sporo dobrego czasu na modlitwie i może zawarłeś jakieś nowe, niespodziewane przyjaźnie. Nie tak źle, naprawdę!

A, tak przy okazji, ostatnim razem, gdy byłem na herbatce z Hezbollachem, powiedziałem:

„Czy myślałeś kiedykolwiek o zastosowaniu strategii Jezusa w stosunku do Izraela? To proste, ma natychmiastowy wpływ i może być stosowane jednostronnie. Możesz to robić już teraz, sam. Możesz im przebaczyć, kochać ich, zacząć robić dla nich dobre rzeczy. Błogosław ich, módl się o nich. Będzie to ich irytować i wprawiać w zakłopotanie jak nic innego, co kiedykolwiek robiłeś? Co o tym myślisz?”

Co ten przywódca odpowiedział? “Carl, Carl, Carl. Wiem, że jest to sposób Jezusa, lecz z nimi to nie zadziała. Oni wykorzystają każdą z tych uprzejmości i gdzie wtedy będziemy?”

Zapytałem: „Jak więc działa twoja obecna strategia? Chodzi mi o to, co masz do stracenia? „

Spojrzał na mnie i powiedział: “Wiesz, nie jestem pewien czy mam odwagę to zrobić. Może mnie to kosztować wszystko”.

“Dziękuję za twoją szczerość. – powiedziałem. – Jezusa również kosztowało to wszystko”.

Potem pomodliliśmy się. Zebraliśmy się wokół niego i modlili. Modliłem się o mądrość, o odwagę, o honor. Aby robił to, co właściwe, to, co zrobiłby Jezus. No, i kto wie? Może to zadziałać.

Ponieważ w tym przypadku “tym” jest Jezus!

– – – – – –

Święci, jesteśmy o jeden dzień bliżej Domu i Jego! Kochajcie Go z całego serca!

 

 

topod

[Głosów:2    Średnia:1.5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.