Stan 11.10.2020

11.10
„Nikt też nie wlewa młodego wina do starych bukłaków, bo inaczej wino rozsadzi bukłaki, i wino i bukłaki zniszczeją. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków” (Mk 2:22).

Pozwólmy, na minutkę, oddalić się wszystkim myślom na temat tego wersu. Większość z nich mimo wszystko należy do tych osądzających i przekonanych, że to dotyczy kogoś innego. Wszystko nieustannie odnawia się, wzrasta i rozszerza. Nawet Królestwo „stale rośnie”. W ramach tego „wzrastania” przychodzi sezonowe ujawnianie wszystkiego. Mamy więc wiosnę, lato, jesień i zimę dotyczące całego życia. To, co zasiejesz wiosną jest zbierane w lecie, a na koniec zima przynosi cichą śmierć temu, co wiosna ponownie budzi. Nie jesteś w stanie powstrzymać tego procesu, lecz możesz się go wyprzeć, bądź być na to „ślepym”. Wiara w to, że Ziemia jest płaska nie jest prawdą, lecz jeśli uwierzysz w to, bardzo mocno wpłynie to na twoje plany związane z podróżami, bądź ich brak.

Nie wlewać nowego wina do starych bukłaków to jak mówić niemowlęciu, żeby nie stawało się dzieckiem uczącym się chodzić. W tym samym czasie, gdy twoje życie nieustannie odnawia się i regeneruje, tobie i w tobie cały czas „dzieje się” nowe wino. To „stare” nie tyle znika, co zanurza się w czymś większym; możesz policzyć ziarna w jabłku, lecz nie możesz policzyć jabłek w ziarnie. Nawet twoje ciało regeneruje się co siedem lat! Właśnie dlatego w biblijnej numerologii „osiem” jest liczbą nowych początków. Tak więc, kwestią nie jest to, „czy generuję nowe wino?” lecz raczej „czy robię miejsce na nie w nowym sposobie myślenia?”

Czy moja świadomość jest usztywniona wnioskami i uprzedzeniami czy też jest miękka i rozszerzalna? Nie jesteś w stanie zatrzymać ewolucji, możesz jej tylko zaprzeczyć. Cały życie nieustannie ewoluuje i wraz z tym pojawia się powolna lecz zawsze obecna potrzeba ekspansji/rozbudowy/rozwoju. Mam na ten temat mnóstwo do powiedzenia i o tym, jak wpływa to na nasze patrzenie na ludzkość a w konsekwencji na nasze życie i relacje, lecz nie ma tutaj na to czasu. Być może podzielę się tym nieco więcej jutro. Spokojnie wystarczyłoby tego na książkę. A, czekajcie! Nazywa się to Biblią. Zdumiewające jak zamieniliśmy ją na sztywny zestaw wierzeń i moralistycznych zachowań, równocześnie mijając się całkowicie z całą istotą i wzorem.

Czasami ktoś zada mi pytanie: „jakiej największej lekcji nauczyłeś się do tej pory?” Po pierwsze, nie sądzę abym czegokolwiek nauczył się, ponieważ w tym jest wbudowane sens ostateczności. Myślę, że tej największej lekcji, której „uczę się” to fakt, że ludzie, których nienawidzę (gardzę, nie mogę wytrzymać, nie znoszę itp.) są tylko boskimi posłańcami posłanymi do mnie, aby nauczyć mnie bardzo ważnej prawdy o mnie, a nie o nich. Są tylko odzwierciedleniem tego, co wymaga radykalnej przemiany we mnie, co wcale nie znaczy, że znajduję w tym przyjemność! Wręcz przeciwnie! Bardzo często wymyślam każdy możliwy powód po temu, że to ja „mam rację” a TAMCI to idioci. Jestem brutalnie budzony do tego, że obie strony tej samej monety są nadal tą samą monetą.

Celem Internetu, fundamentalistycznego kościoła i polityki jest wskazywać na te różnicy i jeszcze bardziej nas dzielić. Jest to antychryst tego świata. Wyłącznie Chrystusowi chodzi o jedność i włączanie. „Ojcze, modlę się o to, aby zdali sobie sprawę z tego, że są jedno, jak my jesteśmy jedno...” (J 17:21).

To jest ta wielka lekcja, której się uczę i prawdopodobnie okaże się być moją największą życiową lekcją.

12.10
Odkrywam to, że mniejsza ilości ludzi, której poświęcam energię, aby ich nienawidzić, jest ogromnym źródłem nowej energii. Muszę cieszyć się życiem, moją rodziną, i ludźmi, z którymi mam codziennie kontakt. Nie jesteś w stanie udzielać pokoju, którego nie jesteś nosicielem, więc nie przestawaj próbować go ustanawiać czy wymodlić go.

[Głosów: 1   Average: 2/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.