Jak rozbić barwioną szklaną zasłonę

Neil Cole
24.05.2016

“Bóg szuka ludzi, przez których będzie mógł czynić to, co niemożliwe dla nich do wykonania. Jakże wielka to szkoda, że my planujemy tylko to, co możemy wykonać sami” (A.W.Tozer).

W czasach mojej młodości różni eksperci często mówili o zasłonach, które trzeba usunąć, aby nasze społeczeństwa mogły być otwarte i wpływać na siebie nawzajem, z nadzieją na coś lepszego. Bambusowa kurtyna oddzielająca Chiny od świata została ostatecznie rozdzielona. Żelazna kurtyna oddzielająca komunistyczną Rosję została rozbita przy pomocy młotów kowalskich. Pozostaje jeszcze jedna kurtyna, która musi opaść jeśli Królestwo Niebios ma mieć wpływ na resztę tego świata – zabarwiona szklana kurtyna.

Kościół, jaki znamy, przeważnie nie ma wpływu na społeczeństwa. Błędne podejście mówiące o oddzieleniu od tego świata, gdzie wyciągamy nowych uczestników z ich niechrześcijańskich sieci relacji, aby przyłączyli się do naszej oddzielonej społeczności, jedynie skutecznie uniemożliwienia nam jakikolwiek pozytywny wpływ.
Skutek jest taki, że przeważnie jesteśmy izolowani od naszych sąsiedztw i mamy reputację ludzi, którzy niewiele robią dobrego dla nich. Krzyczymy do tego świata z odległości i rzadko kiedy słuchamy. Zamiast tego jesteśmy przedmiotem nocnych żartów. Musimy spotkać się z prawdą, która mówi, że bez względu na to jakie mamy zdanie o sobie, błogosławienie społeczności wokół nas nie daje nam dobrej reputacji wśród sąsiadów.

Istnieją nieliczne wyjątki (nie trzeba mi tego mówić) – jestem pewien, że twój kościół jest wspaniały! Niemniej, perspektywy należy szukać poza kościołem; nie mówię o twoim własnym punkcie widzenia od wewnątrz. Jeśli w ogóle jesteśmy zauważani to głównie z powodu tego czemu się sprzeciwiamy, a nie dlatego, że mamy coś pozytywnego do zaproponowania. Powinniśmy być znani z czynnej miłości (J 13;35), lecz od pewnego, dość długiego już czasu, tak nie jest.

Oto pewna obserwacja jak widzą nas sąsiedzi, zaczerpnięta z mojej książki:

„Większość miast jest otwarcie wrogo nastawionych do kościołów i usiłuje zapobiec uzyskaniu przez nie działki. W wielu przypadkach lokalna Restauracja Danny’go więcej robi dla społeczności dostarczając pracy, posiłków i płacąc podatki na służbę publiczną i miejską infrastrukturę. Typowy kościół nie robi nic z tych rzeczy” [One Thing: A Revolution to Change the World with Love, pp. 221-222, „To jedno: Rewolucja zmiany świata miłością”].

Ostatnio wykonywałem pracę królestwa w społeczności miasteczka Watts, gdzie panuje wielka niestabilność w South Central Los Angeles. Watts jest miasteczkiem o dwóch rynkach, gdzie jest więcej kościół niż jakichkolwiek innych społecznych projektów. Więcej kościołów niż szkół, więcej – niż sklepów, więcej – niż rządowych urzędów… i jest to jedno z najgorszych środowisk w Ameryce. W ciągu mojego życia zdarzyły się tam dwa rozruchy na tle rasistowskim. Ubóstwo, uzależnienie od narkotyków, ciąże nastolatek, samotnie wychowujący rodzice, choroby weneryczne, wojny gangów, wandalizm, korupcja, prostytucja, złodziejstwo …i pośród tego wszystkiego wybujałą częścią Miasta stanowią kościoły. Biorąc pod uwagę taką rzeczywistość, trudno przekonująco powiedzieć, żeby te kościoły cokolwiek zmieniały. Tak naprawdę to zauważyłem, że one w przeważający sposób są częścią tych wszystkich najgorszych dzielnic w Ameryce. Czas już na zauważenie słonia w pokoju i zadanie sobie trudnych pytań. Czy nie jest tak, że bardziej jesteśmy częścią problemy niż jego rozwiązaniem, co widzą wszyscy oprócz nas samych?

W czasie moich podróży i obserwacji przedsiębiorstwa zwanego Zachodnim Chrześcijaństwem, zostałem zmuszony do przyjęcia wniosku mówiącego, że nasze staranie nie wyznaczają żadnego istotnego kierunku zmian naszego społeczeństwa. To my musimy dokonać natychmiast wielkiej zmiany, lecz o jaką zmianę chodzi? To właśnie doprowadził do napisania książki pt. „One Thing: A Revolution To Change The World With Love”.

W czasach, gdy pastorzy szukają następnego 3stopniowego rozwiązania dla wzrostu kościoła, doszedłem do wniosku, że nasz problem jest bardziej duchowy niż strategiczny. Wypróbowaliśmy już mnóstwo strategii i skończyliśmy na tym samym poziomie braku znaczenia w świecie. Tak, bliskość, sąsiedztwo są wyzwaniem ponieważ brakuje nam wcielonej obecności Pana, lecz nie to jest rzeczywistym problemem.
Powodem tego, że nie mamy prawdziwego wpływu nie jest nasz adres i postawa: „przyjdźcie wszyscy… i zostańcie”, lecz jest nim w rzeczywistości znacznie bardziej głęboki ukryty nurt, który podważa wszystkie nasze starania i tłumi nasze przesłanie.

Wierzę w to, że to my poświęciliśmy prawdziwą duchowość ewangelii na rzecz fałszywej, która jest zależna od naszych wysiłków i pokazuje naszą własną siłę (bądź, odpowiednio, jej brak). Chcąc podobać się światu staliśmy się czymś przeciwnym do pierwotnego planu. Gdyby prawdziwa ewangelia była w nas żywa, nie bylibyśmy wstanie utrzymać jej w naszych obecnych strukturach, lecz wybiła by się na wolność, wyrażając się w naturalny sposób w poczynaniach przemienionych istnień. Nie bylibyśmy w stanie, ani nie chcielibyśmy, trwać tak wyizolowani i nieskuteczni, jak jesteśmy obecnie, zajęci przede wszystkim własnym biznesem.

Musimy zdać sobie sprawę z tego, że być Ciałem Chrystusa to nie tyle być w świecie, ile pozwalać na to, aby życie Chrystusa, który jest w nas, infekowało życie ludzi żyjących wokół nas Jego miłością i przesłaniem o wolności i nadziei.
Misja Ciała to sprowadzanie Królestwa Niebios na ziemię tam, gdzie jest to najbardziej potrzebne. Przy obecnym duchowym zamieszaniu wyjście na zewnątrz spowoduje wyłącznie jeszcze więcej problemów. Nie rób tego. Musimy przestać stosować praktyki typu zrób-to-sam, 3 kroki do…, zaprzestać pragmatycznej duchowości, która bardziej stara się wykonywać dzieła dla Boga, niż pozwolić Bogu wykonywać pracę w nas i poprzez nas.

Jak powiedział kiedyś A.Tozer:

“Bóg szuka ludzi, przez których będzie mógł czynić to, co niemożliwe dla nich do wykonania. Jakże wielka to szkoda, że my planujemy tylko to, co możemy wykonać sami”.

Można mieć kredo, a nie wykonywać. Niepotrzebne są nam wyznania wiary: potrzebujemy prawdziwej wiary, która jest wyznaniem.
Robiąc dalej to, co robiliśmy do tej pory, tracimy wszelką nadzieję na dobrą reputację w naszym sąsiedztwie. Więcej tego samego wyprodukuje tylko więcej tego samego.

Sami siebie zwodzimy jeśli wydaje nam się, że spotkania w niedziele na odśpiewanie pieśni i mówienie kazań zmienia ten świat. Musimy robić więcej i musi to być robione poza naszymi murami, lecz w pierwszej kolejności w naszej duszy. Rozbij tą zabarwioną szklaną zasłonę, wyjdź na swoją okolicę i, zamiast działać na własną korzyść, pomóż innym ludziom z serca i prawdziwej miłości,. Przestańmy być ludźmi, którzy znani są jako blok głosujących, zwanych „ewangeliczni” (niosący Dobrą Nowinę), a bądźmy rzeczywiście dobrą nowiną. To właśnie robił Jezus. Wierzę, że właśnie do tego wzywa nas Pan teraz.

One comment

  1. No właśnie… jest ogromna różnica między tym, co my sami możemy zrobić a tym, co Bóg może zrobić w nas… Tyle, że od umierania dla swojej duszy (… kto straci życie = duszę swą dla Mnie, zyska ją…) łatwiejsze i bardziej zaspokajające duszę są systemy i sposoby.

    Od lat to obserwuję: napełnić kościół (im większa liczba ludzi tym bardziej mamy rację), stworzyć kulturę (kółka zainteresowań, służby wszelakie, realizacja SWOJEGO powołania, ewangelizacje, stosowanie kolorowych reflektorów, zespołów złożonych z wyszkolonych muzyków), szkolenia mają zastąpić osobiste poddawanie się Duchowi Świętemu a życie kościelne zastępuje życie z Bogiem.

    „Ja niczego nie czynię sam od siebie a jedynie to, co widzę, że Ojciec czyni”
    30 lat siedzenia cicho, gdy wokół ludzie chorowali, umierali, schodzili na złą drogę…
    30 lat życia w cieniu głupców, przekonanych o swojej mądrości, którzy wkładali na ludzi to, czego sami udźwignąć nie chcieli…
    30 lat życia w milczeniu, mimo iż słyszał krzyk wołających do Boga o miłosierdzie…
    Zaś przez trzy lata nie schodzenie z wyznaczonej drogi: „zostałem posłany do Domu Izraela”…
    Ile razy musiał umierać dla swojej duszy, nie zatwardzając jej jednocześnie tak, jak nam się to zdarza?
    On miał być nam wzorem, a myśmy za Boga go uznali niedoścignionego i własnych sposobów szukamy jak wytrzymać tu na ziemi z Jego niedoścignionymi standardami…
    Może by tak 7 kroków do… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.