Category Archives: Fenn John

Zakon nie został ustanowiony dla sprawiedliwych – część 3

 

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.

Na zakończenie tej serii rozważmy te wersety:

A żądłem śmierci jest grzech, a mocą grzechu zakon” (1Kor 15:56b).

Zakon bowiem pociąga za sobą gniew” – (Rz 4:15a).

Jeśli żyjesz w religijnym legalizmie, znasz te prawdy.

Ponieważ prawo nieustannie wskazuje grzech, daje grzechowi siłę, a człowieka prowadzi do gniewu. Albo przynajmniej do jego początków – frustracji, zależnie od tego, jak bardzo ktoś przyjął legalizm. Człowiek jest zły, ponieważ nigdy nie potrafi być wystarczająco dobry dla tego, kto ustanawia zasady. Zły na samego siebie, bo myśli, że coś jest z nim nie tak, skoro nie potrafi sprostać oczekiwanym standardom.

Między legalizmem wzmacniającym grzech a wywoływaniem gniewu człowiek zaczyna popełniać błędy w życiu, a potem złości się nawet na Boga. W rzeczywistości żyjemy w czasach Nowego Testamentu i jeśli Ojciec oraz Jezus są przedstawiani przez starotestamentowe, przestarzałe „opakowanie” legalizmu, człowiek może odrzucić to opakowanie, jednocześnie głęboko pragnąc poznać swojego Ojca i Pana.

Pewien nauczyciel biblijny starego pokolenia zauważył, że kościoły, które najwięcej głosiły przeciw współżyciu przedmałżeńskiemu, miały najwięcej ciężarnych nastolatek. Te, które najgłośniej mówiły o złu alkoholu, miały najwięcej ludzi zmagających się z alkoholizmem. Życie pod religijnym systemem prawa daje grzechowi siłę. Rodzi gniew. Im większa surowość, tym więcej gniewu. Jeśli dziecko dorasta pod bardzo surowym ojcem, który widzi wyłącznie błędy, zacznie robić złe rzeczy, a między ojcem a synem pojawi się gniew. Po latach mogą powiedzieć, że dziecko próbowało zwrócić uwagę rodzica albo zdobyć jego aprobatę. Ale to legalistyczne podejście do wychowania faktycznie wzmacniało jego grzech.

Omówiliśmy już fakt, że prawo nie zostało dane dla sprawiedliwego człowieka oraz że było wychowawcą prowadzącym nas do Chrystusa. W kontekście Pawła wychowawca był mistrzem w swoim fachu – dziś powiedzielibyśmy: mistrzowski stolarz, mechanik, elektryk czy hydraulik. Uczeń pozostawał pod opieką mistrza i uczył się zawodu. Takiej analogii używa tutaj Paweł. Jego myśl w Ga 3 jest taka, że kiedy kończymy naukę jako uczniowie czy praktykanci, nie potrzebujemy już naszego wychowawcy – prawa Mojżeszowego.

Continue reading

Zakon Mojżeszowy nie został ustanowiony dla sprawiedliwych – część 2

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
W zeszłym tygodniu podzieliłem się fragmentem Pisma mówiącym, że „zakon nie jest ustanowiony dla sprawiedliwego”. Dalsza część tego wersetu brzmi: „lecz dla bezbożnych i grzeszników, nieprawych i nieposłusznych”…

Wyjaśniłem, że celem prawa (zakonu) – według Rz 3:19 – było pokazanie ludzkości, że jesteśmy grzesznikami. Paweł tłumaczył, że nie wiedziałby, czym jest pożądliwość, gdyby prawo nie mówiło: „Nie pożądaj”. Sens wypowiedzi Pawła w Rz 7 jest taki, że prawo jest dobre, ponieważ definiuje dla nas grzech – co oznacza, że nie zostało dane dla sprawiedliwych, lecz dla grzeszników, aby pokazać im, czym jest grzech. Napisał też do Galacjan, że gdyby Bóg mógł dać prawo, które dawałoby życie wieczne, wtedy sprawiedliwość byłaby z prawa.

I tutaj dzisiaj zaczynamy
W Jk 2:10 napisał: „Kto bowiem zachowa cały zakon, a uchybi w jednym, stanie się winnym wszystkiego”. Dla Żyda, jeśli złamałeś jedno z 613 przykazań, nadal musiałeś złożyć ofiarę – bez względu na to, jak małe było przewinienie. Wina jest winą – czy chodzi o zbieranie drewna w sabat, czy o morderstwo. Złamiesz jedno – złamałeś wszystko.

Każdy, kto żył pod jakąś formą „prawa” albo legalizmu, potrafi się z tym utożsamić. Niezależnie od tego, czy miałeś bardzo surowego rodzica oczekującego perfekcji, czy kościół, w którym oczekiwano od ciebie „wyników”, a w zamian dostawałeś poczucie winy i potępienie, to poznałeś legalizm. Charakterystyczne dla niego jest to, że nigdy nie widzi dobra, które czynisz; widzi tylko to, co zrobiłeś źle. W zeszłym tygodniu opowiadałem, jak mój ojciec wyrwał mnie ze snu o 23:00, żebym wyniósł śmieci, ale nie zauważył, że odrobiłem lekcje, posprzątałem pokój, nakarmiłem psa i pomogłem bratu naprawić zabawkę. Widział tylko to, że naruszyłem jedno „prawo”, więc byłem winny wszystkiego. Nie byłem idealnym synem.

Pastor może ignorować twoją hojność, wolontariat, fakt, że jesteś dobrym człowiekiem próbującym żyć świętym życiem najlepiej jak potrafisz – i widzieć jedynie to, że nie było cię na środowym nabożeństwie wieczornym, po czym potępić cię za brak obecności. To właśnie jest życie pod prawem. Jeśli złamiesz jedną zasadę, jesteś winny wszystkiego. Żadne dobro nie zostaje uznane; cała uwaga skupia się na tym, co zrobiłeś źle według danego prawa – rodziców czy kościoła.

Prawo jest dobre tylko po to, by pokazać nam, że zgrzeszyliśmy. W Ga 3:11-12 Paweł mówi, że prawo jedynie potępia człowieka, dlatego „prawo nie jest z wiary”. Właśnie dlatego nie możesz być silny w wierze, mieć pokoju Bożego i czuć Jego bliskości, żyjąc jednocześnie legalistycznym chrześcijaństwem. Życie według legalistycznej, zewnętrznej struktury nie jest wiarą. Wiara wypływa z ducha wewnątrz człowieka.

Continue reading

Zakon Mojżeszowy nie został ustanowiony dla sprawiedliwych – część 1

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
Kiedy byłem duszpasterzem akademickim na Uniwersytecie Kolorado w Boulder, miałem kontakt z lokalnym zborem Kościoła Chrystusowego, który nauczał, że jeśli ktoś nie został ochrzczony przez zanurzenie właśnie w ich kościele, to nie dostanie się do nieba. Jedynym ustępstwem było to, że być może uznawaliby chrzest dokonany w innym zborze Kościoła Chrystusowego należącym do ich denominacji, ale i tak powiedziano mi, że gdy ktoś przeprowadza się do Boulder, powinien zostać ochrzczony ponownie – tak na wszelki wypadek.

Charyzmatycy mają swoje własne religijne zasady. Szczególnie dobrze posługują się strachem i różnego rodzaju formułami. Strach wykorzystuje się wtedy, gdy mówi się rzeczy w rodzaju: „Jeśli opuścisz jutrzejsze nabożeństwo, otworzysz drzwi diabłu”. Właściwie można tam wstawić cokolwiek: jeśli opuścisz jutrzejsze nabożeństwo, „twoje modlitwy nie zostaną wysłuchane”, „nie zostaniesz uzdrowiony”, „nie będziesz miał z czego opłacić rachunków”, „nie doświadczysz Bożego błogosławieństwa” i tak dalej.

Formuły obejmują między innymi „ogłaszanie i proklamowanie”, albo wkładanie pod poduszkę „namaszczonej chusteczki modlitewnej” telewizyjnego kaznodziei na siedem dni, a następnie odesłanie jej ósmego dnia wraz z dużą ofiarą, aby twe modlitwy zostały wysłuchane… Dochodzą do tego także „sądy nieba” albo „przykrywanie krwią”, zamiast po prostu z odwagą przystąpić do tronu łaski i być posłusznym temu, co powiedział Jezus, czyli wypędzanie demonów. Istnieje mnóstwo ludzkich formuł, które sprawiają, że ludzie zaczynają pokładać wiarę w tym, co sami robią, zamiast pokładać ją w Panu.

Continue reading

Zapominając o tym, co za mną…. – część 2

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
Badając tekst w zeszłym tygodniu widzieliśmy, że Paweł czuł, że jego życie było jak „ektroma” – poronienie, abortowane dziecko, ktoś pozostający poza właściwym rytmem reszty Ciała Chrystusa. To nie jest rzadkie odczucie – może wynikać np. z miejsca zajmowanego wśród rodzeństwa, może byłeś „niespodziewaną” ciążą swojej mamy, kiedy była już po czterdziestce, i czujesz, że tak naprawdę cię nie chciała. A może znałeś Pana, odszedłeś od Niego, a potem wróciłeś i czujesz, że przez większą część swojego życia minąłeś się z Bożą wolą.

Znałem pewnego człowieka, który w każdej rozmowie wracał do swojej przeszłości, zmagając się z przebaczeniem samemu sobie. Znał Pana, ale odszedł od Niego na kilka lat, podczas których robił typowe rzeczy, jakie robią ludzie żyjący w świecie. Potem jednak wrócił do Boga.

Nie zmagał się z tym, jakim był człowiekiem zanim poznał Pana. Dręczyło go to, co zrobił już potem. Nie potrafił sobie wybaczyć, że na pewien czas odszedł od Niego. W końcu zrozumiałem: pokładał większą wiarę w swój grzech niż w Boże przebaczenie. Dlatego szukał fragmentów Pisma, które utwierdzały go w jego lęku. Zamiast szukać wersetów o łasce i przebaczeniu, szukał wszystkiego, co mówiło o sądzie i odrzuceniu przez Boga. Szukał powodów, dla których miałby zostać odrzucony. Pewnego dnia uświadomiłem sobie, że bardziej wierzył w moc swojego grzechu niż w zbawiającą łaskę i przebaczenie Pana.

Kiedy to w końcu dostrzegł, wszystko się zmieniło. Dokonał prostego zwrotu w swoim sercu – przestał sprzeciwiać się Bożej miłości i przebaczeniu i w końcu odnalazł pokój. Gdy uwierzył, że Boża łaska jest aż tak niezwykła, tak wszechogarniająca, tak dalece przewyższająca każdy grzech, który popełnił, popełnia lub mógłby popełnić, poruszyło to nim głęboko, aż do łez.

Continue reading

Zapominając o tym, co za mną, i zdążając do tego, co przede mną – część 1

A co jeśli werset, w który wierzyłeś przez lata, w rzeczywistości nie mówi jednak tego, co zawsze sądziłeś, że mówi?

Oznaczałoby to, że opierasz swoje oczekiwania wobec Boga na czymś, czego Bóg nigdy nie zamierzał wyrazić, a więc i nie współdziała z tym, bo tego nie powiedział. Tłumaczyłoby to również, dlaczego mimo wysiłków czujesz się bezsilny: Bóg nie wspiera czegoś, czego sam nie powiedział.
Werset brzmi: „…jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, i zdążając do tego, co przede mną…” (Flp 3:13)

Jednak w języku greckim ten fragment nie mówi o „zapominaniu” przeszłości. Mówi raczej o „zaniedbaniu”, „pomijaniu”, „nieprzywiązywaniu już wagi” do tego, co było.

„…jedno czynię: zaniedbując, pomijając i nie troszcząc się już o to, co za mną, zdążam do tego, co przede mną…

To zmienia perspektywę, prawda? Paweł nie zapomniał swojej przeszłości – on przestał się nią zajmować i przykładać do niej znaczenie.

Wielu ludzi czyta angielskie tłumaczenia i dochodzi do wniosku, że Paweł całkowicie wymazał przeszłość z pamięci i oni sami powinni uczynić to samo. Problem polega jednak na tym, że człowiek nie potrafi po prostu zapomnieć przeszłości. Bóg pozostawił wspomnienia w naszej pamięci. I właśnie tutaj rodzi się wewnętrzny konflikt: skoro Bóg „zapomina” nasze grzechy, to dlaczego my nadal pamiętamy? Dlaczego nadal zmagamy się z poczuciem winy i potępienia? Odpowiedź jest prosta: ten werset nie mówi o tym, aby zapomnieć o przeszłości, lecz aby nie żyć przeszłością, nie rozpamiętywać jej, nie pozwalać jej dominować nad naszym życiem.

Przyjrzyjmy się słowu tłumaczonemu jako „zapominać”. Greckie słowo to „epilanthanomai”. Składa się ono z „epi” – „na”, „ku”, „zwrócić się ku” – oraz „lanthano”, czyli „umykać uwadze”, „pozostać niezauważonym”.
Paweł używa tutaj gry słów opartej na przeciwieństwach związanych z „epi”. Mówi, że kieruje siebie ku temu, by przestać skupiać się na przeszłości, a jednocześnie całkowicie zwraca się ku temu, co przed nim w Chrystusie.
To jedno czynię: zaniedbuję, pomijam i nie troszczę się już o moją przeszłość (epi-lanthan), a zdążam (epi-kteino) ku temu, co przede mną…”

Innymi słowy: z taką samą intensywnością, z jaką przestaje skupiać się na przeszłości, zwraca się ku temu, co przygotował dla niego Chrystus.

Paweł nie zapomniał swojej przeszłości. W 1 Kor 15:6–10 czytamy:

Potem ukazał się więcej niż pięciuset braciom naraz; większość z nich żyje dotąd, niektórzy zaś zasnęli. (…) A w końcu po wszystkich ukazał się i mnie jako poronionemu płodowi. Albowiem ja jestem najmniejszy z apostołów i nie jestem godzien nazywać się apostołem, dlatego że prześladowałem Kościół Boży (ekklesia / Boże zgromadzenie). Ale z łaski Boga jestem tym, czym jestem”.

Widzimy więc wyraźnie, że Paweł nie zapomniał swoje przeszłości, lecz nie zwracał na nią uwagi, a zamiast tego skupiał się na tym, że z łaski Boga był tym, kim jest. Wyrażenie „poroniony płód” to w grece jedno słowo: „ektroma”. Początkowo używano go w rzymskim senacie wobec projektu ustawy, który został odrzucony – „umarł”, zanim wszedł w życie. Później zaczęto stosować je również wobec poronienia lub przedwczesnego porodu.

Continue reading

To, jak badzo cenimy Pana, wpływa na to, w jaki sposób On daje się nam poznać

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
Wiele lat temu pełniłem funkcję Dyrektora Wykonawczego dużej szkoły biblijnej i bardzo lubiłem spotykać się ze studentami. Zajęcia trwały od 8:00 do 12:00, po czym w biurze zwykle czekało kilku studentów, którzy chcieli ze mną porozmawiać. Bardzo często nie byłem w stanie zjeść obiadu przed 14:00, a czasem jeszcze później, ponieważ jedno spotkanie potrafiło trwać dwie godziny lub dłużej – studenci otwierali przede mną swoje serca, szukając rady, mądrości, modlitwy albo słowa od Pana.

Pewnego dnia moja sekretarka uznała, że poświęcam studentom zbyt wiele czasu, i powiedziała: „Wiesz, John, ci studenci przychodzą tutaj i zajmują godzinę albo dwie twojego czasu, a ten czas mógłby być wykorzystany na ważniejsze sprawy. Pamiętaj, że zazwyczaj zarabiają najniższą krajową, więc wydaje im się, że godzina twojego czasu jest równa godzinie ich czasu. Tymczasem jedna godzina twojej pracy wpływa na setki, a nawet tysiące ludzi. Może powinniśmy wprowadzić jakieś ograniczenia czasowe?”
Jej uwaga była trafna: ludzka natura sprawia, że wartość godziny czyjegoś czasu oceniamy według tego, jak cenimy własną godzinę.

Nie sugeruję przez to, abyśmy ograniczali czas spędzany na modlitwie bo jedna godzina czasu Pana ma nieskończenie większą wartość niż jedna godzina naszego czasu… Zastanawiam się raczej nad tym, jak mierzymy naszą miłość do Pana. Czy kochamy Go i cenimy za to, co może dla nas uczynić? Czy kochamy Go, ponieważ chcemy, by uczynił nas bogatymi? Czy cenimy Go ze względu na najbardziej palącą potrzebę naszego życia w danym momencie? Czy też kochamy Go po prostu czysto, z naszego ducha, bez ukrytych motywów?

Widziałem chrześcijan prowadzących bardzo grzeszne życie, którzy potem dziwili się, że Pan nie działa w ich sprawie. Widziałem ludzi, którzy głęboko oddawali się uwielbieniu, a potem włączali film pełen przekleństw i nadużywania imienia Pańskiego, po czym zastanawiali się, dlaczego nie słyszą Jego głosu. Widziałem chrześcijan używających imienia Bożego nadaremno – mówiących „O mój Boże” – a potem dziwiących się, że nie są wrażliwi na Jego prowadzenie i wskazówki. Jeśli nie odczuwamy w naszym duchu tego zasmucenia, gdy grzeszymy, to jak możemy oczekiwać, że będziemy odczuwać Jego obecność i kierownictwo?

Potrzebna jest prawdziwa ocena naszego serca. Jezus powiedział w Mk 4:24:
Baczcie na to, czego słuchacie; jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą, i jeszcze wam przydadzą”.

Continue reading

Ewangelizacja to nie to, co myślisz – część 2

John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
Paweł pozyskał dla Pana wielu ludzi. Jak to robił?
Mówiłem już, jak Ewangelia rozprzestrzeniała się poprzez pięć sfer relacji, dzięki którym przeciętny człowiek mógł przyprowadzić kogoś do Jezusa, takich jak rodzinę, przyjaciół, sąsiadów, współpracowników oraz tzw. „człowieka pokoju”. Paweł natomiast najczęściej pozyskiwał ludzi właśnie poprzez „człowieka pokoju”, zaczynając od synagog, w których gromadzili się ludzie, którzy już wierzyli w Boga Izraela.

W Dz 17:1–2 czytamy, że gdy Paweł opuścił Filippi i przybył do Tesaloniki:
„…gdzie była synagoga żydowska. A Paweł, według zwyczaju swego, wszedł do nich i przez trzy sabaty rozprawiał z nimi na podstawie Pism, wyjaśniając i dowodząc, że Chrystus musiał cierpieć…” (Ten schemat widzimy wielokrotnie: Dz 13:5, 14–15; Dz 14:1; Dz 17:1, 10, 17; Dz 17:4; Dz 18:4–8; Dz 18:19; Dz 19:8).

Wzorzec powtarzający się w służbie Pawła
Najpierw udawał się do tych, którzy już wierzyli w Boga Izraela. MY często myślimy, że ewangelizacja polega na docieraniu do ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o Jezusie – i rzeczywiście, oni też tego potrzebują. Ale nie to było główną praktyką Pawła. On szukał ludzi pokoju – ludzi, którzy go akceptowali, ponieważ był Żydem i wierzył w Boga Izraela i WTEDY dzielił się z nimi Jezusem.

Jedyny raz, gdy udał się do ludzi nie wierzących w Boga Izraela, opisany jest w Dz 17:15–34, na Areopagu w Atenach, gdzie głosił Jezusa wśród pogańskich Greków. W dużej mierze został tam odrzucony – poza kilkoma osobami, o czym mówi werset 34. Zwróćmy uwagę, że nie istnieje żaden list Pawła do Kościoła w Atenach. To daje do myślenia.

Współczesnym odpowiednikiem jego podejścia byłoby dzielenie się wiarą z ludźmi, którzy być może przez całe życie chodzili do kościoła. Być może nie chodzili nigdy, ale słyszeli o Jezusie i akceptują ciebie – jako znajomego, współpracownika czy sąsiada. Zamiast więc czuć się potępionym za to, że nie docierasz do „zupełnych pogan”, zwróć uwagę na osobę, która ma podstawowe pojęcie o Bogu, ale jeszcze Go nie zna. Jednak zna ciebie. Pozwól jej obserwować, jak żyjesz tym, co On ci przykazał.

Continue reading