Czasem strzelamy ślepakami


09 kwietnia 2021

Czasem strzelamy ślepakami.
Ach, nie o to nam chodziło. Myślimy, że strzelamy potężną wojenną bronią, kopiąc w tyłek i wyzywając.
… lecz czasami, czasami tak naprawdę to strzelamy ślepakami.

Jezus jest dla nas wzorem tego, że w modlitwie bardziej chodzi o przemawianie do sytuacji i nakazywanie jak ma być, niż jęczenie przed Bogiem . Uczymy się nakazywać, deklarować, zamiast prosić uprzejmie. Bądź nieuprzejmie. To bardzo dobrze, niemniej problem jest w tym, że często strzelamy ślepakami.
Czytamy Ewangelie i, ach, obserwujemy, jak robił to Jezus. On rzekł – Łazarzu wyjdź! I Łazarz wyszedł. On powiedział, chcę – bądź oczyszczony i trędowaty został natychmiast uzdrowiony. Patrzymy na wzór Jezusa i robimy z tego własny wzór, lecz patrzymy tylko na pewną cześć tego wzoru, który nam zostawił Jezus – patrzymy na Żniwo, a nie na Jego pracę.

Jestem członkiem kilku grup modlitewnych. Jestem zażenowany tym, jak często w odpowiedzi na naprawdę pilną potrzebę ktoś gada coś dziwnego, niefrasobliwie nakazuje wszystkim demonom iść do piekła, z samozadowoleniem nakazuje kościom i skórze, oraz organom uzdrowienie, chętnie nakazuje to czy tamto zakańczając szczerzeniem zębów z samozadowoleniem.
Oczywiście, w rzeczywistości niewiele się zmienia. Tak naprawdę to nikt tego nie oczekiwał. Myślę, że nawet entuzjastyczny wstawiennik sam nie spodziewał się niczego. A niby dlaczego miałby się spodziewać? Tak teraz mamy, że nakazujemy współcześnie wszystko, a nikt nie zwraca uwagi na to, że to niewiele zmienia. Król jest nagi, lecz wszyscy boją się coś powiedzieć.

Tak, wiem. Przesadziłem trochę po to, aby dojść do wniosku. Wiecie, to już trochę trwa, a co najmniej od jakiegoś czasu.

Zastanawiałem się nad tym, jak wiele z życia Jezusa jest ukryte przed dorywczym czytelnikiem jego biografii w Ewangeliach, a podejrzewam, że ma to swój cel. Jeśli tak naprawdę chcemy poznać tą tajemnicę to Pan chce, abyśmy ją sami odkryli sami, wykonali lekcję i doprowadzili do tego, że ta wiedza będzie należała do nas.
Ewangelie żywo opowiadają nam Jego heroiczne świadectwa, o tym jak uzdrowił tego, wzbudził z martwych tego, a to wszystko przed obiadem i bez kropli potu.

Jest to wspaniałe, świetliste i łatwo chwyta naszą uwagę, lecz jest to tylko finał, my zaś tracimy z oczu początek i środek. Myślę, że jeśli nie idziemy za pełnym przykładem Jezusa, tj. początkiem, środkiem i końcem, to prawdopodobnie nie osiągniemy tych rezultatów, które miał Jezus.

Od dłuższego czasu jestem zaangażowany w duchową wojnę, mamy przyjaciół, którzy tkwią w tym znacznie bardziej ode mnie, jednych z większymi sukcesami, innych z mniejszymi. Ostatecznie, myślę, że Winston Churchill mógł mieć w tym rację: „Wojna wymaga krwi, potu, mozołu i łez” – a uzdrawianie chorych, wzbudzanie martwych są aktami wojny. Nie chodzi tu o łatwą deklarację zwycięstwa i posuwanie się dalej.

Myślałem ostatnio o sprawie odpocznienia. Bóg stale zaprasza swych ludzi do miejsca odpocznienia. Nie chodzi o nic nierobienie, lecz o miejsce, z którego robi się wiele, lecz w Jego odpocznieniu. Myślę, że jest to nieco obca koncepcja dla większości z nas, choć nie tak było dla Jezusa. Wydaje się, że On bardzo dużo pracował z miejsca odpocznienia. Zaczynam uczyć się tej cechy.
Jezus zawsze uciekał do Ojca, no tak, mamy swój „cichy czas” i to jest wspaniały początek, lecz wygląda na to, że Jezus czasami spędzał całe noce na modlitwie. Całą noc, aby poznać, co Ojciec robi i myśli.

Rzeczywiście, pewnego razu spędził sporą część nocy na modlitwie i była to ciężka praca. Pocił się krwią. Mówimy o tym w związku z Wielkanocą, lecz on powiedział: „Pozostawiłem wam przykład tego, że powinniście robić to, co ja zrobiłem dla was”. Paweł mówił to samo: „Stało się to przykładem i zostało napisane jako ostrzeżenie, dla nas, którzy jesteśmy u schyłku wieków”.

Nie chodzi mi o to, że krew jest znakiem solidnego życia modlitewnego, mówię, że, jeśli aspirujemy do ogłaszania z tą sama mocą, z którą deklarował Jezus, konieczna jest praca, ciężka praca.
Myślę, że jest jeszcze jedna tajemnica, której musimy się trzymać. W 5 rozdziale Ewangelii Jana jest ona pokazana: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, nie może Syn sam od siebie nic czynić, tylko to, co widzi, że Ojciec czyni; co bowiem On czyni, to samo i Syn czyni” (5:19).

Ostatnią tajemnicą (na tą chwilę) zdumiewającej skuteczności Jezusa było to, że czynił wyłącznie to, co widział, że Ojciec czyni.
Mnóstwo naszych niepowodzeń bierze się stąd, że ogłaszamy różne rzeczy, które są w naszym sercu i umyśle, a które nie należą do tych, które czyni Ojciec. Mogą to być te rzeczy, które chcielibyśmy, aby On czynił, to co nam się wydaje, że On chce czynić, czy też to, co my sami chcemy i po prostu dodajemy do tego imię Ojca.

Jest to zupełnie coś innego niż widzenie tego, co Bóg czyni, czy widzenie sytuacji – rzeczywiste zobaczenie jej! – w zakończonym stanie i następnie nakazywanie rzeczywistości, aby dostosowała się do tej wizji.
Trudno jest się przyznać do tego, jednak w jakiś sposób musimy oddzielić nasze pragnienia od Jego pragnień, oddzielić duszę od ducha, po to, aby działać tak, jak działał Jezus.

Jestem wdzięczny za to, że wzrastamy w Nim. Będziemy zmieniać ten świat. W Nim.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.