Fajne chrześcijaństwo – Rozdział 1

„COOL” CHRISTIANITY ODPOWIEDNIK CZY KOMPROMIS?

Copyright (c) Andrew Strom, 1998. – można swobodnie ściągać, kopiować, kserować tą książkę. Jeśli jednak chciałbyś ją wykorzystać w jakiś inny sposób (publikacja) w całości czy fragmencie – wszelkiej innej formie, należy najpierw otrzymać na to zgodę autora

Spistreści :

WSTĘP

“FAJNE CHRZEŚCIJAŃSTWO” – CO TO TAKIEGO?

Rozdział 2.Czy kryzys młodzieży chrześcijańskiej?.

Rozdział 3.Scena chrześcijańskiej muzyki.

Rozdział 4.Na świecie, lecz nie ze świata.

Rozdział 5.Pokolenie ‚X’ – Stracone dzieci.

Rozdział 6. Dominujące kłamstwo.

Rozdział 7.Nadchodzące “uliczne przebudzenie”.

Rozdział 8.Pokonać Goliata

Rozdział 9.Zakończenie – myśli.

Zalecane do dalszych studiów tematu.

Referencje i źródła cytatów

WSTĘP

Pamiętam, jak kilka lat temu kręciłem video klip dla lokalnego chrześcijańskiego zespołu stojąc na scenie i nagrywając jak dzieciaki podskakują i drepczą w tak muzyki. Cały czas miałem przekonanie, że to jest wspaniałe – w końcu chrześcijaństwo stało znalazło swój odpowiednik do młodzieżowej kultury naszych dni i nie był to odosobniony przypadek. W rzeczywistości dzięki mojej działalności w zarządzaniu chrześcijańskim zespołem i przy promocji koncertów byłem świadomy tego, że istnieje potężna część młodzieżowej chrześcijańskiej kultury, która była bardzo oddana szaleńczemu „imprezowaniu” oraz alternatywnej modzie niemal całym swoim chrześcijańskim życiem. W końcu, czyż taki „odpowiednik” nie był jedynym sposobem, dzięki któremu mogliśmy dziś zdobyć tych młodych ludzi?Od tej pory cały ten duch „chrześcijańskiego imprezowania” w ciągu roku rozrósł się i rozlał na całe pokolenie chrześcijańskich zespołów, które były całkiem szczęśliwe mogąc zaspokajać imprezowe zachcianki swoich młodych fanów. Faktycznie można było powiedzieć, że całe pokolenie chrześcijan (poniżej 35 roku życia) wzrasta obecnie w wierze, że jest to „normalne” i zdrowe chrześcijaństwo.

Oboje zżoną byliśmy muzykami przez wiele lat i zaczęliśmy naszą własną chrześcijańską alternatywną grupę mniej więcej w tym samym czasie (około pięciu lat temu) z wyraźnym celem dostania się do świeckich klubów i grania tam naszej muzyki. Jednak, żeby to osiągnąć, wiedzieliśmy o tym, musieliśmy „wyciszyć” teksty,zatuszować biblijne odniesienia itd. W tamtym czasie ja sam nie miałem z tym żadnego problemu. W końcu znaliśmy wiele innych zespołów, które robiły to samo. Były też i takie w kolejce chrześcijańskich zespołów, które nigdy (bądź prawie nigdy) nie mówiły o tym, że narodził się Jezus. No i tak osiągnęliśmy sukces, którego tak bardzo pragnąłem, grając w świeckich klubach. Pytanie: „Gdzie w tym wszystkim jest Bóg?” nigdy nie przeszło mi przez myśl w tym czasie.

Zajęło Bogu sporo miesięcy (a mnie potrzeba było serii mniejszych nieszczęść), aby mnie wyhamować na tyle, abym mógł usłyszeć, co On usiłował do mnie powiedzieć.

Gdy w końcu pozyskał całą moją uwagę to już nie potrzeba było wiele, aby zaczął punktować motywacje stojące za tym, co robiłem. Stało się dla mnie niemal natychmiast oczywiste, że w samym sercu tego wszystkiego, co robiliśmy leżała jedna, ogromna i śmiertelna zasada: KOMPROMIS! Faktycznie, właśnie to było istotą wszystkiego, co robiliśmy.

Jak można sobie łatwo wyobrazić, gdy Bóg pokazał mi to tak wyraźnie, byłem zrujnowany. Byłem oddanym chrześcijaninem od wielu lat, studiowałem historię przebudzeń i wierzyłem, że trzeba coś zrobić, aby zdobyć młodych ludzi, lecz oto okazało się, że uległem kompromisowi, aby przebić się z muzyką i wiedziałem dobrze, że znaczna część kościelnych służb młodzieżowych zmierzała w tym samym kierunku tyle, że różnymi sposobami. W końcu wróciliśmy do grania muzyki w zespole (i nadal jesteśmy GŁOŚNI!), lecz teraz jest już zupełnie inaczej. Więcej na ten temat będzie dalej.

Tę książkę napisałem, aby podjąć się odpowiedzi na kilka pytań, które, jak wierzę, są najważniejsze jeśli chodzi o współczesną służbę wśród młodzieży i chrześcijański przemysł muzyczny.

Wierzę, że generalnie zachodni kościół zmierza w dół ścieżką, która jest tak chora i obfitująca w niebezpieczeństwa, że ma potencjalne możliwości, aby podkopać wszystko, za czym stoi historyczne chrześcijaństwo. Dzisiejsza młodzież to w przyszłości liderzy. Jakiego więc chrześcijaństwa uczą się oni w praktyce w dzisiejszym środowisku i co osiągnęliśmy jeśli naszą zdobyczą jest chrześcijaństwo, które jest cool, lecz wychowaliśmy pokolenie, które nie wie niczego o głębokim szukaniu Boga? Czy jest jeszcze miejsce na „branie krzyża” i „umieranie dla siebie” wraz ze światowością, hedonizmem i cielesnością? Czy Bóg jest wielkim zabawnym „imprezowiczem”, czy też oczekuje On od nas czegoś więcej niż hedonistycznej płycizny? Czym jest dziś właściwie stawanie się dzieckiem i czego Bóg od nas oczekuje w tej dziedzinie? Te wszystkie pytania oraz wiele więcej zostaną w omówione na następnych stronach.

Andrew Strom

Rozdział pierwszy

“FAJNE”
CHRZEŚCIJAŃSTWO – CO TO TAKIEG?

Zanim przejdę do tego trochę kontrowersyjnego tematu, chciałbym powiedzieć nieco więcej o sobie i moim wychowaniu. Jak już mogliście się zorientować ze wstępu do tej książki, prawdopodobnie nie mógłbym być zaliczony do ciasno myślących czy też „konserwatywnych” chrześcijan. W rzeczywistości jestem przekonany, że pewna miara radykalizmu jest konieczna, aby dzisiejszy kościół doprowadzić do takiego stanu, w którym będzie on miał rzeczywisty wpływ na świat i przyniesie chwałę Bogu. Naprawdę wierzę nie tylko w potrzebę prawdziwej pokuty i przebudzenia w kościele, lecz również w gruntowną „Reformację”, aby dzisiejszy kościół mógł stać się tego rodzaju zagrożeniem dla diabła, którym miał zawsze być. Jestem współczesnym, długowłosym muzykiem i wierzę, że oryginalne przesłanie ewangelii musi być związane z każdym nowym pokoleniem.

Niemniej jednak, powiedziawszy to, muszę również dodać, że ostatnimi czasy głęboko jestem zaniepokojony większością tego, co nazywamy „odpowiednim” w kościele, a co faktycznie jest czymś więcej niż „łykiem” światowości, kompromisu, desperackiej próby zrobienia wrażenia na świecie, bardziej w ich własnych, płytkich, hedonistycznych terminach, niż czymkolwiek pobożnym.

W 1993 roku dobrze znany ewangeliczny kaznodzieja John MacArthur wydał książkę zatytułowaną „Zawstydzony Ewangelią” (z podtytułem: „Gdy kościół staje się podobny do świata”).  Oczywiście, ponieważ zostało to napisane przez znanego Konserwatystę, wielu nowoczesnych przywódców może z łatwością pominąć wgląd i ostrzeżenia zawarte w tej książce. Lecz kiedy sam przeczytałem ją ostatnio po raz pierwszy, odkryłem, że w cięty i skuteczny sposób demaskuje wiele z tego, co się dzieje dziś w chrześcijaństwie. Pisze w niej autor: „Tradycyjna metodologia – najczęściej zauważalne kaznodziejstwo – jest odrzucane lub bagatelizowane na rzecz nowych środków takich jak pantomima, taniec, komedia, rozmaitość, uboczne pokazy, pop-psychologia i inne rozrywkowe formy… W ciągu poprzednich pięciu lat, niektóre z największych amerykańskich ewangelicznych kościołów wprowadziły światowe sztuczki, komedie slapstkickowe, wodewile, pokazy zapasów, a nawet imitację striptizu, aby przyprawić swoje niedzielne nabożeństwa. Wydaje się, że żaden rodzaj dzikich harców nie jest zbyt oburzający, aby go nie można było wprowadzić do świątyni. Bardzo szybko burleska staje się liturgią pragmatycznego kościoła”.

Wielu chrześcijan czytając to może
zapytać:

A cóż w tym złego? Cóż złego jest w zabawieniu ludzi po to, aby zabiegając o ich względu doprowadzić ich do Królestwa?

Wydaje się, że jest to właściwe pytanie, lecz chciałbym podnieść inne kwestie, które osobiście wydają mi się jeszcze bardziej adekwatne:

Jaki ma to wpływ na naszą ewangelię, nasze ogólne przesłanie i styli życia chrześcijan, gdy zaczynamy skupiać nasze zgromadzenia bardziej wokół przedstawień niż ostrej jak brzytwa duchowej prawdy? (Oczywiście to młodzież jest dziś najbardziej poddana wpływom tego).


Jaki ma to skutek, gdy zaczynamy używać technik marketingowych i robić muzyczny szum, aby „sprzedać” Jezusa, zamiast historycznej ewangelicznej prawdy,?


Czy jest to bezbolesna zabawa, czy też jest to część trendu, który podkopuje każdą prawdę ewangelii, za którą chrześcijanie walczyli i umierali w poprzednich stuleciach? (Proszę, pamiętajcie, że piszę to jako ktoś, kto był w tym wszystkim od wewnątrz zaangażowany)

Wydaje się, że dziś, w wielu kościołach jest już zbyt „pozytywnie” (w nowoczesnym TV-marketingowym sensie tego słowa), aby podkreślić krzyż, głęboką pokutę, świętość, „śmierć siebie” i te wszystkie mięsne składniki podstaw chrześcijaństwa, które Nowy Testament zaznacza nieustannie.Zmieniliśmy zatem wszystko (nawet samą istotę ewangelii), aby wpasować się w ducha wieku, w którym żyjemy.  „Dochodzimy do wniosku, że ludzie nie chcą być faszerowani tym całym negatywizmem „grzechu”. Lepiej będzie, jeśli będziemy głosić tak, aby ich zdobyć w pozytywny, nowoczesny sposób”.Stąd też epidemia kaznodziei, którzy co tydzień coraz bardziej przypominają telewizyjne reklamy: „Przyjdź do Jezusa, On uczyni cię szczęśliwym, On spełni pragnienia twojego serca, On pocieszy cię, On sprawi ci satysfakcję, itd., itd., itd.”.Nie ma tutaj niemal różnicy w stosunku do tkliwości wyrażanej w przeciętnej reklamie pasty do zębów, lecz najbardziej alarmujące w tym wszystkim jest to, że zdaje się, iż wielu kaznodziejów nie przejęłoby się, nawet gdyby nie było. Nie są w stanie dostrzec tego, jak ogromy wpływ takie „marketingowe” podejście ma na samą naturę i zawartość ewangelii, którą głoszą, a zatem na życie chrześcijan wokół nich. Wydaje się, że ich postawa wyraża się w:

Cokolwiek doprowadzi ich do drzwi, jest według mnie OK.

Jest to takie samo podejście, jakie doprowadziło do kryzysu kolosalnej ilości współczesnych młodych chrześcijan.

Jak już powiedziałem, dziś ten błąd wlewa się do kościoła pod pozorem „odpowiedniości”.W imieniu „odpowiedniości” śpieszymy się usiłując sprawić, aby nasza muzyka była „fajna” (cool), nasz styl przewodzenia był „fajny”, nasza ewangelia była „fajna’ i nasze młodzieżowe działania były „fajne” itd., itd., itd. – cały wysiłek jest wkładany w to, aby przyciągnąć świat na jego własnych warunkach. Nic z tego nie pochodzi od Boga, wcale. Niemal całkowicie opiera się to na „cielesnym ramieniu”. Jest to tylko  światowość i kompromis w nowej w bardzo subtelnej (a jednakśmiertelnej) formie.

Wydaje się, że zamiast być „bardziej święci niż oni” teraz oczekuje się, że będziemy „fajniejsi od nich”. Cały nasz wysiłek jest skierowany na przekonanie świata, że chrześcijaństwo jest równie fajne, jest równie płytką zabawą i równie zabawne, jak to, co ma do zaoferowania świat. Aby więc to udowodnić musimy zabawiać i zabawiać, i zabawiać. Czujemy, że musimy stać się tacy jak świat, aby zrobić na tym świecie wrażenie i to na jego własnych warunkach. Trzeba, zatem, aby nas widziano w modnych (czy jeszcze lepiej „wyskokowych” bądź alternatywnych) ciuchach. A spotkania naszej młodzieży stają się wymówką do „imprez”. Nasze prezentacje stały  się zabawami z multimedialnymi ekstrawagancjami, a to wszystko po to, aby dorównać lub prześcignąć w świat w byciu cool. To dlatego można zobaczyć ‘krzykliwe’ głowy, wściekłe tańce oraz skakanie po scenie i to na naszych młodzieżowych  koncertach- które dopasowywane są do bezmyślnych, hedonistycznych warunków świata. “Bardziej miłują rozkosze niż Boga”. Jak powiedziano, fajna duma, światowość i bunt i to wszystko w imię “dopasowania”.

PO PROSTU WE WSZYSTKIM TAK JAK ŚWIAT. Czy brzmi to dla ciebie jak Bóg?

Oczywiście wielu z tych, którzy promują (często nieświadomie) „fajne” podejście ma wyłącznie jak najlepsze intencje. Widzą to, że chrześcijaństwo nie jest już w społeczeństwie tą siłą, którą powinno być, że kościół jest w dużej mierze wyśmiewany i wykpiwany jako nie liczący się w dzisiejszym świecie. Skoro tak, podświadomie usiłują zając się tym, robiąc swoje chrześcijaństwo „fajnym” na światowych warunkach. Niestety, wielu z tych „fajnych” chrześcijan nie zdaje sobie sprawy z tego, że aby wywrzeć wrażenie na świecie na tych warunkach, musza iść na kompromis z najbardziej żywotnymi elementami nowotestamentowego chrześcijaństwa. Podobnie jak kiedyś ja sam, nie zdają sobie sprawy z tego, aż do chwili, gdy jest już za późno. A do tej pory, światowe wartości zaleją kościół. Faktem jest, że to właśnie to, co jest INNE w chrześcijaństwie czyni je tak atrakcyjnym (jeśli kościół wykonuje swoje zadanie właściwie), a nie to, co jest takie samo jak w świecie. Niemniej z tego, co widać obecnie w kościele, musimy dojść do wniosku, że duch tego wieku coraz bardziej i skuteczniej przejmuje dominowanie nad przesłaniem kościoła i już samo to nie może być dalej kontynuowane.

Historia pokazuje w wyraźny sposób, że jeśli diabeł nie może związać ani zwieść kościoła spychając go w skrajności jednego kierunku, to z radością zrobi to popychając go w przeciwną stronę. Jeśli nie może związać kościoła legalizmem i duchową pychą (tj. kwasem faryzeuszy) to być może bardziej skutecznym sposobem będzie skrajna duchowa „rozwiązłość”, zrzucenie zahamowań itp. Wierzę, że właśnie to dzieje się przez ostatnie 15 lat w sporej części zachodniego kościoła (szczególnie w ewangelicznych, charyzmatycznych i „trzeciofalowych” kręgach). Lata siedemdziesiąte były okresem ciężkiego, autorytarnego przywództwa i legalizmu w wielu kościołach (z nauczaniem o „przykryciu – poddaniu itd.), lecz w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych niebezpieczeństwa legalizmu, dominacji pastorskiej, duchowej pychy zostały obnażone sporej części chrześcijaństwa (szczególnie wśród młodzieży) i pojawiło się nowe niebezpieczeństwo, przechylenia w przeciwną stronę, co jest równie śmiertelne jak wykazuje wyraźnie historia.

Wierzę, że w ostatnich latach wielu młodych chrześcijańskich przywódców zasadniczo zareagowało przeciwko staremu surowemu stylowi przywództwa i w zamian poszli w przeciwną skrajność, tzn. stali się nadmiernie życzliwi, całkowicie anty-autorytarni, chcąc być postrzegani jako otwarci, odjazdowi, dynamiczni i w ten sposób słowo „autorytet” stało się nieczyste. Jak zwykle stworzyło to ogromną próżnię rzeczywistego autorytetu, którą diabeł wykorzystał szybko. Jak już powiedziałem, owoce nowoczesnego, „fajnego” chrześcijaństwa to: światowość, bunt, kompromis, duszewność, cielesność itp.

Pismo: „usiedli, aby jeść, pić i powstali, aby się bawić” w ostatnich latach stało się bardzo właściwe dla wielkiej grupy nowoczesnych kościołów. Wielu z naszych młodych ludzi nigdy nie poznało niczego poza płytkim chrześcijaństwem „dobrego czasu”. Często można ich spotkać szalejących na nowoczesnych młodzieżowych imprezach i koncertach, nie dlatego, że pasjonują się głębokim uwielbieniem dla Boga, lecz raczej dlatego, że cieszą się płytkim „brzęczeniem” muzyki itd. Bardzo wyraźnie widać, że ta „fajna” rzecz pochodzi z „ducha tego świata”, a nie od Boga. To nie młodzi poddali się temu płytkiemu „imprezowemu” duchowi. Wyraźnie widać, że to wielu z pośród starszych oddało mu się. Każdy kto sprzeciwia się temu „imprezowemu” naciskowi w kościele, wkrótce zostaje z uśmieszkiem określony jako „legalistyczny” lub osądzający. Podobnie jak młodzieży lat sześćdziesiątych, mówi się nam, aby „popuścić” (jeśli dobrze się z tym czujesz, rób to) itp. Mówi się nam, że robiąc to wyłamujemy się z tradycji i religii, lecz, jestem o tym przekonany, w zasadzie to wszystko jest zamianą jednego zestawu duchowych łańcuchów na inny. Pamiętajcie o tym, że piszę to sam jako całkiem „liberalny” współczesny muzyk. Zupełnie nie jestem przeciw rockowej muzyce, młodzieżowej kulturze, lecz jestem zdecydowanie przeciwko rodzajowi płytkiego „popuszczania hamulców”, co widzimy we dzisiejszym kościele. To może prowadzić tylko do głębokiego duchowego zwiedzenia.

To zielonoświątkowy pionier, Frank Bartleman, lamentował nad wczesnym ruchem zielonoświątkowym: „Gdy ruch zaczął rezygnować z tego, w co wierzył, nastał czas budowania coraz wyższych platform, noszenia coraz dłuższych płaszczy, organizowania chórów i wprowadzania zespołów strunowych, aby „ożywić” ludzi. Powrócili znowu królowie do swoich tronów i odrestaurowano suwerenność. Nie byliśmy już więcej „braterstwem”. Potem rozmnożyły się podziały….” Jak mądrze stwierdził Samuel Chadwick: „Religia zwykłych emocji i uczuciowość jest najgorszym przekleństwem, jakie może się ludziom przydarzyć”.

Było faktycznie takie proroctwo w czasie przebudzenia na Asuza Street w 1906 roku, które mówiło, że: „w czasach ostatecznych Wielki Ruch Zielonoświątkowy doświadczy trzech rzeczy: 1) będzie nadmierny nacisk na moc, zamiast na prawość; 2) będzie nadmierny nacisk na uwielbienie, dla Boga, do którego już się nie będą modlić; 3) będzie nadmierny nacisk na dary Ducha Świętego, zamiast na Panowanie Chrystusa”.

Wyraźnie ta prawda jest w tragiczny sposób widoczna dla wszystkich i to właśnie młodzież przeważnie najbardziej odczuwa upadek Laodycejskiego kościoła (choć nie zdają sobie z tego sprawy).

Mam nadzieję, że dla tych, którzy zastanawiają się dlaczego wielu popularnych chrześcijańskich muzyków bardziej chce być postrzeganych jako goście, którzy są „cool” niż rozmawiać o szukaniu Boga (z pewnymi wyjątkami), powyższy tekst dał pewne zrozumienie tego zjawiska. Kościół przegrywa bitwę o serca i umysły dzisiejszej młodzieży a nawet ci, których mamy, często nie są zachęcani czy nauczani prawdziwej Chrystusowej DYSCYPLINY, lecz raczej zwykłego przylgnięcia (często również tylko z nazwy). Diabeł wyrywa nam grunt pod nogami a duch tego wieku dominuje w kościele, czujemy więc, że musimy dostosować się do światowych wzorców stając się „centrum rozrywkowym” (jak każdy świecki klub czy grupa) po to, aby przyciągać członków. Czy coś takiego robił pierwszy kościół? Czy właśnie tego naprawdę chce Jezus?

продвижение и раскрутка сайтов в москве

[Głosów:10    Średnia:4.9/5]

7 comments

  1. Raczej sobie tego nie wymyśliłem. Muszę sprawdzić na stronie autora z oryginałem.

  2. To jest cena ,którą płaci się by być „fajnym „przywódcą.
    Ludzie ukochali bardziej od Prawdy ludzką chwałę,poddając się modzie tego świata.
    A ponieważ nie posiadają w sobie Bożego Ognia, przestali być „solą ziemi”
    Już w latach 80-tych,gro przywódców „popuściło” w sprawie świętego życia.
    Nie potrzebna im była Boża obecność, gdy otrzymali stopnie naukowe w swoich uczących raczej religii niż wiary uczelniach.
    Tak wyparli się Mocy Bożej z Jej nadnaturalnym działaniem w sercach grzeszników, zamieniając Ją na cielesne „współczucie jakie zaczęli okazywać nowym członkom”kościołów” bez wprowadzenia ich w sferę „nowego narodzenia z Wody i Ducha.
    Zyskano za to poparcie, wzrost ilości zaczął górować nad jakością.
    Uzależnienie bycia lub nie bycia przywódcą od ilości członków pogłębiło niestety sferę cielesności, a z biegiem czasu diabelskiej obecności w kościołach.
    Dzisiaj nowoczesna muzyka pełna mocy liczonej w watach,a nie w ilości ludzi zbawionych, ochrzczonych w Duchu Św czy uzdrowionych Mocą Bożą, stawia wielebnych przywódców na piedestale „świątyni postawionej na piasku.
    A ulewa?
    Przyjdzie wnet, a ludzie zgromadzeni w takich kościołach popłyną z nurtem światowego trendu.
    Najedzeni, skaczący w rytmie rocka z przekonaniem ,że żyją dla Bożej Chwały, popłyną szeroką ścieżką tam gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów.
    Czy to jest zadanie jakie miał realizować Kościół Boży po odejściu Jezusa do nieba?
    A jesli nie ,to czyimi sługami są ci ,którzy pozwalają na świat w Kościele?

  3. Każda skrajność jest zła, ta zaprezentowana tutaj, oczywiście zgryźliwie, również. Zupełnie nie o to chodziło autorowi, abyśmy przeginali pałę w drugą stronę, ani raczej nikt już na takie skrajności nie pójdzie, a że jest źle tak, jak jest, to chyba każdy, kto ma oczy do patrzenia, widzi.

  4. precz z fajnym chrześcijaństwem! Załóżmy włosiennicę i zacznijmy się biczować codziennie i wyjdźmy na słup jak szymon słupnik a będziemy szczęśliwi

  5. Sporo go już jest :). Niektóre teksty w innych kategoriach pochodzą z jego listy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.