Odkrywanie Bożej woli, Bożej drogi

Pilgrimgra,

Rozmawiałem ostatnio z przyjacielem na temat, „znajdowania swego życiowego celu w Bogu”.

Jest to całkiem trudne, prawda? Chcemy znać swoje powołanie, chcemy wykorzystać swoją energię tam, gdzie to będzie przydatne, a nie tam, gdzie nie. Dość często, czytając na przykład przypowieść o talentach, czujemy silne pobudzenie w tej sprawie. Czasami, wydaje się, jakbyśmy plątali się we mgle, zamiast faktycznie zmieniać świat, a każdy z nas, czy przyznajemy się do tego czy nie, chce mieć wpływ na ten świat.

Znęcałem się nad tym tematem raczej sporo. Dorastałem czytając historie z książek typu „Boży przemytnik”, gdzie herosi słyszeli jak Bóg mówi: „Idź i zrób to!”, szli i robili, i działy się tam cuda. Chcę taki być: tym, który wchodzi na drogę pewności Bożego prowadzenia i cudownego zaopatrzenia.

Znam ludzi, którzy otrzymali prorocze słowo bardzo ich przerastające czy wizję czegoś wielkiego i skutecznego, bądź zwykłe pragnienie czegoś „więcej” w jakiejś szczególnej dziedzinie pracy z Bogiem.

Chcemy, aby Bóg to wykonał. Oto problem: nie jestem pewien, czy jest to realistyczne oczekiwanie.

Obserwuję już przez kilka dziesięcioleci ludziska wokół mnie, jak dojrzewają w Chrystusie i myślę, że odkryłem kilka trendów. Oczywiście, są tacy, którym tak naprawdę nie zależy na osiągnięciu swego celu w Bogu. Ot, po prostu plączą się w kółko na takim czy innym poziomie zadowolenia, uczestnicząc w konferencjach, narzekając na trudności, konsumując różne zasoby i tak naprawdę nie wpływając na świat wokół nich. Nie o nich dziś będę mówił.

Myślę, że między tymi spośród nas, którzy są zainteresowanie tym, co Bóg dla nich planują, widzę trzy obszerne kategorie:

a) Słudzy: ci, którym Bóg dał dobrą mapę i prowadzi ich po drodze do mety, czasami krok po kroku. Ci ludzie często mają zdumiewające historie do opowiadania o Bożym prowadzeniu. Szczerze mówiąc podejrzewam, że ci goście zapraszają niedojrzałość (słudzy proszą o zgodę, synowie nie za bardzo), lecz wydaje się, że są w tym dojrzali, choć, ja osobiście nie znam zbyt wielu dojrzałych świętych w tej kategorii.

b) synowie: ci, którzy mają pobieżną ideę swego powołania i znają swego Ojca, więc ruszają biegiem i robią te rzeczy, które są spójne z ich powołaniem. Przeważnie więcej o swoim powołaniu dowiadują się po drodze.

Do tej kategorii należał apostoł Paweł. Czasami Bóg dawał mu sen („Idź tam!”), ale przeważnie po prostu szedł. Zakładał kościoły wszędzie, gdzie poszedł, ponieważ taki właśnie był. Znam apostoła, który zakłada kościoły i biblijne szkoły na trzech kontynentach i mówi, że Bóg nie powiedział mu w żadnym przypadku, aby to zrobił. Takie jest jego powołanie, więc uruchomił do tej pory setki kościołów i dziesiątki szkół biblijnych, będąc po prostu tym, do czego go Bóg stworzył.

c) Użyteczni: Jest mnóstwo takich, którym trudno byłoby określić swoje powołanie, ale są wspaniali w „czynieniu tego, co pod ręką”. Jest jakaś potrzeba do zaspokojenia? To ją zaspokój! ZAWSZE są jakieś potrzeby wokół nas; te, które widzimy, do których jesteśmy przyciągani, które może wiążą naszą służbę, lecz poznanie swego powołania jest mniej istotne niż „troszczenie się o sprawy” wokół nas. Ci ludzie z „plątania się we mgle” robią skuteczną służbę!

Spędziłem dziesięciolecia jako jeden z takich ludzi i wydawało się to całkiem dobrze funkcjonować. Odkryłem, że potrzeby, które dostrzegam, z którymi najlepiej się czuję, pasują do kategorii b), więc przeszedłem z kategorii c) do kategorii b), tylko z powodu stałego plątania się.

Plątanie Się Wokół jako Metodę Znajdowania Swego Powołanie łatwo jest zlekceważyć. Wielu z nas chciałoby, aby Bóg zastosował taki sam sposób kierowania, jaki stosuje ten świat: jasny e-mail czy instrukcja obsługi bądź przewodnik szybkiego uruchomienia. Chcemy wyraźnych, łatwych do wykonania instrukcji. Plątanie się we mgle jest niewygodne, że niech to!

Niemniej, Bóg nie robi tego zbyt często. Nawet szczegółowe instrukcje, których udzielił Pawłowi (Dz 9) były dość niewyraźne: „…mąż ten jest moim narzędziem wybranym, aby zaniósł imię moje przed pogan i królów, i synów Izraela; Ja sam bowiem pokażę mu, ile musi wycierpieć dla imienia mego”. To jest dość mętne.

Czasami Bóg daje nam wizję czy zrozumienie czegoś będącego w modzie, naprawdę dojrzałego, lecz bardzo często jest to całe mnóstwo pragnień naszego serca. Jeśli o mnie chodzi takimi są brat Andrzej i „Boży Przemytnik”, Corrie Ten Boom i „Ukryte miejsce”. W przypadku innych, Bóg mówi do nich podobnie jak do Pawła o ostatniej rozgrywce: „Taki będziesz, gdy wszystko skończymy. Czasami jest to wizja, czasami sen, bądź tęsknota, której nie można się pozbyć.

Chcielibyśmy, aby Bóg machną swoją magiczną różczką i żeby to się stało, bądź co najmniej, aby pojawiła się Mapa Skarbów z wielkim znakiem X we właściwym miejscu.

Taaaa, nie. Nigdy w życiu – ani w moim własny, ani w życiu tych, których znam bądź słyszałem o nich, nigdy w życiu kogokolwiek w Piśmie – nie widziałem, aby Bóg machał różczką i doprowadzał ludzi do tego, co widzieli w wizji czy czego doświadczyli. Nie sądzę, żebym znał kogokolwiek, komu Bóg dał przewodnik Szybkiego Rozruchu, który byłby czymś więcej niż wstępnym proroctwem, wizją, czy tęsknotą.

Tak ma się rzecz nawet z apostołem Pawłem! Bóg zwalił go z osła i oślepił na trzy dni, lecz następnie zabrał na pustynię prawdopodobnie na 17 lat, gdzie szkolił go i mentorował.

Bóg daje przelotne spojrzenie (prorocze słowo, wizję, tęsknotę, cokolwiek) na koniec tego procesu, a robi to z trzech powodów, o których mogę wam powiedzieć:

1) To spojrzenie jest jakimś celem i ma pomóc nam w podejmowaniu decyzji zmierzających do tego końcowego wyniku, i raczej nie jest czymś, co nie jest spójne z drogą, którą buduje i wyposażeniem naszego życia. W moim przypadku, na przykład, tym przelotnym spojrzeniem, tęsknotą zawsze było wyposażanie świętych i to pomogło mi w tym, abym nie skupiał się na interpretacji języków czy służbie miłosierdzia – są one ważne i cenne, lecz nie należą do mojego powołania.

2) Ma dać nadzieję: to jest miejsce, do którego Pan cię zaprowadzi, zakładając, że pójdziesz z Nim. Uważam, że w naszym dzisiejszym świecie nadzieja jest bardzo niedoceniana. Jakiś czas temu Bóg powiedział do mnie o „ogólnoświatowej służbie nauczanie o Królestwie Bożym”. Internet jeszcze wtedy nie istniał, więc trudno było sobie wyobrazić możliwość wpływu na całym świecie, lecz nadzieja na możliwość wpływania na świętych na rzecz udziału w Królestwie Bożym utrzymywała mnie przy działaniu przez pewien czas, wtedy, gdy łatwo było by przeczołgać się do domu i schować pod skałą. („Ja tego nie mogę zrobić, jest jakaś wizja dla mnie!”)

Ilustruje to główną zasadę: końcowy wynik będzie wyglądał prawdopodobnie w istotny sposób inaczej niż nasze aktualne wyobrażenia.

Myślę, że Bóg robi tak celowo, ponieważ gdybyśmy zobaczyli ten koniec zbyt wyraźnie, być może polegalibyśmy na naszych własnych umiejętnościach, aby tam się dostać, zamiast polegać na chodzeniu z Panem, aby tam dotrzeć.

3) Myślę, że jest On tak zafascynowany naszą przyszłością, że chce dzielić się nią z nami! Jak każdy dobry ojciec jest straszliwie podekscytowany tym, że może dzielić się swymi tajemnicami ze swymi dziećmi, szczególnie tymi, które mają dojrzeć i przejąć rodzinny biznes.

W Liście do Rzymian Paweł pisze: „…wszystko, co nie jest z wiary, jest grzechem…”. Gdyby więc Bóg po prostu wręczył nam Pełny Przewodnik do Twojej Ewentualnej Służby, gdy już dorośniesz” to nie potrzebowalibyśmy wiary. Moglibyśmy nawet nie dotrzeć do dojrzałości. Gdybyśmy zobaczyli nasze ścieżki do tego celu tak wyraźnie, że znalibyśmy każdy kolejny krok w tym procesie, to nasza wiara byłaby powierzchowna, po prostu szlibyśmy według tego, co widać, a nie na podstawie wiary.

A „wiara”, jak ktoś powiedział, literuje się „R-Y-Z-Y-K-O”.

Droga z miejsca, w którym jesteśmy obecnie do miejsca dojrzałej służby z naszej wizji czy proroctwa będzie wymagała ryzyka. Będzie wymagała zadawania sobie pytania: „Czy Bóg rzeczywiście to powiedział?” oraz „Czy Bóg rzeczywiście prowadzi mnie w tym kierunku?” Każdy krok na tej drodze – bez względu na to czy zrobimy go dobrze czy źle – jest ruchem w kierunku tego celu tak długo, jak długo nasze serce jest zdecydowane naśladować Go!

Poza tym, kiedy już przeczytam ostatnią księgę Biblii, dobrze zrozumiemy to, jak ważne jest (dla naszego Ojca i dla nas) być „Zwycięzcą”. Jak w ogóle można być zwycięzcą, jeśli nigdy nie ma się wątpliwości, pytań, trudności i przeciwników do pokonania?

Być może owo plątanie się w kółko we mgle nie jest takie złe? Może, mimo wszystko, jest to najlepsza, najszybsza droga do osiągnięcia celu.

Do przodu! Poprzez mgłę!

[Głosów: 5   Average: 4.2/5]

One comment

  1. Po ponad 30 latach życia w Chrystusie zaryzykuję stwierdzenie, że dzisiejszy „Kościół” niewiele obchodzi to, czy Bóg chce byśmy wykonywali w określonej chwili Jego zadanie czy nie chce.
    SYSTEM tego świata, któremu poddały się wielkie rzesze ludzi twierdzących, że należą do Chrystusa wywiera na tych ludzi presję „robienia”, „pędu”, bo to ma być miernikiem posłuszeństwa Bogu.
    I nie pamięta się już o tym, że Jezus przeżył 30 lat w cichości zanim objawił się światu.
    Bliżej nam raczej do Szawła z Tarsu, który był zawsze aktywny, niż do „wyhamowanego” przez Ducha Świętego Apostoła Pawła, wykonującego dzieło Pańskie.
    Jeśli jeszcze dodamy do tego poszukiwanie „sposobu na życie”, którym może być intratna posadka w „kościele”, otrzymamy obraz raczej Mickiewiczowskiego : ” Bez serc i bez ducha, to szkieletów ludy” niż biblijnego opisu Kościoła z Dziejów Apostolskich :

    I trwali w nauce apostolskiej i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. (43) A dusze wszystkich ogarnięte były bojaźnią, albowiem za sprawą apostołów działo się wiele cudów i znaków. (44) Wszyscy zaś, którzy uwierzyli, byli razem i mieli wszystko wspólne, (45) i sprzedawali posiadłości i mienie, i rozdzielali je wszystkim, jak komu było potrzeba. (46) Codziennie też jednomyślnie uczęszczali do świątyni, a łamiąc chleb po domach, przyjmowali pokarm z weselem i w prostocie serca, (47) chwaląc Boga i ciesząc się przychylnością całego ludu. Pan zaś codziennie pomnażał liczbę tych, którzy mieli być zbawieni.

    Tak czy owak, warto zastanowić się nad dziełem rąk swoich, czy aby ma jeszcze coś wspólnego z planem Bożym ?
    Może się bowiem okazać, że nie ma w tym Boga tylko nasze cielesne chcenie.
    Jeśli jednak jesteśmy w Nim to dzieło, które wykonujemy jest Jego dziełem, jak powiedział w swoim Słowie :
    (5) Ja jestem krzewem winnym, wy jesteście latoroślami. Kto trwa we mnie, a Ja w nim, ten wydaje wiele owocu; bo beze mnie nic uczynić nie możecie.
    Sprawdź Bracie i Siostro swoje „bycie w Nim „, a wtedy okaże się wartość Twojego dzieła !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.