W moim życiu są dwa znaki potwierdzające coś, co usiłowałem zagłuszyć, co było wciśnięte gdzieś w kąt mego umysł, a do czego muszę się teraz przyznać: starzeję się.
Pierwszy przypadek pojawił się niespodziewanie, gdy jechaliśmy z Barbarą autostradą. Słońce świeciło po mojej stronie, doskonale zarysowując mój profil. Nagle Barbara zaczęła się śmiać. W zasadzie zaczęła chichotać, co przeszło w śmiech, a ja nagle zdałem sobie sprawę z tego, że śmieje się ZE mnie.
„Kochanie, nie chcę być okrutna, lecz z czubka nosa sterczą ci włosy” – mówiła przez chichot. Pomyślałem sobie, że nic wielkiego, cóż za problem z małą „brzoskwiniową czuprynką”, w końcu jestem ssakiem. Ten obrazek szybko został strząśnięty, gdy, starając się być tak łagodną jak tylko możliwe, odpowiedziała: „Nie, kochanie, wyglądasz jak nosorożec”. Przerażony, podniosłem spokojnie prawy palec wskazujące do nosa i, faktycznie; jakiś włos sterczał prosto i wysoko, jak jakiś chwast, któremu udało się uniknąć tnącego ostrza. Dla mnie wyglądało to tak, jakbym miał na czubku nosa gigantyczną sekwoję. Zapomniałem już dokąd jechaliśmy, lecz było to jakieś publiczne spotkanie i czułem się jak nastolatek, któremu przed pierwszą randką wyskoczyły nagle widoczne dla wszystkich pryszcze.
Drugie zdarzenie miało miejsce u fryzjera. Razem z Chrisem chodzimy w mieście do salonu, gdzie pracuje fryzjerka, Viva. Zawsze jest bardzo miła dla Chrisa, który uwielbia samochodowe magazyny rozłożone w poczekalni i zawsze pozwala mu zabrać jeden z nich do domu. Tego dnia, gdy skończyła strzyżenie, zapytała:
„Czy chciałby pan, abym przycięła brwi?”
To wystarczyło. Teraz jestem już oficjalnie stary. Włosy nosorożca, brwi wymagające przycinania jak przerośnięty ogród, ostatnia fasada wmawiania sobie, że ciągle jestem młody zawaliła się jak domek z kart. Co następne? Włosy z uszu? Nie, z tym to już zmagałem się od lat. Jestem stary!

