Category Archives: Brogden Chip – artykuły

Co może być większego niż Prawda?

Chip Brogden

What Could Be Greater Than Truth?

Co się dzieje, gdy chcesz się z kimś podzielić prawdą i jesteś ignorowany? Co się dzieje, gdy nie znajdujesz żadnych otwartych drzwi, aby głosić prawdę? Po co w ogóle Bóg miałby ci dawać prawdę, jeśli nie otwiera drzwi do głoszenia jej?

Takie pytania padały od kogoś, kto, podobnie jak ja sam, spędził wiele lat jako „Marta” poirytowany dużą ilością służenia, dopóki Bóg nie powołał go na pustynię, aby siedział u Jego stóp jak Maria i po prostu słuchał. Rozumiem aż nazbyt dobrze tą frustrację spowodowaną zamkniętymi sercami i drzwiami.

Na początku mojej służby cała moja egzystencja kręciła się wokół „prawdy”. Mówienie, nauczanie, głoszenie, pisanie, ogłaszanie i obrona „tej prawdy” stanowiła całą moją koncepcję życia i służby. Jest miejsce na mówienie prawdy i rozmawianie o prawdzie. Tak, wraz z determinacją do dzielenia się „tą prawdą” nieodwołalnie pojawia się druga strona: rozeznawanie, ujawnianie, , atakowanie, krytykowanie, osądzanie, potępianie, rozszarpywanie i niszczenie wszystkiego (bądź każdego), co było uważane za „nieprawdę”. Obrona prawdy i atakowanie nieprawdy stały się wielkimi celami. Wielką przeszkodą na drodze do tego celu była niechęć do przyjmowania prawdy, o której chciałem mówić. Wywołuje to frustrację i niezadowolenie. Nie jest to sposób na szczęśliwe życie.

Myślę, że problemem jest to, że wszyscy mamy takie rzeczy, które uważamy za „prawdę”, które mogą być tylko naszą prawdą, bądź częściową prawdą, bądź w ogóle nie prawdą – a szczególnie wtedy, gdy upapraliśmy ją swoimi własnymi stereotypami, założeniami, skłonnościami, koncepcjami i uprzedzeniami. Wydaje nam się, że widzimy wyraźnie, ale Pismo mówi, że widzimy jak w matowym zwierciadle. Uważamy, że wiemy wszystko, lecz Pismo mówi nam, że widzimy tylko częściowo. Myślimy, że wiemy co dokładnie Bóg mówi, lecz Pismo mówi, że prorokujemy częściowo. To, o czym jesteśmy dziś przekonani, że jest prawdą może okazać się czymś innym, niż to, w co będziemy wierzyć za 10 lat. Pewne rzeczy, w które uwierzyliśmy, że są prawdziwe 10 lat temu, nie uważamy już za takie teraz. Nie dlatego, że prawda się zmienia (nie zmienia się), lecz dlatego, że to my się zmieniamy.
Załóżmy, że znasz prawdę. Czy zawsze istnieje obowiązek dzielenia się tą prawdą? Czy ta prawda jest na tyle wartościowa, że jest swobodnie przekazywana i powszechnie akceptowana. Czy jest taka możliwość, że robimy pewne założenia co do dzielenia się prawdą, która może być niepoprawna? Być może jest to zły czas, niewłaściwi ludzie, a może nawet my sami mylimy się. Może jest tak, że prawda jest poprawna, lecz sposób w jaki dzielimy się nią jest tak niewłaściwy, że czynimy więcej szkody niż błąd, który, jak nam się wydaje, naprawiamy i stajemy się przysłowiowym dwuręcznym młotem, którym próbujemy zabić na czyimś nosie komara. Może to my musimy spędzić więcej czasu żyjąc tą prawdą, a mniej dzielić się nią czy wyjaśniając ją innym. Być może ta prawda jest przeznaczona dla nas i wyłącznie dla nas. Być może za bardzo zainwestowaliśmy w ideę ekspertów wyspecjalizowanych w ujawnianiu wszystkiego, co złe u każdego ..
Być może jest to sposób na odwrócenie uwagi od tych rzeczy, które sami musimy poprawić.

Niemniej, cofnijmy się o krok. Co by było gdyby w ogóle nie chodziło o „prawdę”. Co może być większego od prawdy? Wracając do lekcji Dobrego Samarytanina (Łuk 10), widzimy, że istotą prawa nie jest „Kochaj Boga i dziel się prawdą z bliźnim swoim”, lecz raczej „Kochaj Boga i kochaj bliźniego swego”. Mamy kochać bliźniego i okazywać mu miłosierdzie, kimkolwiek i gdziekolwiek jest. Oczywiście, „mówienie prawdy w miłości” jest ważne, lecz jakże łatwo usprawiedliwiamy to, że (1) my znamy prawdę, (2) powinniśmy mówić o niej i (3) rzeczywiście czynimy to z miłości, a nie jakichś innych egoistycznych pobudek. Czasami najbardziej miłosierne co możemy zrobić wobec bliźniego to zamknąć usta, a otworzyć ramiona.

Jest tak dlatego, że skuteczność naszego „mówienia prawdy w miłości”nie zależy od jakości prawdy, którą się dzielimy, lecz od jakości miłości, którą demonstrujemy.

Kochanie Boga i kochanie bliźniego prawdopodobnie kwalifikuje nas do mówienia prawdy w miłości, jeśli nadarzy się okazja – lecz mówienie prawdy w miłości i doprowadzanie ich do tego, aby się z nami zgadzali, niekoniecznie jest warunkiem miłowania ich.

W rzeczywistości jeśli przewodzimy bardziej w „mówieniu prawdy” niż w „okazywaniu miłości” wtedy prawda (bez względu na to jak prawdziwa) jest zbyt często odrzucana. To, co w uszach mówiącego brzmi jak „mówienie prawdy w miłości” w uszach słuchacza często brzmi jak: „ja mam rację, ty się mylisz”.

„Mówienie prawdy” może stać się usprawiedliwieniem dla subtelnej (lub nie tak bardzo subtelnej) manipulacji, której celem jest nawrócenie kogoś do naszej własnej ciasnej opinii na jakiś temat, bądź poprawiania czegoś, co uważamy za złe, niedoskonałe czy wadliwe u kogoś innego. Podobni do tego znawcy prawa, który potrafił cytować słowo w słowo Prawo Miłości, chcąc wypróbować Jezusa . My również możemy mówić prawdę w taki sposób, aby usprawiedliwić samych siebie – „Tak właśnie wyraźnie mówi Biblia!’ czy „Bóg powiedział mi, żebym ci to powiedział, więc ja mam rację, a ty się mylisz!”
Takie wypowiedzi nie zyskają słuchacza, a raczej spowodują, że się zamknie niż otworzy.

Co gorsza, te grzmiące wypowiedzi pozwalają uniknąć ciężkiej i trudnej pracy kochania naszego bliźniego bezwarunkowo takiego, jakim jest i tak gdzie jest – bez osądzania czy potępiania, bez podejmowania prób uczenia go, poprawiania, naprawiania, przymuszania do słuchania, patrzenia czy robienia czegokolwiek – i bez względu na to czy przyjmuje nas, słucha, akceptuje, zgadza się z nami, czy nie. Tamten (prawnik?) uczony w piśmie miał „prawdę” po swojej stronie, lecz nie pojmował głębi bezwarunkowej miłości dla wszystkich, jakiej Bóg wymaga.

Każdy nasz osąd tego, co jest wadliwe w innych jest zazwyczaj wadliwy; grzeszymy nawet w tym, gdy potępiamy grzech u innych; nasze umiejętności wypatrywania pyłku w cudzym oku niezmiennie pogarszają zdolność do dostrzeżenia belki sterczącej z własnego oka. Ta raczej komiczna prawda o ludzkich sądach powinna pokazać nam, jak śmieszne i absurdalne jest sądzić bliźniego, zamiast kochać go; jest to równie komiczne jak alkoholik osądzający palacza, palacz osądzający narkomana, narkoman osądzający uzależnionego od pornografii, uzależniony od pornografii osądzający uzależnionego od jedzenia, a uzależniony od religii osądzający wszystkich tamtych jako grzeszników, a który po cichu oddaje się temu, co potępia u innych, twierdząc, że Boża łaska jest dla niego, a Boży gniew wszystkich innych.

Poświęciwszy większość swego życia na to, aby „prawda” była najważniejsza, zaczynam dostrzegać mądrość w zwykłym kochaniu każdego i pozwoleniu Bogu, aby to On się z nimi rozprawiał. Mówienie prawdy nadal jest ważne, lecz okazywanie miłości jest ważniejsze. Miłość roztapia zimne serca, otwiera zamknięte umysły i pomaga ludziom łatwiej przyjmować prawdę – zakładając, że faktycznie ją znamy i przyjmując, że faktycznie jesteśmy prowadzeniu ku temu, aby się nią dzielić. Miłość można wyrazić bez słów. Dobry samarytanin nie powiedział słowa do mężczyzny, któremu pomaga, a jednak jego działanie stało się ilustracją tego, czym jest miłość do bliźniego.

Jezus nie powiedział nam, abyśmy szli i myśleli podobnie, abyśmy szli i wierzyli podobnie, abyśmy szli i wysnuwali podobne hipotezy, lecz „idźcie i czyńcie podobnie” (Lu 10:37). Kiedy ktoś doświadcza miłości, wie o tym, a słowa nie wchodzą w drogę; gdy natomiast przeżywają jej brak, zauważają brak miłości nawet wtedy, gdy słowa są rzeczowe i technicznie prawdziwe. Być może właśnie dlatego Jezus powiedział, że świat pozna Jego uczniów po miłości, a nie po wielkich retorycznych zdolnościach czy zdumiewającej umiejętności wynajdowania błędu w ludziach i waleni ich między oczy gołą prawdą, lecz raczej „po miłości, jaką się kochacie” (j 13:35). Jeśli nie potrafimy kochać naszych braci i sióstr, to jak możemy kochać naszych światowych bliźnich/sąsiadów? A jeśli nie możemy kochać naszych światowych bliźnich to jak możemy twierdzić, że w ogóle kochamy Boga? Możemy cytować Pisma i mówić absolutne prawdy „językami ludzkimi i anielskimi”, lecz bez miłości nie będzie z tego żadnego pożytku, ot po prostu dodatkowy hałas – brzmiący cymbał i …. – który tylko zagłusza spokojny, łagodny, miękki głos Ducha.

Miłość jest najdoskonalszym sposobem, ponieważ doskonale równoważy łaskę z prawdą. Choć ja sam jeszcze nie osiągnąłem doskonałej równowagi, myślę, że krokiem we właściwym kierunku jest prowadzić w miłości, zamiast prowadzenia w prawdzie. „Prawo zostało nadane Przez Mojżesza, lecz łaska i prawda stała się przez Jezusa Chrystusa” (J 1:17). Jezus jest Wcieloną Miłością, ucieleśnioną Łaską jak i Prawdą? Dlaczego oba? Ponieważ Łaska bez Prawdy przynosi zwiedzenie, a Prawda bez Łaski – zniszczenie.

Powiedz Archipowi

Chip Brogden 

Powiedzcie też Archipowi: Bacz, abyś wypełnił posługiwanie, które otrzymałeś w Panu. …  Pamiętajcie o więzach moich”  (Kol 4:17, 18). 

Ta osobista uwaga na zakończenie listu Pawła do Kolosan zasługuje na bliższe przyjrzenie się. 
Być może w tych słowach zachęty skierowanych do Archipa znajdzie ktoś zastosowanie do własnej sytuacji. 
Służba (tak, jak zamierzona jest w Piśmie) nie była, i nie jest, związana z przywilejami, pozycji czy wyróżnioną klasą. Nigdy nie miała być zawodowym urzędem, do którego aspiruje się  w taki sposób jak szkoli się na lekarza czy prawnika.

Obecnie sytuacja jest inna niż w czasach Pawła. We współczesnym ‘chrześcijalnictwie’ służba często jest zrównywana z pozycją, wpływem, tytułem, zaszeregowaniem, specjalnymi przywilejami i najbardziej pożądaną ze wszystkich nagród: finansową rekompensatą. Niestety takie nastawienie nie jest zjawiskiem z XX wieku.  W połowie drugiego wieku po-apostolski kościół już zaczynał dzielić się sam na „duchownych” (dosł.: ministers) i „zwykłych ludzi”. Niecałe 100 lat po śmierci ostatniego apostoła, zaledwie jedno czy dwa pokolenia później, kapłaństwo wiernych zaczęło schodzić na drugi plan wobec podziału na kler/laikat, z niesłabnącą siłą do dziś. 

Przesłanie skierowane do mas jest takie, że duchowni są czymś specjalnym i należy ich inaczej traktować niż laikat. W zależności od organizacyjnej hierarchii niektórzy duchowni są nawet bardziej specjalni od innych. Ponieważ dopuściliśmy do tego, że duchowni są w specjalny sposób traktowani, ludzie którzy pragną takiego traktowania są bardziej pociągani do służby Zorganizowanej Religii. 
Sytuacja w pierwszym kościele była zupełnie inna. W tamtych czasach odpowiedzieć na powołanie do służby oznaczało zgodę na cierpienie, trudności a nawet śmierć. Dla nich przykładem był Jezus, Cierpiący Sługa. Mając świadomość, że sługa nie jest większy nad swego Pana, liczyli koszty i nie starali się o służbę z wyrachowanych pobudek. 

Ktoś taki jak Archip musiał być zachęcany do wypełnienia służby, którą otrzymał od Boga. Dlaczego? Ponieważ nie było to nic, do czego ktokolwiek mógłby ktoś dążyć sam z siebie. W pierwszym kościele, ludzie nie dążyli do służby; to służba ich goniła.
Służba nie była hierarchicznie zorganizowana i niewiele, o ile w ogóle cokolwiek, miała do zaoferowania jeśli chodzi finansową czy materialną nagrodę, nie dawała żadnej gwarancji sławy, uznania czy przywilejów. 
Jest to prawdopodobnie przyczynek do tego, że w tamtych dniach Żniwo było tak obfite, a pracowników mało. Dziś, samozwańczych pracowników jest tak wielu, że depczą całe Żniwo. Profesjonalny kler i postawa, którą to przynosi stały się dla Pana Żniwa ciężarem, a nie atutem. Zamiast być pomocą, stali się przeszkodą dla Żniwa. Dziś, zamiast raczej modlić się o to, aby większa ilość pracowników ruszyła do pracy, powinniśmy się modlić, aby cześć z nich wróciła do domów i siadła na chwilę u stóp Jezusa.

Continue reading

Radość bezwarunkowego poddania się

Chip Brogden

W Ewangelii Jana 3:30 mamy podaną zasadę, mówiącą, że mnie (nas) musi ubywać. Jak pewne jest to, że Chrystus musi wzrastać, tak mnie musi ubywać. Tak po prostu musi być, więc tak będzie. Jedno bez drugiego nie będzie funkcjonować.

Ponieważ wszystko, cokolwiek Bóg zrobił, robi i będzie robił jest w jakiś sposób związane z wzrastaniem Chrystusa to całkowicie pewną konsekwencją będzie to, że wszystkiego innego będzie ubywać. Taki proces funkcjonuje w każdym mężczyźnie, kobiecie, chłopcu, dziewczynie: doprowadzić każdego na sam skraj własnych możliwości tak, aby uchwycili się Chrystusa i byli gotowi zostawić znoszone, brudne szaty życia skupionego na sobie i zamienić je na sprawiedliwe szaty życia skoncentrowanego na Chrystusie. Jest to proces, który zachodził w tobie na długo zanim oddałeś swoje życie Panu. Nie musisz rozumieć korzyści jakie z tego procesu płyną dla ciebie, lecz sam proces będzie przebiegał znacznie łagodniej, jeśli je zrozumiesz i podejmiesz współpracę z procesem.

Najlepszym sposobem współpracy z Bogiem jest skoncentrować się na tym, co powoduje wzrost Chrystusa. Wielu słyszy nauczanie na temat Krzyża i pomniejszania siebie, spędza mnóstwo czasu (zbyt wiele) bardzo starając się umniejszyć się. Zwykle prowadzi to do nieskończonych introspekcji, analizowania i ostatecznie do frustracji. Wygląda na to, że im więcej uwagi poświęcamy sobie, tym więksi stajemy się i znajdujemy więcej złych rzeczy. Tak już jest, że koncentracja na jakiejś dziedzinie powoduje wzrost w tym obszarze. Jeśli więc skupimy się na Sobie, nawet jeśli jest to odważna próba pomniejszenia Siebie, to właśnie Ja staje się silniejsze.

Pismo nie uczy nas, aby trzeba było pomniejszać siebie przez ascezę, ubieranie na siebie szmat czy mówienie wszystkim, że jesteśmy tak małym robactwem. W ten sposób niczego się nie osiąga, a w rzeczywistości skutek jest przeciwny – zwracamy nadmiernie dużo zbytecznej uwagi na siebie. Wręcz przeciwnie, Pismo uczy nas szukać najpierw Królestwa Bożego i modlić się codziennie o Wolę Bożą. Jest to o wiele bardziej pozytywne i skuteczne podejście. Skupiając się na ty, na czym chcemy – na wzroście Chrystusa – otrzymujemy dokładnie to, o co prosimy: wzrost Chrystusa. Skrajnym skutkiem wzrastania Chrystusa jest automatyczny ubytek Ego. Nie musimy bezpośrednio starać się o pomniejszanie siebie, wystarczy dążyć do tego, co powoduje wzrost Chrystusa.

Jeśli, na przykład, naprawdę kocham Boga z całego serca, umysłu i sił, i kocham bliźniego jak siebie samego to tak naprawdę nie ma miejsca tutaj na zajmowanie się sobą. Dać Bogu „wszystko” to nie pozostawić niczego sobie. Gdy nasze poddanie jest bezwarunkowe, całkowite to nie pozostaje miejsce na nic z własnego życia. Wszystko, co mam, wszystko, czym jestem, zostało w pełni i całkowicie poddane Bogu. To dlatego Pan Jezus tak skutecznie przeciwstawiał się licznym pokusom i sprawdzianom, który stawały na Jego drodze. Gdy ktoś żyje dla miłości Bożej i stara się pełnić wyłącznie Jego Wolę to w jego życiu nie ma żadnych ubocznych egoistycznych wpływów i staje się odporny na pokusy. Każda pokusa ma swoje źródło w żywym Ego. Skoro tylko zostaje ono doskonale odrzucone, grzech nie ma żadnego wpływu, całkowicie przestaje być pociągający.

Cel prób i sprawdzianów

Continue reading

Drzewo figowe nie ma fig

Chip Brogden

Wzrastająca ilość ludzi dochodzi do wniosku, że socjalne korzyści z chodzenia do kościoła nie są w stanie już więcej rekompensować braku duchowego życia.

I ujrzawszy przy drodze jedno drzewo figowe zbliżył się do niego, ale nie znalazł na nim nic oprócz samych liści” (Mt 21:19).

Ludzie są już zmęczeni przychodzeniem do drzewa figowego, które wydaje się obiecywać owoce, lecz nie oferuje głodnemu do jedzenia nic innego poza liśćmi. „Nigdy więcej. Cokolwiek to miejsce znaczyło dla mnie, jakiemukolwiek celowi służyło, nie jest to już miejsce, które reprezentuje Pana Jezusa. Nie jestem w stanie tego wyjaśnić dokładnie, nie rozumiem dlaczego i jak, lecz religia kościoła utrudnia moją relację z Panem i już czas, żebym stąd odszedł”.

W Księdze Objawienia widzimy dwie grupy wierzących, którym dobrze szło, których Pan nie napomniał, a otrzymały  od Niego pochwałę; tylko dwie spośród siedmiu, które Go satysfakcjonowały. Zanim zaczniesz myśleć, że to twój kościół należy do tej grupy, pozwól, że powiem ci o jednej rzeczy, która była dla nich wspólna: w obu przypadkach wierzący cierpieli prześladowania. Czy nie jest to interesujące w jaki sposób prześladowanie wymusza reorganizację priorytetów? Czy nie jest zdumiewające to, że jedyne zbory, które całkowicie zadowoliły Pana, przechodziły przez głębokie doświadczenia i prześladowania? Prześladowanie wymusza modyfikacje, przynosi poczucie wiecznego celu.

Pracując w ramach pewnej denominacji miałem służbę skierowaną na wypalonych pastorów. Jakże wspaniała służba: nigdy nie braknie wypalonych pastorów. Przejmowałem na jedną czy dwie niedziele kazalnicę, aby dać im czas na odpoczynek, spędzałem czas z ich rodzinami, prowadziłem poradnictwo czy cokolwiek było w danym miejscu potrzebne, a na co nie mogli poświęcić czasu, gdyż byli zbyt pochłonięci prowadzeniem swego kościoła. Otwiera to oczy na wiele rzeczy.

Pamiętam, jak zadzwonił do mnie pastor średniej wielkości kościoła i zaprosił mnie na obiad. Zgodziłem się, ponieważ pochlebiało mi to i naprawdę byłem ciekaw, gdyż uważałem go za kogoś odnoszącego sukces – kościół wzrastał, mieli ładną kaplicę, jeździł porządnym samochodem i nosił dobre ubrania. Miałem z tym wszystkim problemy, więc był kimś na kim należałoby się wzorować.
Miałem nadzieję, że otrzymam jakieś słowo wiedzy czy myśli, które pomogą mi  być jak on. Continue reading

Czy należy „bać” się Boga?

http://chipbrogden.com/wp-content/uploads/chipbrogden-logo-sticky.png

Chip Brogden

Usłyszałem szelest twój w ogrodzie i zląkłem się, gdyż jestem nagi, dlatego skryłem się(Rdz 3:10). 

W Biblii strach po raz pierwszy jest wspomniany w kontekście człowieka obawiającego się Boga. Zastanówcie się nad tym przez chwilę. To jest pierwsza fobia w zarejestrowanej historii Teofobii – strachu przed Bogiem. Jest to właściwe określenie – Teofobia. Znajdziesz ten wyraz w medycznym słowniku, a oznacza on: „chorobliwy strach przed Bogiem”.

Człowiek niemal od samego początku swego istnienia cierpiał na Teofobię, a to wskazywałoby na to, że praktycznie każdy strach, który odczuwamy – nie wszystkie, ale większość z nich – wiąże się z tym nadrzędnym, przytłaczającym strachem przed Bogiem. W większości opiera się on na niewiedzy – obawiam się tego, czego nie wiem, czego nie rozumiem. Skoro więc nie znam Boga i nie rozumiem Go, a religia karmi mnie nieustanną dietą nieprawd i półprawd o Bogu, grając na moich obawach,to oczywiście będę się bał Boga. Ten strach sprawia, że albo będę uciekał przed Bogiem, albo będę podejmował starania, aby się Mu podobać, na przykład: może pójdę do kościoła, ponieważ myślę, że Bóg z tego powodu ucieszy się.

Trzeba koniecznie zrozumieć, że religijna osoba starająca się przypodobać Bogu jest równie nieświadoma, jak „grzesznik” starający się ukryć przed Bogiem – ani jeden, ani drugi rozumieją poprawnie Boga. Wszystko, co robią jest zbudowane na strachu. Jeden nie chodzi do kościoła, bo boi się Boga, drugi chodzi z tego samego powodu. Czy nie jest to ciekawe, jak strach prowadzi ludzi do zupełnie przeciwnych postaw!

Bóg nie prowadzi nas według naszych obaw. Jakże łatwo jest usprawiedliwić różne lęki pod pretekstem: „Czuję się tak prowadzony”. Czy rzeczywiście jesteś tego pewien? Wielokrotnie bywa tak, że nie jesteśmy prowadzeni przez Boga, lecz przez nasze obawy. Weźmy na przykład kogoś, kto ma objawienie Chrystusa, ma objawienie Ciała Chrystusa, Kościoła, który Jezus buduje, lecz trzyma się tego miejsca, gdzie jest, pomimo że jest to całkowicie dla niego martwe. Jaki podaje powód? „No, obawiam się. Dokąd pójdę. Co pomyślą przyjaciele?” Pastor dowiaduje się o tym i mówi, że musisz przecież być pod duchową ochroną, a wilki lubią polować na odizolowane owce. Jeśli więc, nie zostaniesz w kościele, diabeł dorwie cię i Bóg nie będzie z tego zadowolony itd., itp. Wtedy racjonalizuje się całą sprawę, mówiąc, że Bóg chce, aby pozostał tam, gdzie jest, aby „być światłem w ciemnym miejscu”, kwitnął tam, gdzie jest zasadzony, no i te wszystkie bezsensowne rzeczy. Nie twierdzę, że tak się nie może stać, pytam czy rzeczywiście Bóg chce, abyś trzymał się tego, czy też poddajesz się strachowi?

Bóg nie dał nam ducha strachu. To jest istota – nie chodzi o to czy właściwe jest pozostać bądź wyjść, czy nie – lecz raczej, co tobą kieruje? Jakie są twoje motywacje. Co cię kontroluje?

Biblia mówi, że „Bóg jest miłością”. Mówi również, że „doskonała miłość usuwa strach”. Bóg jest doskonały i Bóg jest doskonałą miłością. Tak więc, miłość, a nie strach, powinna być cechą charakteryzującą przyjaźń z Bogiem. Naszą motywacją działania ma być miłość, a nie strach. Weźmy pod uwagę codzienny czas poświęcany Bogu. Mnóstwo ludzi modli się i czyta Biblię kilka minut dziennie na początku dnia. Wielu tego nie robi i czują się z tego powodu winni. Chciałbym, abyś zaczął badać motywacje, które stoją za tym. Zapytaj samego siebie: Dlaczego? Pytając, zacznij grzebać coraz głębiej i głębiej. Tu nie chodzi o to, co robisz, czego nie robisz, lecz o to, dlaczego? Bardzo łatwo przychodzi nam zmienić coś duchowego w coś religijnego. Wtedy, gdy zdarzy się nam ominąć taki modlitewny poranek, jesteśmy poirytowani i źli przez resztę dnia, bądź odczuwamy poczucie winy, że tego nie zrobiliśmy. Możemy czuć się dobrze, bo zrobiliśmy to i myśleć, że jesteśmy bardziej duchowi od tych, którzy nie robią tego. Łatwo jest popaść w coś, co miłością nie jest. Zaczynasz modlić się z obawy przed tym, co może się stać, jeśli tego nie zrobisz. Sugerowałbym, że jest to zła motywacja do modlitwy.

Bez względu na to czy modlisz się, czy czytasz Biblię, jest tylko jedna motywacja: kocham Boga i chcę lepiej Go poznać. O to chodzi. Nie boję się tego, co się może stać, gdy czegoś nie zrobię. Nie staram się pozyskać Jego uznania. Wiem, że mnie kocha tak samo, bez względu na to czy się modlę, czy nie. Lecz, dochodząc do lepszego poznania Boga możesz odpuścić sobie te nieuzasadnione obawy, co do Boga. W zależności od religijnego wychowania może zająć dużo czasu uwolnienie się od tych wszystkich błędnych informacji o Bogu. Jest to w porządku, należy to do procesu uczenia się.

Niemniej, wierzę, że jest to kluczem do pokonania wszelkiego strachu i zmartwienia – wyjście poza Teofobię, nasz strach przed Bogiem. Gdy już wiesz, że Bóg jest po twojej stronie, gdy już wiesz, że nie czeka gdzieś tam, aby cię walnąć w głowę za każdym razem, gdy popełnisz błąd, jesteś na dobrej drodze do pokonania strachu przed wszystkim innym.

Cel wszelkiej służby

Doskonalenie świętych oznacza to inaczej ich dojrzewanie, proces prowadzenia od duchowej niedojrzałości do skoncentrowanej na Chrystusie dojrzałości i to jest właśnie celem wszelkich darów usługiwania.

On ustanowił jednych apostołami, drugich prorokami, innych ewangelistami, a innych pasterzami i nauczycielami, aby przygotować świętych do dzieła posługiwania, do budowania ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy do jedności wiary i poznania Syna Bożego, do męskiej doskonałości, i dorośniemy do wymiarów pełni Chrystusowej” (Ef 4:11-13).

Po co Bóg dał apostołów, proroków, ewangelistów, pastorów i nauczycieli? Wers 12 mówi nam, że są oni po to, aby „aby doskonalić świętych do dzieła usługiwania, do budowania ciała Chrystusowego” (w wersji ang.) . Nie oznacza to święci mają być doskonali w tym sensie, że nigdy nie popełniają błędu bądź nie uczynią czegoś złego. „Doskonalenie” oznacza tutaj „dojrzałość” i dobrze byłoby pamiętać po prostu o tym, że wszędzie, gdzie spotykamy się z wyrazem „doskonałość” w tym kontekście, powinniśmy myśleć: „duchowa dojrzałość”.

Nie rodzimy się dojrzali, musimy „wzrastać w łasce i poznaniu naszego Pana Jezusa Chrystusa” (2Ptr 3:18a). W biblijnym języku być „doskonałym” oznacza być w pełni rozwiniętym. Na przykład: „Moc bowiem w słabości się doskonali” (2Kor 12:9 in. BT). Co to znaczy? „Moja moc dojrzewa poprzez twoje słabości i rozwija się w pełni w tym, kto dochodzi do kresu swoich naturalnych możliwości”.

Po niemal 20 latach chrześcijańskiego życia Paweł wyjaśnia, że ani tego nie osiągnął, ani już nie jest doskonały (p. Flp 3:12a). Wyraźnie widać, że oczekuje na to, że któregoś dnia będzie doskonały, lecz jeszcze tego nie osiągnął. Niemniej, do czego zmierza? Do bezgrzesznej doskonałości? Nie. Zmaga się z dojściem do duchowej dojrzałości, którą określa jako praktyczną, intymną i całkowicie rozwiniętą relację z Jezusem Chrystusem („aby poznać Go”). Następnie mówi, że wszyscy, którzy są doskonali (tj.: duchowo dojrzali) będą podobnie myśleć o swym dążeniu do poznania Chrystusa.

Continue reading

Ufaj Mojemy Życiu


Chip Brogden

Stale uczę się coraz bardziej i bardziej tego, że koniecznie trzeba pozwolić Bogu, aby działał we mnie na Swój sposób, a to znaczy, że nie zawsze wtedy, kiedy powinienem, pozwalam Mu żyć przeze mnie.

Obym był tak poddany przez cały czas, bez zawodu. Niemniej, w tych przypadkach, gdy pozwalam Jemu reagować przeze mnie, skutki są tak zdumiewające. Właśnie dzięki temu wiem, że On żyje. Jestem w stanie obserwować jak On pracuje przeze mnie, niemal tak, jakbym stał z boku i obserwował samego siebie.

Pozwólcie, że posłużę się zwykłym zdarzeniem, aby zademonstrować wam, w jaki sposób Jego Życie, jeśli Mu tylko na to pozwolimy, reaguje w nas, zamiast nas. Sprowadźmy to do praktyki. Z natury nie należę do osób cierpliwych, mam skłonności do lenistwa i irytacji. Czasami mogę być najtrudniejszą osobą do zniesienia w życiu, co z pewnością moja żona poświadczy. Pewnego razu byłem szczególnie rozzłoszczony i na samym skraju reakcji takiej jak zwykle się zdarza, wprost z Adamowej zamiast Chrystusowej natury. Jenak, aby sprawdzić wystarczalność Życia Chrystusa we mnie, zwróciłem się wewnętrznie do Pana i otwarcie wyznałem swoją niezdolność do kontrolowania swego gniewu, języka. Po prostu zrzuciłem to wszystko na Pana, mówiąc: „Ponieważ ja nie mogę, Ty musisz. Ponieważ jest to ponad moje możliwości, więc polegam na Tobie w tym, czego sam nie mogę”. Jeśli Ty tego nie zrobisz to ja nie mogę”. Nie było to powiedziane w arogancki sposób, lecz w rzeczowym tonie, którym po prostu przedstawiałem fakty. Dopóki myślimy, że MY możemy, czy nawet myślimy, że Bóg uzdolni nas do czegoś, ciągle zmagamy się. Musimy przestać to robić i pozwolić zrobić Jemu. Już dobrze wiedziałem, jak to się skończy, gdybym próbował poradzić sobie po swojemu. Po wyszeptaniu tej modlitwy, nie zajmowałem się tą myślą więcej, lecz czekałem, aby zobaczyć, co Pan zrobi we mnie. Za każdym razem, gdy umysł podejmował sprawę ponownie, cichy głos mówił: „Ufaj Mojemu Życiu”. W ciągu ostatnich tygodniu te łagodne podpowiedzi stale i wciąż prowadziły mnie przez niemożliwe do opanowania sytuacje i przenosząc mnie znacznie ponad jakiekolwiek krótkoterminowe zwycięstwa, które byłbym w stanie wyprodukować o własnych siłach. Wiemy o tym, że Chrystus był kuszony we wszystkim, podobnie jak my, a jednak grzechu nie popełnił. On jest ponad wszystkim, nie ma takiego pokuszenia, takiej sytuacji, problemu czy okoliczności, których On by nie opanował już. Nie martwimy się to, że Chrystus może potknąć się, zgrzeszyć czy zostać zaskoczony przez przeciwnika. Dlaczego? Ufamy Jego Życiu; znamy Człowieka, wierzymy, że On wystarcza – nie, więcej niż wystarcza, aby odpowiedzieć na każdy test, sprawdzian i pokuszenie. Skoro On żyje we mnie, a ja jestem naczyniem, które zawiera Jego Życie to czemu nie zaufać Chrystusowi na ziemi? Czy to nie jest ten sam Duch? Zdecydowanie tak!

Continue reading