John Fenn
Poprzednim razem wyliczyłem 4 sytuacje, w których chrześcijanie umarli w grzechu i zadałem pytanie, czy są w niebie: zgorzknienie, nieco większa od dozwolonej prędkość, uzależnienie od pornografii, samobójstwo. Powiedziałem o tym, że to odrodzony w nas duch dowodzi naszego statusu jako Bożych dzieci, jest więc „biletem” do nieba.
Jak wielki jest twój Bóg?
Jeśli wierzymy, że niebo można stracić z powodu śmiertelnego wypadku po przekroczeniu dozwolonej prędkości o 1km/h, co miałoby być podstawą do twierdzenia, że ktoś zginął mając grzech to logicznym wnioskiem będzie, że niewielu ludziom uda się rzeczywiście do nieba wejść.
Takie patrzenie powodowałoby, że Ojciec i Pan Jezus są raczej mali, ograniczeni, że nie stać ich na plan lepszy od kogoś, kto daje ludziom narodzić się na nowo, zaprasza ich do niebiańskiej rodziny tylko po to, aby ten cały plan rozbił się na kawałki, gdyby ten wierzący zginął podróżując z szybciej niż wolno, chowając urazę do swego byłego męża, czy mając jakiś ukryty grzech, czy też świadomie skracając sobie życie. Czy Bóg nie mógł wymyślić czegoś lepszego niż to?
Miałem przyjaciela, który był pastorem w denominacji nazareńczyków (największa denominacja w klasycznej tradycji uświęceniowej wesleyan). Opowiadał, że każdej niedzieli wychodził do przodu, aby pokutować i „być zbawionym” ponieważ był pewien, że jeśli w ciągu tygodnia popełnił jakiś grzech i umarłby, to poszedłby do piekła. Myślał, że obywatelstwo w niebie i status dziecka Bożego zmienia się za każdym razem w cyklu grzech/pokuta i miał nadzieję, że gdy umrze to będzie po tej stronie „pokuty” tego cyku.



