Doskonała Boża wola 2#Cullen Brad – Artykuły

Przeczytaliśmy wraz z mężem “Otwieranie skarbnicy” na stronach#

Przeczytaliśmy wraz z mężem “Otwieranie skarbnicy” na stronach
Sigler’a. Byliśmy bardzo podekscytowani tą książką. Surfowałam
więc po twojej stronie od tej pory i byłam pobudzona przez
niektóre z twoich artykułów. Niemniej jednak, wczoraj stało się coś
innego. Przeczytałam twój artykuł z 2 maja 2003 i pomyślałam, że jesteś
najbardziej nieczułą istotą ludzką jaka kiedykolwiek chodziła po
powierzchni ziemi!
Wydrukowałam go wrząc w środku. Chciałam pokazać go mężowi, abyśmy
razem napisali do ciebie e-mail, co o tym myślimy.

Widzisz, właśnie osiem miesięcy temu straciliśmy naszego
szesnastoletniego syna z powodu dystrofii mięśni. Cierpiał tak
straszliwie, że nie umieliśmy się inaczej modlić jak tylko prosić Ojca
w niebie, aby go wyrwał z tego cierpienia i zabrał do Domu. Twoja
historia o tym, że ludzie modlili się taki sam sposób o dziewczynę z
rakiem spowodowała we mnie ogromną złość i głębokie zranienie. Twój
artykuł przywrócił wszystkie wspomnienia o utracie syna przez tą
straszliwą chorobę i przewracałam oczyma kilka razy dziennie. Gdy mąż
wrócił z pracy do domu ostatniego wieczoru, powiedziałam mu:

– Oto jest coś, co napisał przeklęty Brad Coullen, co nie będzie ci się
wydawało takie wielkie, jestem wściekła.

Gdy skończył czytać, zobaczyłam wzbierające w jego oczach łzy. Lecz
przeżyłam szok, gdy usłyszałam:

– Gdybyśmy tylko wiedzieli.

Brad, mówisz, że wierzysz w to, że z dystrofii
mięśni może zostać uzdrowionym? Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym,
żeby ktoś coś takiego twierdził. Wiem, że może to zabrzmieć głupio,
jeśli poproszę cię o przebaczenie mi tego, że tak bardzo zdenerwowałam
się na ciebie.
Rozmawialiśmy z mężem długo w nocy i zdumienie nas ogarnęło na to, jak
różne były nasze reakcje na ten sam artykuł i po prostu chcielibyśmy
podziękować ci za to, że napisałeś to w tak oczywistym posłuszeństwie
wobec Boga. Wtedy zdałam sobie
sprawę z tego, jak wiele krytyki musisz otrzymywać.

Wraz z mężem mówimy zgodnie:

– Trzymaj się tej pracy bez względu na to, co mogą ludzie
powiedzieć. Ja przepraszam cię za sądzające ciebie myśli.


deeo.ru

Dary Ducha Świętego – Dar czynienia cudów

Kenneth Hagin

Zanim zdefiniujemy dar czynienia cudów, spójrzmy na samo słowo „cud”. Czasami słowo „cud’ używany jest do zobrazowania mowy. Mówimy o cudownych materiałach, cudownych tabletkach, cudownych detergentach. Czasami ktoś widząc piękny wschód czy zachód słońca opisuje to jako cud natury. Niemniej żadna z tych rzeczy nie jest cudem. Widzicie, można spoglądać na różę w całej jej wspaniałości , z wonnością docierającą do niebios i powiedzieć, że „to jest cud natury”. Takie wyrażenie jako sposób ekspresji jest w pewnym sensie uzasadniony, ale chcą być precyzyjnym, nie możemy, że to jest prawda, ponieważ róża robi dokładnie to, co powinna, zgodnie ze swoją naturą, podobnie jak słońce robi to, do czego zostało stworzone.Czym więc jest cud? Ściśle rzecz ujmując, cud jest to interwencja w zwykły bieg natury. Na przykład, po wstąpieniu Eliasza do nieba na ognistym rydwanie, Elizeusz wziął płaszcze Eliasza i uderzył nim w rzekę Jordan rozdzielając jej wody (2 Król. 2:14). To był cud. Była to nadnaturalne interwencja w zwykły porządek natury – chwilowe zawieszenie zwykłego porządku, lub inaczej można powiedzieć, że jest to zakłócenie systemu naturalnego porządku rzeczy  jaki znamy, wykonany przez moc Ducha.                                                                                                 Przyjrzyjmy się więc kilku biblijnym przypadkom działania daru czynienia cudów. Okazuje się, że ten dar był bardziej widoczny w Starym Testamencie, choć i w Nowym mamy zapisane przypadki jego działania. Po raz pierwszy działanie cudów zostało wykorzystane do uwolnienia Bożego ludu. Rzeczywiście w Księdze Wyjścia zapisanych jest wiele cudów uczynionych przez Boga, kiedy wyprowadzał swój lud z egipskiej niewoli. Gdy Aaron rzucił laskę na ziemię i zamieniła się ona w węża to było właśnie dokonanie cudu (Wyj 7:10).                                                                                                                         W rozdziałach 7 do 9 pył ziemi został zamieniony w komary, woda zamieniona w krew, czy grad przemieszany z ogniem spadł z nieba na rozkaz Pana – bo były cuda. Następnie, gdy Izrael stanął naprzeciw Morza Czerwonego a faraon wraz ze swym wojskiem ścigał ich, Mojżesz wyciągnął rękę i morze się rozdzieliło (14:21). To były właśnie cudowne działa – Boska interwencja w zwykły porządek natury.  Tak więc w Starym Testamencie cuda manifestowały się w celu uwolnienia Bożego ludu.                                                                                                                                                                                                  Widzimy jednak, że było to również dla wykonania boskiego sądu i karania. Kiedy Mojżesz ponownie wyciągnął swoją rękę, wody opadły zatapiając faraona i jego armię w głębokim morzu (w. 26-28).     Cud  mający na celu wykonanie Bożego sądu znajdujemy również w Nowym Testamencie w przypadku Ananiasza i Safiry. Z Dziejów Ap 2:44 dowiadujemy się, że wierzący Pierwszego Kościoła w Jerozolimie mieli wszystko wspólne , wszyscy sprzedawali swoje posiadłości i dobra i przynosili wszystko, co zyskali kładąc to u stóp apostołów (4:24-27). Lecz Ananiasz i Safira sprzedali swój majątek za pewną cenę i część tego zachowali dla siebie. Ananiasz skłamał, ale prawda została objawiona Piotrowi poprzez słowo wiedzy.                                                                                                                                                                 Piotr zapytał: – Czym to Szatan omotał serce wasze, że okłamaliście Ducha Świętego. –i Ananiasz padł martwy. W trzy godziny później, gdy Piotr zapytał żonę Ananiasza, Safirę, ta skłamała i padła martwa. Tak więc dar czynienia cudów był używany zarówno w Starym jak i w Nowym Testamencie, aby przynieść Boży sąd i karę.                                                     Innymi przykładami zastosowania cudów było zaopatrzenie tych, którzy byli w potrzebie. Widzimy to w przypadku wdowy (2 Król. 4), która nalewała oliwy do wielu naczyń. Elizeusz powiedział jej, aby pożyczyła od sąsiadów tak dużo naczyń, jak tylko zdoła i napełniła je olejem. Gdy zaczęli nalewać, strumień oliwy z dzbanka lał się nieprzerwanie, aż do chwili, gdy wszystkie pożyczone naczynia zostały napełnione. Nadnaturalna interwencja w zwyczajny prządek rzeczy spowodowała, że strumień lał się i kobieta mogła sprzedać oliwę i spłacić długi (w.1-7).                                                                   Następnie w Nowym testamencie Jezus wziął śniadanie małego chłopca i nakarmił nim pięć tysięcy ludzi (Mat. 14:14-21;  J 6:5-13). To był prawdziwy cud! Wiecie, że jest zdumiewające w jaki sposób niektórzy ludzie obchodzą się z biblią. Dawno temu czytałem o człowieku, który był jednym z tych znakomicie wykształconych chłopców (nie jestem przeciwko edukacji. Dzięki bogu, wierzę w edukację, ale chciałbym, aby niektórzy wykształceni ludzie nauczyli się jak należy czytać). Ten człowiek był znakomitym kaznodzieją i posiadał przed swoim nazwiskiem wszystkie możliwe tytuły: prof. dr. hab. XYZ . Powtórzę, nie sprzeciwiam się zdobywaniu przez ludzi tytułów naukowych, ale ten facet chciał wyrugować z Biblii cuda. Aby wytłumaczyć,  wjaki sposób Jezus nakarmił pięć tysięcy ludzi, powiedział coś takiego: – Bochenki chleba w tamtych czasach były znacznie większe niż mamy to obecnie. Gdyby ten biedny człowiek wiedział jak należy czytać, to zauważyłby, że to było śniadanie małego chłopca.  Nie przypuszczam, aby mały chłopiec był w stanie przynieść wystarczająco dużo „dużych bochenków”, którymi można nakarmić pięć tysięcy ludzi, ale to było jedno z tych teologicznych wyjaśnień w stylu: „Wicie, bochenki były duże”. Nie, proszę pana, to było cudowne działanie, które umożliwiło nakarmienie tłumu dziecięcym śniadaniem, a co było jeszcze bardziej zaskakujące to, to że gdy wszyscy już zjedli, uczniowie zebrali dwanaście koszów resztek! Również w innym przypadku zostało wykorzystane cudowne działanie do potwierdzenia usługi Słowem. Pamiętacie przypadek, gdy Paweł zwiastował na wyspie Pafos i czarnoksiężnik Elymas sprzeciwił mu się? Poprzez działanie mocy Bożej w darze czynienia cudów Elymas został dotknięty ślepotą na pewien czas.
Dz. Ap. 13.7-11

Przeszedłszy całą wyspę aż do Pafos, spotkali pewnego czarnoksiężnika, fałszywego proroka Żyda, imieniem Bar-Jezus, który należał do otoczenia prokonsula Sergiusza Pawła, człowieka rozumnego. Ten, przywoławszy Barnabę i Saula, pragnął posłuchać Słowa Bożego. Lecz wystąpił przeciwko nim czarnoksiężnik Elymas, tak bowiem brzmi w tłumaczeniu jego imię, starając się odwrócić prokonsula od wiary. A Saul, zwany też Pawłem, napełniony Duchem Świętym, utkwił w nim wzrok i rzekł: O, pełny wszelkiego oszukaństwa i wszelkiej przewrotności, synu diabelski, nieprzyjacielu wszelkiej sprawiedliwości! Nie zaprzestaniesz ty wykrzywiać prostych dróg Pańskich? Oto teraz ręka Pańska na tobie, i będziesz ślepy, i do pewnego czasu nie ujrzysz słońca. I natychmiast ogarnęły go mrok i ciemność, a chodząc wokoło, szukał, kto by go prowadził za rękę.

Jak sądzisz, jakiemu celowi służyła w takim przypadku demonstracja cudownego działania? Był to znak dla znajdujących się w pobliżu potwierdzający głoszone Słowo, a jego efektem było nawrócenie prokonsula (w. 12). Znajdujemy w Piśmie również inne przykłady cudownego działania przejawiającego się w celu uwolnienia od nieuchronnych niebezpiecznych sytuacji tych, przez których dar czynienia cudów się objawiał.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    Chciałbym najpierw wyjaśnić różnicę miedzy darem wiary, a darem czynienia cudów w takim przypadku. Otóż, dar wiary przeprowadzi cię przez niebezpieczeństwo, bez najmniejszego wpływu na ciebie, lecz gdy zadziała dar czynienia cudów, to on uwolni cię z pośrodku niebezpieczeństwa. Na przykład, gdy Paweł podróżując do Rzymu, znalazł się w rozbitym okręcie, sztorm nie ustał, ale pojawił się anioł Boży i przemówił do Pawła i Paweł miał nadzwyczajną wiarę w to, że nikt z nich nie zginie tak, jak Bóg powiedział. Tak więc Paweł wraz z całą załogą byli  zupełnie bezpieczni pomimo, że statek zatonął  (Dz. 27:22-44). To był dar wiary  w działaniu.                                                                                                                     Gdy jednak Jezus był wraz z uczniami na łodzi i powstał niebezpieczny sztorm, powiedział: – Uspokój się. – i natychmiast wiatru ucichł (Mar 4:37 i 39).  To było cudowne działanie.                                                                                                    Ostatnim celem cudownego działania jaki chcę tu omówić jest objawienie Bożej mocy i jego potęgi. W konkordancji Young’s Concordance  w miejsce greckiego słowa „cud” używane jest słowo „moc”. Tak więc po grecku cudowne działanie (czynienie cudów) nazywa się działaniem mocy i zgodnie z grecką konkordancją sugeruje się tu eksplozję Wszechmocnego.  Innymi słowy, moglibyśmy powiedzieć, „czynienie wstrząsających cudów, powodujących zdumienie”. Nie mamy wielu przykładów cudownego działania w Dziejach Apostolskich w porównaniu do relacji działania innych darów Ducha. Niemniej ten dar mógł być wliczony, gdy zapisano:  A przez ręce apostołów działo się wśród ludu wiele ZNAKÓW I CUDÓW (5:12).   W rozdziale 8 Dziejów Ap. Wspomniane są cuda, gdy mowa jest o Filipie, pomimo, że nie był on apostołem. Werset 6 mówi: Ludzie zaś przyjmowali uważnie i zgodnie to, co Filip mówił gdy go słyszeli i widzieli CUDA, które czynił. Biblia nie podaje nam szczegółowych opisów jakiego rodzaju to były cuda, jednak wspomina o kilku cudownych uzdrowieniach, które miały miejsce.                                                                                                            Ściśle rzecz ujmując, to te uzdrowienia nie dają się zakwalifikować jako dokonane przez cudowne działanie, gdyż wszystko, co ma związek z uzdrowieniem jest uzdrowieniem. Pomimo tego, że Biblia nie opisuje tego w żadne sposób, możliwe jest, że niektóre z wymienionych w 5 i 8 rozdziale cudów mieszczą się w ramach cudownego działania, ale główna rzecz, na którą chcę zwrócić uwagę to jest to, że ten potężny dar Ducha ma na celu uwielbienie Boga.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              W swojej broszurce Dary Ducha Świętego w pytaniach i odpowiedziach Howard Carter pisze –„..dar czynienia cudów jest bardzo ważną manifestacją Ducha. Jest to potężna moc Bożą objawiająca się przez człowieka. Możemy powiedzieć, iż posiadacz bierze udział w drobnym stopniu we wszechmocy boga. Tą samą mocą, która Pan stworzył świat, dzieli się z człowiekiem pozwalając mu i uzdalniając go do cudownego działania”. Carter pisze idąc dalej: „…poprzez cudowne działanie na naród spadały plagi…cień na zegarze słonecznym cofnął się wstecz.. laska nagle i niespodziewana stała się wężem… ogień zstąpił z niego.., chleb się pomnażał, a porządna żelazna siekiera wypłynęła na powierzchnię wody jak by była z drewna.. Ten potężny dar jest potrzebny., aby uwielbiał Boga wszelkiej mocy, pobudzał wiarę Jego uczniów, zaskakiwał i wprawiał w zakłopotanie niewiarę złych ludzi…” Niektórzy mówią: „cudowne działanie nie jest dla nas dzisiaj, bo gdyby tak było, to mielibyśmy ten dar działający również i obecnie”. Lecz Bóg mówi, że to jest  również na dziś. Dlaczego więc nie widzimy dziś cudownego działania w większej ilości przypadków? Wygląda na to, że nie dostajemy do Bożych warunków.  Biblia nakazuje nam, abyśmy gorliwie pragnęli (pożądali) duchowych darów (2 Kor. 12:31), jeżeli więc my jako Ciało Chrystusa nie pragniemy ich, to też ich nie mamy.                                                                            Możemy i powinniśmy gorąco pragnąć darów Ducha, włączając w to dar czynienia cudów działający w pośrodku nas (1 Kor 12:31, 14:1). Jestem całkowicie przekonany, że jeżeli będziemy gorąco pragnąć daru czynienia cudów, to będzie się on manifestował częściej niż do tej pory. Jestem również przekonany, że Bóg bardziej pragnie w obecnej chwili cudownego działania na swoją chwałę, niż innych darów mocy. Po prostu pomyślcie, co by to było, za zaskoczenie, gdybyśmy mogli przeżyć eksplozję Wszechmogącego pośród nas. Pomyśl, jak wiele mogło by to uczynić dla wielu martwych zgromadzeń i martwych wierzących. Lecz cudowne działa nie pojawią się dlatego, że siedzimy razem i rozmawiamy na ten temat i chcemy, aby się zdarzały. Nie, Paweł pisze, że mamy gorliwie pożądać go, a jeżeli czegoś gorliwie pragniesz to jesteś w stanie podjąć pewne wysiłki w celu otrzymania tego. Tak więc módlmy się o to, aby te duchowe dary objawiały się wśród nas, ponieważ mamy biblijną podstawę do tego (dz. 4:30, 31). Te manifestacje ducha są przeznaczone również dziś dla nas. Bóg nie zabrał ich Kościołowi – powiedział, że te dary zostały dane Kościołowi, wiec należą do nas i powinniśmy je mieć. Zachęcam was jako część Ciała Chrystusa, abyście rozpoczęli modlitwę by dary objawienia, wokalne i mocy funkcjonowały między nami więcej niż do tej pory, a następnie oczekujmy, że Duch Święty objawi się przez was rozdzielając każdemu jak zechce.

самостоятельное seo

Doskonała Boża wola 1#Cullen Brad – Artykuły

Czyż nie było znacznie łatwiej#
DOSKONAŁA BOŻA WOLA

Maj 2, 2003



Boża wola..



Czyż nie było znacznie łatwiej
każdemu z nas gdyby znał … bez cienia wąptliwości.. jak jest Boża
wola dla każdego indywidualnego wierzącego? To pytanie, gdy sięgniemy
po szczegóły, jest bogate i kwitnące wszelkimi możliwymi możliwościami.
Większość wyrażanych opinii jest oparta na religijnych tradycjach… i
ma niewiele wspólnego z rzeczywistością duchowego (niewidzialnego)
wymiaru.


Tradycyjnie dwa słowa są tłumaczone
na j. angielski jako „wola” (i ta tradycja jest zdecydowanie pod
wpływem tłumaczy Biblii Króla Jakuba – King James Version), literalnie
znacząc „pragnienie i cel”. Jakie są Boże pragnienia i cele w
odniesieniu do mnie i ciebie indywidualnie?




Oto historia, która w bardzo ostry
sposób pokaże pewne drastyczne różnice w podejściu do tematu.


Ostatnio (w ciągu minionego 1.5
roku) poznany biznesmen, który stał się również bliskim przyjacielem i
powiernikiem, Larry, opowiedział mi o pewnej sytuacji, która miała
miejsce około roku temu. Chodziło o nastoletnia dziewczynkę, która była
w tym czasie członkiem kościoła, do którego on sam uczęszczał i która
umierała na raka.




Larry powiedział mi, że pewni ludzie
w kościele, modlili się o to, aby on szybko umarła, aby „uniknęła bólu
i poszła do domu, aby być z Panem”. Zapytałem Larry’ego czy
rzeczywiście sądzi, że Bożą wolą dla „Barbary” (imię zmienione) było
umrzeć z powodu tej choroby.. a zatem czy modlitwa o jej szybką śmierć
była „dobrą” modlitwą?


Musze powiedzieć, że to pytanie
zaczęło proces, który zmienił całkowicie życie modlitewne Larry’ego i
drastycznie zmieniło jego sposób myślenia o pewnych rzeczach,..
szczególnie.. o Bożej „woli”.




Oczywiście, możemy uzyskać nieco
światła z przykładu jaki daje nam Jezus w Ogrodzie Getsemane, gdzie
znalazł się w otchłani człowieczeństwa i wiedział, że już jest czas dla
niego na śmierć… jeden z pisarzy opisując to stwierdził, że jego
cierpienie było tak ogromne, że spowodowało iż „jego pot był jak krople
krwi”. Wołał:


– Weź ten kielich ode mnie, jednak
nie moja lecz twoja wola niech się stanie.




Jezus wiedział, że umiera dla nas w
pewnym celu – wyraźnie powiedział to uczniom, przy kilku różnych
okazjach. Niemniej, gdy przyszło do spotkania twarzą w twarz… nie
było to przyjemne.




Wracając do „Barbary”. Czy jej
śmierć była zrządzeniem Bożym? Czy raczej było to raczej wolą tego, o
którym Jezus mówił, że jego jedynym celem jest „kraść, zabijać i
wytracać”? Wtedy wyraźnie czułem, że chodziło tego drugiego. „Barbara”
odeszła w „blasku chwały”. Bóg obrócił coś, co wydawało się porażką w
coś pięknego. Lecz „Bóg nie jest Bogiem martwych, lecz żywych”. Byliśmy
z Larry’m przekonani, że Bożą wolą było, aby ta dziewczynka żyła, lecz
miała ona do wyboru i, w tych okolicznościach, łatwo było przeciwnikowi
zwyciężyć.. pomimo tego, że Bóg uczynił z tego coś, co było użyteczne
dla Jego celów i pragnień. Czy jest możliwe, że najwyższym Jego celem
było to, aby „Barbara” żyła owocnym życiem zgodnym z Jego celami?




Ogólnie rzecz ujmując, czy Bóg daje
ludziom choroby jako sposób na zabranie ich do domu, aby byli razem z
Nim? Większość chrześcijan wzdryga się na taki wniosek. Czy Bóg
dopuścił do jej śmierci? O.. wszyscy przyłączają się do tego… taaaak.
Barbarze „pozwolono” na bolesną śmierć, aby mogła pójść o domu! Czy też
to przeciwnik wrzucił jeden ze swoich ulubionych trików i oskarżył
Boga? Jeśli był to trik przeciwnika i ludzie gorąco modlili się o jej
szybkie zejście, aby uwolnić ją od cierpienia… to kto zwyciężył? Kto
pomagał i wspierała przeciwnika modlitwami? Co więcej, dlaczego ci sami
są tak przeciwni aborcji? Pomyśl o tym.




Wróćmy nieco wstecz i spójrzmy nie
niektóre uzdrowienia jakie miały miejsce w służbie Jezusa. Jezus nie
modlił się tak:


– O, Boże, jeśli taka twoja wola,
uzdrów tego a tego…




Nigdzie nic podobnego nie
znajdziemy. Jak to się działo? On wypędzał demony powodujące choroby;
chwycił rękę córki Jaira i powiedział „wstań” (po tym, jak wyprosił
wszystkich, którzy rozpaczali nad jej śmiercią). Często ludzie
przeciskali się do Niego i byli uzdrawiani… i Pan mówił i po prostu:


– Twoja wiara uzdrowiła cię.



Wiele tego przykładów powyższego
zostało zapisanych w Biblii. Wiele też z tego jest powtarzane DZIŚ,
lecz nie przez tych, którzy modlą się „O, Boże, jeśli taka twoja wola,
uzdrów Barbarę”.


Szczególnie jeśli jest spora
reprezentacja tych, którzy mówią:


– O, Boże, weź ją szybko do domu i
uwolnij od cierpienia.


Wzywam każdego, aby znalazł mi choć
jeden przypadek, aby Jezus modlił się w ten sposób. Jeśli Jezus ma być
naszym przykładem.. a tak stanowi Pismo, jeśli mamy brać poważnie Jego
słowa:




– Każdy, kto wierzy we mnie będzie
czynił te same cuda i znaki, a nawet większe niż te.




To jak to możliwe, że doszliśmy do
tego, że modlimy się o czyjąś śmierć?


Znów zapytam, dlaczego ci sami są
przeciwnik aborcji?




Oto krótka odpowiedź. Ignorancja
zrodzona przez religijne tradycje… religijne tradycje bez
jakiejkolwiek podstawy w prawdzie Słowa.




Czy chcesz żyć? Wybór należy do
ciebie. Pomyśl o tym przez moment. Czy chcesz umrzeć? To jest twój
wybór. Dlaczego nie przyłożyć sobie pistoletu do skroni, nie wyskoczyć
z wysokiego budynku czy nie połknąć całej paczki leków? Na co czekasz?
Czy też wybierzesz życie? Możesz wybrać obfite życie w obecności i mocy
Bożego Ducha… żyjąc zgodnie z Jego pragnieniami i celami. Jeśli Bóg
objawi ci, że Jego zamiarem wobec ciebie jest śmierć…to jest to
sprawa między tobą a Bogiem i to wybór należy do ciebie. Większość
ludzi, niestety, gdy spotyka się z długim cierpieniem widzi śmierć jako
uwolnienie. Myślę o kobiecie, która powiedziała mi, gdy ją zapytałem po
raz pierwszy, czy chce żyć:


– Zbyt dużo bólu jest we mnie.

Jej siostra krzyknęła do niej:

– Lecz widzieliśmy innych ludzi,
którzy byli uzdrowieni i Bóg zabrał ból.


Zapytałem jej:

– A gdyby nie było bólu, chciałabyś
żyć?


Odpowiedź?

– Oczywiście, że bym chciała,
głupku!




Śmieszne? Myślałem, że to jest
komiczne. Została uzdrowiona…miała raka żołądka, który był tak duży,
że wyglądała jakby była w ciąży. Dawano jej kilka dni życia… ginęła z
powodu raka. Żyje. Chwała Bogu! Prekursorem jej uzdrowienia było
stwierdzenie, że chce Bożej woli, bez względu na koszty. Została
podniesiona w mocy i obecności Bożej woli. Trudno ludziom jest
przejrzeć przez labirynt zamieszania wyborów jakie narzuca im
przeciwnik… i śmieć wydaje się tak przyjemnym i pięknym sposobem
wyjścia z sytuacji.


JEST TO KŁAMSTWO Z SAMEGO DNA
PIEKŁA!






Czy Bóg dopuszcza śmierć? Z
pewnością.. lecz On również dopuszcza życie. Wybierz. Naucz się modlić
w taki sposób jak nauczył tego Jezus. Nie śpiewając: „Nasz Ojcze, który
jesteś w niebie, święć się imię Twoje..” przy pięknej muzyce. Nie tak
zamierzał Jezus… i to łatwo wykazać.




Przyłącz się do Boga życia… i
pokonaj boga tej planety, którego celem jest niszczyć i zabijać.




PS. Jezus wprowadził koncepcję Boga,
który faktycznie jest naszym jedynym i doskonałym Ojcem, który daje
wyłącznie dobre dary, a w szczególności dar obfitego życia. Ojciec, z
którym możemy być w tak intymnej więzi, że możemy mówić do niego
Tatusiu, Tatku, Papciu.




Czy jakikolwiek ojciec wśród was,
którzy jesteście źli, pozwoliłby na to, aby przeciwnik zabił jego
nastoletnią córkę tak straszliwą chorobą jak rak, gdyby mógł to
powstrzymać. Nie widzicie tego? Dokładnie to wybieramy, gdy modlimy się
błędnie: „O, Boże, jeśli taka twoja wola, uzdrów ją, proszę”.


Przykro mi poinformować cię, że nie
jest „modlitwa wiary”, która uzdrawia.


Prawdziwa „modlitwa” wiary bierze za
rękę „Barbarę” i mówi:


– Mówię ci, wstań!



Lecz tylko wtedy, gdy rozumiesz twój
autorytet i znasz zasady gry.





сайты для продвижения сайта

Dary Ducha Świętego – Dary uzdrowień

Kenneth Hagin

W oryginalnej, greckiej, wersji II Kor 12:9  i 30 ten dar jest wymieniany „dary uzdrowień” zarówno jako „dary” jak i „uzdrowień”.  Jeżeli przestudiujemy dary uzdrowień w Biblii to zobaczymy, że przejawiały się one w celu nadnaturalnego uzdrowienia chorób lub niedołęstwa bez jakiegokolwiek pośrednictwa naturalnego typu.
Łukasz (Dz. 28:8,9)

zdarzyło się, że ojciec Publiusza leżał w gorączce i chorował na czerwonkę; Paweł poszedł do niego i modlił się, a włożywszy na niego ręce, uzdrowił go. A gdy to się stało, przychodzili także inni mieszkańcy wyspy, którzy byli chorzy, i byli uzdrawiani.

Niektórzy mylnie sądzą, że dar uzdrawiania odnosi się do faktu, że Bóg dał lekarzy i nauki medyczne. Oczywiście, że wierzymy w nauki medyczne i doktorów i dziękujemy bogu, za wszystko, co oni mogą zrobić – na pewno nie sprzeciwiamy się im, lecz dary Ducha są nadnaturalne i nie mają nic wspólnego z medycyną. Nadnaturalne uzdrowienie nie przychodzi przez postawienie diagnozy i przepisanie sposobu leczenia. Przychodzi przez nałożenie rąk, namaszczeni olejem, lub czasami po prostu przez wypowiadanie Bożego Słowa w wierze. Tak więc, wierzymy nie tylko w naturalne  uzdrowienia, lecz wierzymy również nadnaturalne uzdrowienia.
Biblia pełna jest przykładów działania darów uzdrowień uzdrawiania chorych i niszczenia dzieł diabelskich w ludzkim ciele, szczególnie w czasie służby Jezusa Chrystusa. Niemniej, zawsze podkreślam fakt, że Jezus usługiwał jako prorok namaszczony przez Ducha Świętego. Zwróćmy uwagę, co Jezus powiedział o sobie w synagodze, czytając z księgi proroka Izajasza:
Duch Pański nade mną, przeto namaścił mnie, abym….

Następnie czytamy w Dziejach Ap.10:38:

O Jezusie z Nazaretu, jak Bóg namaścił go Duchem Świętym i mocą, jak chodził, czyniąc dobrze i uzdrawiając wszystkich uciskanych przez diabła (z ang.)

Jezus nie uzdrowił nikogo przed tym nim został namaszczony przez Ducha Świętego i moc. Pomimo tego, że był Synem Bożym zarówno, gdy miał 25 lat, jak i wtedy, gdy miał 30. Tak więc, Jezus nie uzdrawiał przez jakąś moc, która była związana z nim jako z Drugą Osobą Trójcy, uzdrawiał w ten sam sposób w jaki może to czynić każda inna osoba usługująca dziś – przez namaszczenie Ducha lub przez manifestację darów uzdrowień.
Ważna  rzeczą, którą musimy obecnie zrozumieć jest różnica między manifestacją darów uzdrowień, a otrzymaniem uzdrowienia przez wiarę własną w Boże Słowo. W nauczaniu na ten temat kładę nacisk na to,  że można otrzymać uzdrowienie po prostu przez praktykowanie Bożego Słowa, ponieważ to zawsze działa. Wielu z was zna moje świadectwo, gdy zostałem uzdrowiony jako młody Baptysta czytający starą metodystyczną Biblię mojej babci. Nie zostałem uzdrowiony ponieważ wierzyłem w boskie uzdrowienia. Zostałem uzdrowiony przez działanie i stanie na ew. Marka 11:24! Czytałem ten fragment, w którym Jezus powiedział
Mk.11:24:

Wszystko, o cokolwiek byście prosili, tylko wierzcie, że otrzymacie, a spełni się wam.

Potrzebowałem uzdrowienia, więc modliłem się i zacząłem mówić: – Wierzę, że otrzymałem uzdrowienie mojego zdeformowanego serca, wierzę, że otrzymałem uzdrowienie mojego sparaliżowanego ciała. Wierzę, że uzdrowienie mojej krwi. – i tak dalej.

Aby skrócić całe opowiadanie powiem, że Boża uzdrowieńcza moc objawiła się w moim ciele, Nikt nie wkładał na mnie rąk, ta moc dotarła do mnie bezpośrednio od Boga. Gdy jednak funkcjonują dary uzdrowień, to przejawiają się poprzez inną osobę dla ciebie, jak Duch chce. To jest właśnie ta różnica, niemniej uzdrowienie zawsze pochodzi od Boga Ktoś może powiedzieć, że zawsze, gdy otrzymujesz uzdrowienie to jest to przejaw darów uzdrowień, lecz ja nie zgadzam się z takim twierdzeniem. Uzdrowienie jest darem, zgadza się, w ogólnym znaczeniu wszystko, co otrzymujemy od boga będzie darem, ale to nie koniecznie znaczy, że zaszło działania darów duchowych. Dla przykładu nie miało to miejsca, gdy zostałem uzdrowiony jako młody chłopiec. Ktoś może to stwierdzenie wziąć i pójść dalej mówiąc, „uzdrowienie jest darem, więc za każdym razem, gdy zostajesz uzdrowiony, otrzymujesz dar uzdrowienia”. Nie mogę się również z tym twierdzeniem, ponieważ nie jest ono zgodne z Biblią. Spójrzmy ponownie na
2 Kor.12:28-30

A Bóg ustanowił w kościele najpierw apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, następnie moc czynienia cudów, potem dary uzdrawiania, niesienia pomocy, kierowania, różne języki.  Czy wszyscy są apostołami? Czy wszyscy prorokami? Czy wszyscy nauczycielami? Czy wszyscy mają moc czynienia cudów?  Czy wszyscy mają dary uzdrawiania? Czy wszyscy mówią językami? Czy wszyscy je wykładają?

Zwróćmy uwagę na to, że w wierszy 2 Bóg ustanowił „niektórych” w kościele. Paweł nie mówi tu o duchowych darach, ponieważ w w.27 pisze: „Wy zaś jesteście ciałem Chrystusowym a z osobna członkami”. Nie, Paweł pisze tutaj o ludziach wyposażonych w dary duchowe. Bóg ustanowił członków ciała wyposażonych w duchowe dary w Kościele – najpierw apostołów, następnie proroków, nauczycieli itd. Widzicie „dar” w postaci apostoła, proroka czy nauczyciela jest darem służby w Kościele, a nie darem, który mógłby otrzymać indywidualnie wierzący (Ef. 4:8,11). Innymi słowy nie są one dawane po to, aby błogosławić ciebie! Są one dawane po to, aby błogosławić innych. To jest służba.
Dalej 1 Kor. 12:28 mówi: następnie moc czynienia cudów…, co oznacza: „Po tych, którzy zostali wyposażeni darami służby (służenia), – które Paweł właśnie wymienił – są też służby, które są wyposażone moc czynienia cudów. (Lepiej byłoby powiedzieć, że moc czynienia cudów działa przez Ducha Świętego w niektórych służbach częściej).
Następnie Paweł wymienia dary uzdrowień i zadaje kilka retorycznych pytań: „Czy wszyscy mają służbę apostolską?” Nie. „Czy wszyscy mają służbę nauczycielską?” Nie. W pewnym wymiarze wszyscy możemy nauczać. ale są tacy, których Bóg dał Kościołowi i w sposób szczególny wyposażył i namaścił przez Ducha, darem nauczania. Tak więc widzicie, że dary uzdrowień nie odnoszą się do darów, które są dawane indywidualni, alby błogosławić obdarowane jednostki. Jest to służba uzdrawiania dawana jednostkom po to, aby błogosławić innych. Lubię mówić o tym w ten sposób: dary uzdrowień jest to nadnaturalne manifestacja Ducha, która przejawia się przez jedną osobę dla innej! Kiedy rozpoczynałem służbę uzdrawiania jako młody baptystyczny kaznodzieja nie miałem świadomości jakiegokolwiek rodzaju namaszczenia czy szczególnego rodzaju przejawów Ducha. Po prostu modliłem się o ludzi w wierze, przez włożenie rąk i namaszczanie olejem. Później otrzymałem chrzest w Duchu Świętym, lecz nadal modliłem się w ten sam sposób.
W 9138 roku zostałem pastorem małego zboru Pełnej Ewangelii w płn.-centralnym Teksasie, gdzie spotkałem moją żonę Orethę. Po ślubie pozostaliśmy na miejscu a jej rodzicami, którzy posiadali duże gospodarstwo. Ani żona ani jej rodzice nie otrzymali chrztu tak więc, gdy zbieraliśmy się na modlitwę musiałem się bardzo pilnować, aby zachowywać się poprawnie. Lecz któregoś wieczora zebraliśmy się na modlitwę, a ja zacząłem nieświadomie modlić się głośno na językach. Modliłem się w ten sposób około 45 minut i wtedy Duch Święty powiedział do mnie:
– Włóż swoje ręce na Orethe, a ja napełnią ja Duchem Świętym. Wyciągnąłem więc ręce włożyłem na głowie żony. Oretha nigdy, nawet przez jedną minutę nie szukała Ducha Świętego, ale w chwili, gdy włożyłem na nią ręce zaczęła natychmiast mówić językami. Nigdy się nie zająknęła nie zacinała, zaczęła mówić innymi językami płynni tak, jak jej Duch Pański poddawał.
Tego samego dnia około północy Pan usługiwał mi przez Ducha w sprawie darów uzdrowień i skierowania mnie przez Niego do służby wśród chorych. Jak już powiedziałem, zazwyczaj namaszczałem ludzi olejem i wkładałem na nich ręce przy modlitwie o uzdrowienie. Żaden z darów duchowych wówczas nie funkcjonował. Boża moc uzdrowieńcza objawiała się im bezpośrednio, lecz czasami byłem świadomy działania Bożej mocy przeze mnie. Nie miało to miejsca zawsze (było wtedy, gdy Duch chciał)al., gdy przyszło, byłem o tym przekonany. W rzeczywistości nic w tej sprawie nie robiłem, byłem po prostu poddany Duchowi Świętemu.
Dziesięć lat później byłem pastorem zboru we wschodnim teksasie i zacząłem być bardzo niezadowolony duchowo. Właściwie miałem wszystko, aby czuć się dobrze  i być zadowolonym. Ludzie w naszym zborze byli zbawiani, napełniani Duchem i uzdrawiani, lecz ciągle nosiłem w sobie niezadowolenie. Poświęciłem więc nieco czasu zamknięty w budynku zborowym modląc się, czytając Biblię i szukając Pana. Gdy modliłem się w kaplicy, któregoś dnia Pan zapytał mnie:
– Co zamierzasz zrobić ze służbą uzdrawiania chorych i z tym o czym do ciebie mówiłem dziesięć lat temu w gospodarstwie w płn.-wschodnim Teksasie.
Powiedziałem:
– Prawdę mówiąc, Panie, nic. Nie zamierzałem z tym zupełnie nic robić. – Będziesz musiał to robić, albo zrobimy coś innego – odpowiedział. Wiecie, przez lata służby przeszedłem już przez różne Pańskie „coś innego” więc powiedziałem:
– Tak, Panie, będę.

Opuściłem zbór, w którym byłem pastorem w lutym 1949 roku, gdy przejść do wędrownej służby i usiłowałem wykonać to, do czego Bóg mnie powołał Któregoś wieczoru podczas spotkania w zborze Pełnej Ewangelii w Hederson, w Teksasie, modliłem się o chorych przez włożenie na nich rąk. Podeszła do mnie kobieta, a Duch Boży powiedział do mnie w słowie wiedzy o niej:
– Jej serce nie jest w porządku wobec Boga.

Wiedziałem o tym, że powinienem był jej to powiedzieć, ale nie chciałem tego zrobić. (Przymus powiedzenia komuś o czymś jest okropny). Więc zamknąłem usta i nie powiedział jej nic. Nagle, namaszczenie odpłynęło jak chmura. Gościłem w tym czasie w mieszkaniu pastora i w chwili, gdy położyłem się spać zacząłem się czuć tak, jakby serca mi stawało.  Sięgnąłem ręką do piersi i nie mogłem odczuć żadnego uderzenie serca, po prostu słabe trzepotanie czy drgania. Przekręciłem się z łóżka na zimne linoleum podłogi wrzeszcząc ze wszystkich moich sił:
– Panie, następnym razem będę ci posłuszny. Zrobię wszystko, co tylko ode mnie będziesz chciał.
Darłem się tak głośno, że obudziłem pastora i jego żonę, którzy byli w sypialni po drugiej stronie domu!@ Zmusiłem się do przejścia do jadalni i zawołałem pastora, aby się modlił o mnie. Gdy śmierć dotknęła mnie ostatecznymi drgawkami, czułem się tak, jakbym opuszczał swoje ciało. Miałem już podobne doświadczenia dwukrotnie wcześniej, wiedziałem więc, że to przyszła śmierć. Chciałem zostawić pastorowi słowa dla mojej żony i dzieci, ale w chwili gdy otworzyłem usta zacząłem prorokować. Nie miałem wcześniej wiele doświadczenia w prorokowaniu, lecz zacząłem mówić z głębi swojego ducha i Bóg przemówił do mnie moimi własnymi ustami. Widzicie, byłem nieposłuszny Panu w pewnych sprawach dotyczących darów Ducha, ponieważ obawiałem się, że jeżeli zacznę usługiwać w taki sposób w jaki On nakazuje mi, gdy Jego dary się pojawiają, ludzie pomyślą sobie, że staram się zwrócić uwagę na siebie.

Lecz Duch Święty powiedział do mnie:
– Gdy Piotr i Jan zobaczyli przy Pięknej Bramie sparaliżowanego człowieka Piotr zatrzymał się i powiedział: „Spójrz na nas”

Dz. 3:4-6)

I niesiono pewnego męża, chromego od urodzenia, którego sadzano codziennie przy bramie świątyni, zwanej Piękną, aby prosił wchodzących do świątyni o jałmużnę;  ten, ujrzawszy Piotra i Jana, gdy mieli wejść do świątyni, prosił o jałmużnę. A Piotr wraz z Janem, wpatrzywszy się uważnie w niego rzekł: Spójrz na nas. On zaś spojrzał na nich uważnie, spodziewając się, że od nich coś otrzyma.I rzekł Piotr: Srebra i złota nie mam, lecz co mam, to ci daję: W imieniu Jezusa Chrystusa Nazareńskiego, chodź!

Gdy dalej mówiłem głośno, Pan do mnie mówił – Piotr nie powiedział tego, aby zwrócić uwagę żebraka na siebie lub pochwalić się czymś, co posiadali, lecz po to, aby wzbudzić oczekiwania tego człowieka – tak, aby spodziewał się, że coś od Piotra i Jana dostanie. (w.5).

Następnie Duch Pański powiedział do mnie: – Nie byłoby żadnego pożytku z tego, gdyby Piotr rzekł: „obec nie dary uzdrowień działają,” gdyż ten człowiek nic by na ten temat nie wiedział, Nowy Testament nie był jeszcze spisany. Widzisz, ludzie mogą być uzdrawiani bezpośrednio przeze mnie, ponieważ wierzą i doświadczają swej wiary w obietnice Boże tak, jak to zrobiłeś ty sam. Wielu ludzie nie znajdują się w takim miejscu, żeby mogli otrzymać uzdrowienie sami, dlatego chcę, abyś ty im powiedział, że Ja namaściłem cię i wysłałem do służby uzdrawiania chorych. Kiedy tak zrobisz, nie ściągasz uwagi na siebie lecz wzbudzasz w ludziach oczekiwanie. Nie będą potrzebowali wiary lecz po prostu oczekiwania (nadziei)ode Mnie, ze ich uzdrowię przez ciebie, poprzez manifestację moich darów.

Wtedy zobaczyłem różnicę i to właśnie chciałbym wam przekazać: możesz zostać uzdrowiony bezpośrednio, przez prostą wiar Bogu – i to jest, jak wierzę, najlepszy sposób odebrania uzdrowienia, lecz tak nie jest we wszystkich przypadkach i dlatego musimy modlić się również w  ten sposób.
Modlić się o co? Czy o to, aby wszyscy mieli dary uzdrowień? Nie, zauważyliśmy uż na podstawie 1 Kor 12, że nie wszyscy będą mieli dary uzdrowień w ich służbie, lecz dzięki Bogu niektórzy będą mieli. Jesteśmy Bogu wdzięczni Bogu za przywilej wierzenia i działania na podstawie Słowa Bożego, powinniśmy to robić stale lecz możemy się modlić o to, aby dary uzdrowień coraz częściej objawiały się wśród nas, oraz oczekiwać wlewania się Bożej mocy na innych poprzez członków Ciała Chrystusa, jak Duch zechce.aracer

Duch Faryzeusza_1

Autor nieznany

Ponieważ są wśród nas tacy, którzy mają aspiracje, ponieważ są czasy i chwile takie jak dziś i wcześniej, ponieważ jest Bóg, który kiwa na nas z wysokości, to wszystko, i wiele więcej, stało się powodem napisania tej książki. W każdym wieku i na każdym miejscu jest ktoś, kto się sprzeciwia temu. Zawsze, gdy synowie Boży stawali przed Bogiem, stawiał się tam szatan. Na każdym miejscu, gdzie udzielana jest łaska, jest również stawiane prawo jako przeciwieństwo. Gdy czasy i chwile Boże wprowadzają Syna Człowieczego zawsze oczekuje na to Smok. Naszym celem jest zidentyfikowanie smoka, zdemaskowanie diabła i ostrzeżenie podróżnego.

Jest ktoś taki, który sprzeciwia się we wszystkich.
Stosowne jest to, że nie walczymy z „ciałem i krwią” ponieważ jesteśmy, w środku, duchowymi ludźmi. Nie aspirujemy do jakiegoś świeckiego nieba, lecz do samego serca Bożego, a ponieważ nie zwróciliśmy naszego wzroku na finansowe bezpieczeństwo czy dobrze ugruntowane religijne przeżycia czy reputację wśród braci to możemy być swobodnie zaliczeni do radykałów naszego pokolenia.

Lecz musimy – po prostu musimy – trzymać się wiarą z tymi, którzy szyli przed nami, jak również z tymi, którzy mogą przyjść po nas.

Musimy również trzymać się wiarą ze sobą.

Nie do pomyślenia jest zatrzymanie się i niepowodzenie.

Lecz bądź spokojny, gdzieś na drodze spotkamy tego, który stoi w bramie i usiłuje odmówić nam wejścia. W tym wieku, ten ktoś nie jest jakimś złudzeniem z przeszłości, lecz dającą się zidentyfikować istotą, z imieniem, charakterem oraz długą historią intryganta.
Może on zostać wezwany do rozliczenia! Ten, który „obracał w perzynę” może zostać sam obrócony w perzynę, ponieważ Ten, który ‘pojmał jeńców” ciągle działa.

A więc mówimy…

Sen

To był bardzo mocny obraz. Na scenie w jakiś sposób zawieszonej między niebem a ziemią, młody człowiek był zaangażowany w bardzo żarliwą rozmowę, najpierw z jedną osobą, potem z następną. Przedmiotem dialogu była religia i to jakie ma ona zadanie w życiu człowieka i jak tenże musi w końcu przyjść do poznania Boga i Jego powołania dla życia ludzkiego.

Młody człowiek wydawał się być całkiem przekonujący. Niektórzy przystawali, aby posłuchać. Niektórzy nawet się zgadzali, tych zabierał delikatnie za rękę na bok i wprowadzał ich do tej religii, której system reprezentował.

Lecz było w tym coś znacznie więcej niż było widać. Z pewnością był tam młody człowiek. No i, tak również, usiłował nawrócić innych. Lecz (i to było dziwne) nad nim, coś jakby reżyser poruszający się na miotle, unosiła się zjawa.
Mówię unosiła, ponieważ tak właśnie to wyglądało. Mówię zjawa ponieważ to nie posiadało takich przymiotów jakie mógłby ktoś przypisać stworzeniu z ciała i krwi.
Nie. Było bardziej jak dżin, który wyskoczył z lampy Alladyna, jak to się ilustruje w bajkach dla dzieci.

Ponad sceną, unosząc się, nierealny a jednak bardzo rzeczywisty. Tak rzeczywisty, że faktycznie i dosłownie dominował nad całą sceną. Tak realny, że można było zdać sobie sprawę z tego, że faktycznie był to (zjawa) reżyser wszystkiego, a ci wszyscy na scenie (włącznie z młodzieńcem) zwyczajnie odgrywali role. Tylko wtedy, gdy to uchwyciłeś, byłeś w stanie ustalić rzeczywisty stan i niemal mechaniczne akcje i reakcje graczy na scenie nabierały sensu.

Słowa młodzieńca były żarliwe, tak jego styl był szczery. Jednak, gdy tylko zacząłeś rejestrować to, co jeszcze przed chwilą było ukryte, okazywało się, że jego serce takie nie było. To była tylko rola do odegrania. Faktycznie, jego działanie było podobne do dobrze wyćwiczonej istoty, która wykonuje kroki nakazane przez właściciela. Były do niego przyczepione niewidzialne sznurki i był manipulowany przez lalkarza unoszącego się nad nim.
W miarę gry stawało się wyraźne, że młody człowiek nie jest zadowolony z roli, którą odgrywał. Rzeczywiście, więcej niż jeden raz ruszał w kierunku zewnętrznych granic sceny, jak gdyby w jakiś sposób chciał uciec od tej sytuacji, lecz zawsze był sprowadzany z powrotem przez niewidzialne sznurki.

I wtedy, stało się.
Młody człowiek nie tylko dotarł do brzegu sceny, lecz nagle odwrócił się tyłem do przedstawienia i zaczął odchodzić. Równie nagle zjawa zdawała się odczuwać, że jej moc nad młodzieńcem została zmniejszona. Jej reakcja była natychmiastowa a widok był straszny. Krzyknęła na niego:
– Patrz – wrzeszczała – spójrz w górę na niebo!

Młody człowiek popatrzył w górę.

Wszystko, co zobaczył to smuga białej chmury na tle niebieskiego nieba.  – Patrz – krzyczała – i to wiedz: nigdy nie będziesz znał twojego Boga inaczej jak tylko jako nieuchwytną smugę, substancję z pary, jak ta mała chmurka w górze!

Na to oświadczenie, bez zastanowienia młody człowiek przyspieszył:  – Nie – krzyknął, a słowa zdawały się wypływać z jego ust – O nie! Poznam Go! Ponad religijną nieuchwytną smugą, będę Go znał!

Bez ostrzeżenia, słowa jego usta, niezrozumiałe w tym momencie, zmieniły się w to, co nie było niezrozumiałe. Inne słowa. Słowa dziwnie brzmiące. Słowa pełne-mocy. Wypełniły jego język i przeskoczyły odległość między nim a zjawą.  W czasie jak jego żarliwa mowa trwała, stało się coś dziwnego.

Zjawa znikła! Jednej chwili była tam, a za moment, puuf, nie było jej.   Na jej miejscu zaś pojawiło się coś, co wyglądało na stalowy dźwigar, na którym młodzieniec postawił swoje nogi.

Wtedy już wiedział.  Był wolny. W końcu, nareszcie był wolny!  Nie tylko od zjawy, lecz również od swych własnych ograniczeń!

Daleko za nim ziemia i ludzie ziemi. A on wiedział o tym, że może zejść z dźwigara jednym gigantycznym krokiem, zejść na powierzchnię planety, teraz odległą o tysiące metrów pod nim! Młody człowiek obudził się ze snu.
Dziwił się.

I pytał o to swojego Boga.

I jego Bóg dał mu zrozumienie.

– Jak było na imię zjawie – pytał – która miała moc nade mną i moim działaniem?
– Ona ma żydowskie imię – odpowiedział Pan.

– Tak! – krzyczał młodzieniec – Wiem, że to było żydowskie imię, lecz kim ona jest, co reprezentuje?

I oto przyszła odpowiedź:

– To jest duch faryzeusza.

CHOROBA

Od samego początku było coś, co stało na drodze celów Bożych dla człowieka. Nazywane wieloma imionami zasłużyło sobie w pełni na reputację najbardziej przebiegłego przeciwnika. Dla celów tego opracowania nazwę go Duchem Faryzeusza i upodobnię do choroby. Nie takiej zwykłej choroby wybranej z całego bogactwa tychże, lecz – bądź tego pewien – takiej, która jest zawsze i na każdym miejscu śmiertelna. Bardzo podobna do raka w naszych współczesnych czasach okrada w ciemności, ponieważ dzięki niej działa najskuteczniej.
Co zadziwiające: nie jest to choroba, która uderza wszystkich. Jest raczej zarezerwowana dla tych spośród nas, którzy będą „bogaci”, tych, którzy aspirują do wyższego myślenia i tych, którzy oddali się ponad przeciętność. To w czasach Jezusa, zwanego Chrystusem, zdobywamy wyraźny, najbardziej złożony obraz choroby w pełnym rozkwicie.
Rzeczywiście wygląda to tak, jakbyśmy byli obecni przy samym obrządku inicjacji faryzeizmu i jakby Ten Święty sam pokazywał nam i ostrzegał nas przed najbardziej niebezpieczną chorobą – duchową pychą.

To jest ta, która dzięki ambicjom przejmuje życie króla.
Początkowo nie wygląda to na nic większego niż właściwe poczucie własnej wartości, lecz komórki zaczynają się dzielić i guz rośnie a choroba rozprzestrzenia się. Do czasu, aż…

W świeckim świecie często uświadamia się nam coś, o czym mówimy jako o pysze lub wierze w siebie. Podobnie jak z arszenikiem pewne małe ilości mogą być korzystne. W psychiatrii wałkowanie wiary w siebie jest często narzędziem a zdrowy szacunek do siebie jest uważany za istotny dla emocjonalnego zdrowia. Faktycznie, wątpliwe jest czy cokolwiek dobrego przyszło do ludzkości poprzez negatywne emocje.
Żaden „robak ziemski” nie namalował sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej, ani nie poprowadził swojego statku na nieznane wody. Żaden więdnący fiołek nie przypiął swych tez do kościelnych drzwi, ani żaden podwładny nie podniósł w powietrze Kittyhawk’a. Brytania rządziła falami morskimi nie tylko dlatego, że miała wiele statków, lecz również dlatego, że wierzyła w siebie, swoje instytucje i swoje przeznaczenie.

Poczucie własnej wartości!
Duma, które nie zdegenerowała się do arogancji!
Jakie miłe, faktycznie. Jak odświeżające. Jak potrzebne! Niechby Bóg sprawił, aby wszyscy Jego ludzie pili z tej studni i pożywali z tego stołu. Lecz jest też druga strona tego medalu i jest dolna strona góry a jest nią wypaczenie ideału. Jest to przebranie miary, nadmiar tego co dobre. To jest to, co wykrzywia, wykręca i wynaturza ideę wartości własnej do monstrualnych rozmiarów, obcej zasady. Jest to sieć zarzucana pod nogi każdemu, kto ma aspiracje.
Każdy, kto kiedykolwiek służył w takim wymiarze, który stawia go „ponad” towarzyszami zna go. Każdy podoficer, każdy porucznik, każdy sędzia i każdy duchowny. Być może powinniśmy dodać – szczególnie każdy duchowny. Oczywiście mówimy o Niszczycielu. O Duchu, który niszczył, nadal niszczy i będzie niszczył, ponieważ taka jest jego natura. Posyłany jest w szczególności przeciwko tym, którzy w każdym wieku będą wstępować na „Świętą Górę” Pana.

Wśród tych rzeczy, których Bóg nienawidzi najbardziej, ta jest największa. Tuż za kłamliwy językiem jest dumny wzrok. Faktycznie w Przyp. 8:13 zły jest sam zdefiniowany jako „buta i pycha” i „przewrotny język” Pan ogłasza, że tego nienawidzi. Ponownie w Przyp. 14:3 (BT) „W ustach głupiego rózga na jego pychę”. Izajasz mówi „biada koronie pyszałków” a Jeremiasz o nim jako o zwodzicielu -„Pycha twego serca zwiodła cię” (tłum z ang. – przyp. tłumacza).

Lecz dla nas to za mało, aby przytaczać ci tutaj właściwe cytaty. Wszyscy mniej lub bardziej mamy jej świadomość. Znamy ostrzeżenia rozsiane po całej Księdze. Nikt z nas nie jest na tyle ignorancki, aby nie wiedzieć, że kiedy pycha w pełni zostanie w nas rozwinięta, to nieszczęścia i katastrofy z całą pewnością są w drodze. Pycha, faktycznie, „idzie przed zniszczeniem” a „wyniosły duch przed upadkiem”.
Lecz choroba nie pojawia się od razu w pełnym rozkwicie. Na początku jest naszą radością i sposobnością. To dopiero wtedy, gdy ‘syn jutrzenki’ został wyniesiony do swej potężnej mocy i znaczącego piękna, odkryto u niego ten grzech (ambicje).
Wtedy, i tylko wtedy, starał się wstąpić wyżej i został pobudzony do rzucenia wyzwania suwerenności Bożej.

Faryzejstwo było unikalnym indywiduum. Unikalnym w tym sensie w jakim unikalna była wdowa z groszami; jak unikalna była upadła kobieta, która umyła stopy Jezusa łzami. Bóg wiedział, że nie był to pierwszy pyszny mężczyzna, podobnie jak nie była pierwsza kobieta, która ze swego skromnego zapasu ofiarowała na utrzymanie domu Bożego.
Nie.
Byli unikalni, ponieważ w nich zostały zmieszane, skodyfikowane i skrystalizowane różnorodne elementy człowieka. Teraz i na zawsze później, my, którzy idziemy po nich, będziemy w stanie zrozumieć zasadę. U wdowy widzimy, tak długo, jak długo trwa życie, ducha prawdziwego dawania. W faryzeuszu – ducha religijnej bigoterii i duchowej pychy. Oni nadawali kształt jej formie.

Dzięki ci, Boże, za faryzeusza.
W nim i przez niego zamanifestowałeś to, co było wcześniej przed nami ukryte. W jego myślach, zachowaniach i działaniach spotykamy się twarzą w twarz z samymi sobą. Jak ty sam zamanifestowałeś w nas wszystkich to, co było podobieństwem do Chrystusa, tak przez niego zamanifestowałeś to wszystko, co w nas wszystkich jest Anty-Chrystem.
A teraz już wiemy i nie mamy żadnej wymówki. Podobnie jak twój Duch trwa w nas pomimo wielu lat jakie upłynęły od wydarzeń zapisanych w ewangeliach, tak też jego duch trwa w nas szepcząc do nas, zwodząc nas, sprowadzając na nas sąd, stale i wciąż, i wciąż, i wciąż, i wciąż.

Dzięki ci, Boże, za faryzeusza!
Kogoś, kto musiał odegrać dla Ciebie rolę prostego człowieka.
Kogoś, kto musiał dla Ciebie stanowić puentę.

Oczywiście, starożytna sekta znikła już dawno, a nawet gdyby trwała do dziś to wątpliwe jest czy ktokolwiek otwarcie przyznałby się do członkostwa w niej. Do tradycji katolickiej? Tak. baptystycznej, metodystycznej, zielonoświątkowej? O, tak, lecz nie faryzejskiej. Dlaczego? Z dwóch prosty przyczyn. Nazwa stała się symbolem czegoś zupełnie innego niż to było w czasach, gdy żył Syn Człowieczy. W tamtych czasach dla większości ludzi faryzeusz był kojarzony z człowiekiem czy grupą ludzi, którzy traktowali swoją religię bardzo poważnie; nawet poważniej niż zwykły Żyd. Ich gorliwość był legendarna, ich oddanie i poświęcenie co najmniej „objawiało” słowo ich Boga (zakon Mojżeszowy) w sposób nie do pokonania przez kogokolwiek. Sam apostoł świadczył o nich, ich oddaniu każdemu szczegółowi i ich „sprawiedliwości” opartej na zakonie. Byli tymi „odłączonymi”.
Dziś mam zupełnie inne spojrzenie. Współcześnie ta nazwa oznacza kogoś, kto jest nietolerancyjny, bigoteryjny, pyszny i arogancki. To ten, któremu sprawia przyjemność odkrywanie (i szybkie wskazanie na to), że jest „inny” od zwykłych ludzi, którzy zamieszkują tą planetę wraz z nim.

Faryzeusz, który wszedł do świątyni modlić się, choć to tylko przypowieść opowiedziana przez Jezusa, jest doskonałym przykładem. Jest to zapisane w ew. Łukasza 18. Jezus mówi do pewnych ludzi (18:9), „którzy pokładali ufność w samych sobie, że są sprawiedliwi, a innych lekceważyli”:
Dwóch ludzi weszło do świątyni, aby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak się w duchu modlił:
– Boże, dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy albo też jak ten oto celnik. Poszczę dwa razy w tygodniu. Daję dziesięcinę z całego mego dorobku.
A celnik stanął z daleka i nie śmiał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w pierś swoją, mówiąc:  – Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”.

Kiedy sięgniemy nieco ponad słowami to robi się trochę parno.

Ponieważ słowa wypowiedziane przez faryzeusza z przypowieści Jezusa, są tym, co jego przodkowie wypowiadali (lub myśleli) i jest to postawa, która sama w sobie jest dobrze znana (tak bolesne) większości z nas. Jest to postawa, która sugeruje, że my, religijne postaci, jesteśmy z natury „lepsi” niż bliźni. O, Boże, jestem tak szczęśliwy, że nie zaciągam się papierosami ani nie wzdycham do ściskania cudzych zgrubień skórnych i jestem zadowolony z tej żony, którą mi dałeś. Jestem tak zadowolony z tego, że upodobało ci się uczynić mnie troszkę bardziej moralnym, troszkę bardziej starannym jeśli chodzi o wykonanie twojego prawa i troszkę bardziej ‘duchowym’ niż ten oto celnik. Wiem, że on modli się przy tym samym ołtarzu, co i ja, lecz, Boże, my obaj wiemy o tym, że należy robić różnice, nawet między tymi, którzy oddają cześć przy tym samym ołtarzu.

Tak, różnica została poczyniona, lecz zrobił ją Jezus. Łajdacki (w oczach faryzeusza) celnik odszedł do domu usprawiedliwiony, a nie, sprawiedliwy we własnych oczach, faryzeusz. Oczywiste jest, że Jezusowi nie chodziło o to, że nasz przyjaciel faryzeusz byłby zamożniejszy, mówiąc duchowo, gdyby wydusił ostatnio trochę pieniędzy, oszukiwał troszkę na podatkach czy zawlókł żonę sąsiada w krzaki.
Nie.  Jezus powiedział tutaj, że ten człowiek (faryzeusz) nie miał żadnego pojęcia o łasce Bożej, zbyt silnie zaufał swojej ‘zdolności’ do zachowywania zakonu Mojżeszowego, był zarozumiałym człowiekiem o własnej sprawiedliwości i że ten świętoszek będzie miał największe trudności z dostaniem się do królestwa!

Jesteś chorym człowiekiem! Znacznie bardziej chorym niż ten celnik, na którego patrzysz z góry!

W szczegółowym opisie tej choroby znajdujemy jeden rozdział wśród pism Nowego Testamentu, który wykłada tą sprawę dla nas. Jest to 23 rozdział ew. Mateusza. Być może Mateusz zarejestrował starcie Jezusa z faryzeuszami znacznie bardziej dokładnie dlatego, że sam będąc celnikiem był bardziej wrażliwy na niuanse. W każdym razie Mat. 23 jest jednym nieszczęściem (biada) postawionym na szczycie innego.

Biada! Biada! Biada!
Oskarżenie, zarzut, poniżenie, zdemaskowanie. Po tym szczególnym ‘kazaniu’ nie dziwi mnie w końcu, że „chcieli go zabić”. Żaden faryzeusz godzien swojej szaty nie mógł znieść takiej tyrady bez choćby cienia skurczu na twarzy. Po prostu posłuchajmy:

23:4-7
Bo wiążą ciężkie brzemiona i kładą na barki ludzki, ale sami nawet palcem swoim nie chcą ich ruszyć.
I dalej:
Wszystkie swe uczynki czynią, bo chcą, aby ich ludzie widzieli.

Lubią też pierwsze miejsce na ucztach i pierwsze krzesła w synagogach.

I pozdrowienia na rynkach i tytułowanie ich przez ludzi: Rabi tj. nauczycielu lub mistrzu

(Wstyd za tych ludzi, prawda?)

A teraz kilka biada, oto nadchodzą nieszczęścia!

23:13-
Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy (hipokryci), że zamykacie Królestwo Niebios przed ludźmi, albowiem sami nie wchodzicie ani nie pozwalacie wejść tym, którzy wchodzą.

Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że pożeracie domy wdów i to pod  pokrywką długich modlitw…

Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Ponieważ obchodzicie morze i ląd, aby pozyskać jednego współwyznawcę, a gdy nim zostanie, czynicie go synem piekła dwakroć gorszym niż wy sami
(Tak wiele dla misyjnych wyjazdów).

Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że dajecie dziesięcinę z mięty i z kopru, i z kminku, a zaniedbaliście tego, co ważniejsze w zakonie: sprawiedliwości, miłosierdzia i wierności; …

Przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda.

(O, mój Panie, my. To jest cios poniżej pasa.)

Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że oczyszczacie z zewnątrz kielich i misę, wewnątrz zaś są one pełne łupiestwa i pożądliwości. Ślepy faryzeuszu ! oczyść wpierw wnętrze kielicha, aby i to, co jest zewnątrz niego, stało się czyste.

(Zdaje się, że mamy z tym poważny problem, czyż nie?).

Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że podobni jesteście do grobów pobielanych, które na zewnątrz wyglądają pięknie, ale wewnątrz są pełne trupich kości i wszelakiej nieczystości.
(O, jej. To wszystko.. to, o mnie!)

Biada wam uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, że budujecie grobowce prorokom (tj. martwym) i zdobicie nagrobki sprawiedliwych (tj. świętym, którzy odeszli), i mówicie: gdybyśmy żyli za dni ojców naszych, nie bylibyśmy ich wspólnikami w przelaniu krwi proroków.

Jest w tym założeniu coś szczególnie tragicznego. Jestem pewien, że faryzeusze byli szczerzy. Ani przez chwilę nie sądzę, aby oni sami uważali siebie za zdolnych do zrobienia czegoś takiego jak zabicie Abla, czy ukamienowanie Zachariasza, lecz nie rozumieli tego, nawet my tego nie pojmujemy, że ani oni ani my nie walczymy z ciałem i krwią, lecz raczej z duchem.

A ci, którzy są zdominowani przez tego ducha i są poddani mu, BĘDĄ „zabijać Abla” i „kamienować Zachariasza” tj. będą to robić we współczesnym wydaniu. To dlatego Jezus mógł przypuszczać, że gdy będzie posyłał do tamtego pokolenia (lub do tego) „proroków, mędrców i uczonych w Piśmie” to oni będą rzeczywiście „zabijać i krzyżować” niektórych z nich, a innych będą biczować w synagogach i przepędzać z miasta do miasta”.

Król

W starożytnym Izraelu mieszkał sobie młody człowiek z plemienia Banjamina. Był typowym młodym Izraelitą, dobrym, liczącym się z innymi i posłusznym swemu ojcu Kiszowi. Któregoś dnia ten młodzieniec trafił na takie okoliczności, które zmieniły całe jego życie. W czasie poszukiwań oślic, które zginęły, zdecydował się zapytać Jasnowidza. Gdy tam poszedł, ku jego zdumieniu, jasnowidz wbił w niego swoje oczy i powiedział (1 Sam. 9:20. w wersji ang. – przyp. tłum.):

– Czyż nie dlatego Pan namaścił cię, abyś był królem nad wszystkim co pożądania godne w Izraelu.

Wiecie, to nie było coś, co ten młody Beniaminita słyszał codziennie i szok jaki przeżył słysząc to oświadczenie był oczywisty. Odpowiedział:
– Czyż nie jestem Beniaminitą, więc z najmniejszego plemienia izraelskiego, a ród mój jest najmniejszy z rodów plemienia Beniamina. Dlaczego więc (w świetle tego) mówisz do mnie takie rzeczy?

Lub, czy jesteś pewien, że trafiłeś na właściwą osobę?

Oczywiście słowo prorocze wytrzymało (jak to zawsze bywa) reakcję młodego człowieka. Saul został wybrany, namaszczony i służył jako król nad Izraelem.

Lecz to nie jest jeszcze w żadnej mierze koniec tej historii.

Nie.  Idźmy dalej za tym młodzieńcem, jeśli chcesz, zaczynając od jego skromnego początku, aż do jego największych triumfów (a wiele ich było), a zobaczysz, że wkrótce po koronacji coś się stało się z tym chłopcem, coś strasznego. Ponieważ ten, który zabił swój „tysiąc” spotkał się z czymś, czego zabić nie mógł, czymś znacznie głębszym w nim samym, czego nie mógł pokonać.

Jego odrzucenie przez Boga jest jednym z najbardziej poruszających zdarzeń w całym Bożym dramacie.

Ponieważ to nie był obcy król ani pogański książę. Był to człowiek wybrany przez Boga spośród domostwa Bożego. To sam Bóg umówił spotkanie a prorok Boży wylał olej na jego głowę. To ludzie Boży okrzyknęli go królem. Jako że to wszystko było z Boga, młody król otrzymał zachętę i mądrość do rządzenia swym domem.

To również Bóg, ten sam Bóg, zdetronizował go.
Historia króla Saula nie należy do przyjemnych zarówno przy czytaniu, jak i rozważaniu jej. Większość z nas szybko przebiega ten szczególny przykład. Przede wszystkim, czyż nie należymy do ekipy „Dawida”?

Kiedy mamy do czynienia z Saulem?

Lecz Saul jest przyjacielem i jego historia nie jest po prostu historią młodzieńca, któremu powierzono pozycję autorytetu zanim był w stanie unieść jej odpowiedzialność. Nie. Jest to historia każdego człowieka a jej symbolika względnie stała w szczególności jeśli chodzi tych spośród nas, nad którymi zostało wypowiedziane słowo a wino wylane na głowę. Ponieważ Saul, tak jak my, nie zaczął tego kontaktu z Bogiem – został wyznaczony. On nie aspirował do tronu – został na niego wyniesiony. Dalej, jest to historia człowieka, który czynił dobrze (przez pewien czas) i czcił swego Boga (czasowo), lecz który zapomniał, lub nigdy nie rozumiał tego jako czegoś ważnego, że moc/władza ma moc  niszczenia a aplauz jest mocnym winem!

Niektórzy przypuszczają, że Bóg został nieco zmuszony do wyznaczenia króla Izraelowi, przez ich żądanie, lecz nigdzie nie znajdziemy sugestii, że nie mógł po prostu powiedzieć: nie.  Nie. Fakt jest taki, że Bóg zdecydował zrobić to, co zrobił i wybrał tego młodzieńca.

Saul był naczyniem wybranym dla Boga.

Był wybranym naczyniem, które początkowo wszystko wykonywało jak należy. Faktycznie, na początku propozycja nie pociągała go wcale. Gdy przyszli po niego na ceremonię koronacyjną to nie mogli go znaleźć. Pismo mówi nam, że „schował się w taborze”. (Nie wygląda na to, że pragnął tej pozycji, prawda?).

Gdy w końcu został znaleziony i przekonany, aby przyjął szatę przywódcy, zostało również zapisane, że zachowywał się podziwu godnie i z czcią, zarówno przed ludem jak i przed Bogiem, oraz przed wrogami ludu Bożego. Dopiero po tym, gdy odniósł swoje pierwsze rzeczywiste zwycięstwo i zasmakował na krótko „skutków ubocznych” królowania, znalazł się po niewłaściwej stronie, dyskutując z tym samym człowiekiem (Samuelem), który go namaścił na króla. Tym razem spotkanie nie było serdeczne ani okazja radosna. Teraz prorok miał dla niego zupełnie inne posłanie.

Wydaje się, że nasz młody król został zarażony i nabawił się jednej z najbardziej śmiertelnych chorób wszech czasów – zarozumialstwa. Niezadowolony z odgrywania wyznaczonej mu roli króla Izraela celowo i dobrowolnie wprowadził siebie samego w urząd kapłana. Co jest zdumiewające to fakt, że nawet nie uważał tego zdarzenia za godne uwagi. Dopiero, gdy nadszedł Samuel i przemówił do niego, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że choć był królem, ciągle musiał odpowiadać za swoje działania przed swoim Bogiem.

– Popełniłeś głupstwo. – powiedział królowi prorok. – Nie zachowałeś przykazań twojego Boga. Gdybyś był dochował przykazania Pana, Boga twego, które On ci nadał, Pan byłby utwierdził królestwo twoje nad Izraelem na wieki. Lecz teraz, królestwo twoje nie utrzyma się…

Przydałoby sie nieco oburzenia, bo przecież ten człowiek popełnił zło i otrzymał to,  na co zasłużył. Koniec sprawy.

Lecz sprawa nie jest jeszcze zamknięta, nieprawdaż?

Wy, którzy zostaliście złapani w tym dniu, wiecie, nieprawdaż? Każdy z was, komu została powierzona w zaufaniu praca na Bożej scenie w tym czasie, ma tego świadomość, prawda? Saul nie był pierwszym ani ostatnim „królem”, który nadużył mocy swego urzędu.

Nie. Duch „pychy i arogancji” ciągle w nas tkwi bardzo mocno.

Część Druga

 раскрутка сайта

Duch Faryzeusza_2

Część Pierwsza

Najpierw  źdźbło…

Pewien młody człowiek nie był jeszcze wielkim kaznodzieją, jak inni. Żadnych owoców dla tych, którzy chcieliby to zbadać, żadnych otaczających go tłumów gdy mówi, ani uczniów łapiących każdego jego słowo. Był pewny tylko tego, że został „powołany” i to od młodości, lecz wydawało się, że nie ma dla niego miejsca. Nikt nie dzwonił, aby zaprosić go do usługi i nieliczni tylko interesowali się jego życiem. Być może było tak dlatego, że nigdy nie czuł się wygodnie w tej służbie straszenia ludzi piekłem i nie mając tego „znaku”, nie mógł sprzedawać ani kupować na religijnym rynku. Czy też, po prostu, dotąd nie powiedział ani nie zrobił nic godnego uwagi.

W każdym razie nie był wysoko ceniony w tym małym zgromadzeniu.

Pewnego dnia z opatrzności Bożej został wyznaczony według uznania pastora jako jeden z czterech młodych usługujących, aby przemawiać na specjalnym spotkaniu dla lokalnego zgromadzenia.

W międzyczasie zaczęły się młodemu mężczyźnie przydarzać różne zaskakujące rzeczy.

Dostał pocztą pamflet, przeczytał go i został bardzo poruszony słowami tam zawartymi. Faktycznie, okazał się być katalizatorem rozbudzającym jego ducha. Choć nie rozumiał tego, co się działo wiedział, że było to zarówno przerażające jak i radosne.

Weźmy na przykład Biblię. Nie miała już takiego znaczenie „potem” jakie miała ‘przedtem”. Nowe myśli i koncepcje zaczęły się kształtować w jego umyśle i to takie, które nie były porównywalne z obowiązującą konwencją i tradycjami.

Faktycznie niektóre z nich były całkiem nieortodoksyjne i czuł, że nie odważyłby się mówić o nich z kimkolwiek, a jednak czuł, że nie może ich utrzymać więc, w końcu, szukał przyjaznego ucha. Lecz dziwne brzmienie objawienia nie było wystarczająco standardowe i nie podzielił się tym z nikim.

W końcu nadszedł czas owego specjalnego spotkania. Z pośród tych czterech, którzy zostali wybrani, nasz młody człowiek był tak naprawdę brzydkim kaczątkiem. Jeden z tych młodzieńców był bratem całkiem znanego ewangelisty. Inny był synem szanowanego, starego sługi ewangelii. Trzeci był wzorem cnót, pięknym, młodym mężczyzną, znakomitym mówcą, uzupełnianym przez piękną narzeczoną.

Kontrast był widoczny.
Nasz młody przyjaciel nie miał takich referencji.

Jednak, gdy nadszedł jego czas coś się z nim stało. Coś niewiarygodnego i trudnego do wytłumaczenia. Jego słowa nie były, jakby to mógł sobie ktoś wyobrazić widząc nowicjusza, wątłe i kulawe. Zupełnie nie. Nie było nerwowości w jego sposobie mówienia i ani odrobiny strachu. Było tak, jakby ktoś lub coś podawał mu myśli i przedstawiał idee, przedstawiał ilustracje, których on osobiście nie znał.

Strumień płynął nadal.

W końcu, po jakiejś godzinie, stary, szorstki pastor klepnął go w ramię i powiedział:

– Nie możesz tego wszystkiego wygłosić w jeden wieczór.

Po spotkaniu wydarzyło się wiele rzeczy.

Niektóre błogosławione, inne będące przekleństwem, a jeszcze inne po prostu dziwne.

Nasz młody przyjaciel nie był już więcej „nikim”.

Został zauważony.

Liczono się z nim.

Nie był już więcej „ukryty w taborze”.

Następny król

Pycha jest chorobą bogaczy.

O ile król Saul bardzo się starał to król Nebukadnesar doprowadził sprawę do końca. Jestem pewien, że go pamiętasz. Rządził nad całym królestwem babilońskim przez wiele lat. To, co się przydarzyło jemu w czasie panowania jest fascynującą historią i pełną objawienia.

W przeciwieństwie do innych, którzy podjęli walkę z Bożym ludem, on okazał się zwycięzcą.

No, ostatecznie, na krótkim dystansie. Zwrócił się przeciwko Judzie podczas panowania Jehojakima, obległ Jerozolimę i zdobył ją, po czym wziął do niewoli, uprowadził do Babilonu kilku szczególnych młodzieńców. Byli wśród nich Daniel oraz Szadrach, Meszach i Abednego (Brzmi jak zespól rockowy, nie?).

Była to grupa młodzieńców, wybranych spośród wziętych do niewoli, aby służyli wielkiemu królowi, Nebukadnesarowi. Jak się okazało, nie pasowali oni zbyt dobrze do babilońskiego społeczeństwa. W szczególności nie brali udziału w klękaniu przed obcymi bogami. Faktycznie, odmówili tego, dzięki czemu mamy tą wspaniałą historię o ognisty piecu i Czwartym Mężu, który pojawił się wśród nich.

W tym czasie nasz przyjaciel, Nebukadnesar, dowiedział się nieco o mocy Tego, który był zaangażowany w sprawie ognistego pieca. Rzeczywiście, jeśli wsłuchasz się uważnie w to, co powiedział natychmiast po tym wydarzeniu, to mógłbyś nawet wnioskować, że się nawrócił i stał się prawdziwym wierzącym. Posłuchajmy bardzo zszokowanego monarchy:

Nebukadnesar, król, do wszystkich ludów, plemion i języków, które mieszkają na całej ziemi: Pokój wam! Postanowiłem oznajmić o znakach i cudach, których na mnie dokonał Bóg Wszechmogący:

Jakże potężne są jego cuda! Jego królestwo

jest królestwem wiecznym,

a Jego władza z pokolenia w pokolenie.

No, wydaje mi się, że jest to całkiem konkretny wyraz uznania, jak na kogoś, kto dopiero co, ustawił swój własny „złoty posąg” i straszył śmiercią każdego, kto się przed nim nie skłoni! Niemniej czasami (może to zauważyłeś) nawrócenie wywołane przerażeniem trwa tylko tyle ile przerażenie.

I tak było z naszym przyjacielem.

Wkrótce po tym strachu (i całkiem elokwentnej przemowie) leżąc na swej kanapie zaczął przeżywać dziwne sensacje związane ze snem. W tym śnie zobaczył wielkie drzewo. Nie jakieś szczególnie przerażające samo w sobie, lecz musiało być w tym coś strasznego, przynajmniej dla króla, ponieważ Pismo mówi nam, że był faktycznie przerażony i wezwał Daniela, aby mu sen wyłożył jeśli potrafi. Daniel, w przeciwieństwie do królewskich wróżbitów i czarowników, dał sobie z tym radę. A taka była interpretacja snu, jaką Daniel przekazał królowi Nebukadnesarowi:

Drzewo, które widziałeś, które rosło i było potężne, którego wysokość sięgała nieba, a było widoczne na całej ziemi, którego liście były piękne, a owoc obfity, które miało pokarm dla wszystkich, pod którym mieszkały zwierzęta polne, a w jego gałęziach gnieździły się ptaki niebieskie – to jesteś ty, królu: rosłeś i stałeś się potężny, twoja wielkość urosła i sięga nieba, twoja władza rozciąga się aż po krańce ziemi.

Wow!

To jesteś ty, królu. To jest twój sen. Wzrosłeś (miłe prawda?) i stałeś się potężny. A twoja wielkość sięga teraz samego nieba!
Wow!

Nie wspominając o tym, że twoje królestwo sięga krańców ziemi.

(O, Ten Daniel, mógłby zinterpretować wszystkie moje sny).

Dobrze, niemal cały czas. Zdaje się, że posłanie ma dalszy ciąg:

P.S. jest taki drobiazg:
Podobnie jak drzewo, które widziałeś, upadniesz: „wypędzą cię spośród ludzi, mieszkać będziesz ze zwierzętami polnymi i jak bydło trawą karmić cię będą,; będzie cię zraszać rosa niebieska, siedem wieków przejdzie nad tobą, aż poznasz, że NAJWYŻSZY MA WŁADZĘ NAD KRÓLESTWEM LUDZKIM I ŻE DAJE JE KOMU CHCE.

(Myślę, że po tych słowach zmieniłbym zdanie o zatrudnieniu Daniela).

Wielki król Nebukadnesar, potężny i mocny.

Masz potęgę i masz królestwo.

Wielkość, która sięga niebios.

Królestwo, które sięga krańców ziemi.

Jeden drobny problem. Coś, o czym twoi doradcy zapomnieli ci wspomnieć lub czego nie zrozumieli.

Coś, czego jeszcze nie pojąłeś, nawet przy całej twojej wielkości.

Coś elementarnego.

Coś podstawowego.

A jest to fakt że:

Najwyższy panuje nie tylko w niebie, lecz również na ziemi!

Wszędzie, tam gdzie chodzi o panowanie i królestwa, to wszystko należy do Niego (jak napisał psalmista) i to On rozdziela każdemu jak chce. Jak to sam ostatnio stwierdziłeś:

jest królestwem wiecznym,

a Jego władza z pokolenia w pokolenie.

Być może powinieneś puścić sobie jeszcze raz tą taśmę!

Lecz zrozumiesz to, o wielki królu Nebukadnesarze. Poznasz miłosierdzie Boga a Jego nieskończona łaska doprowadzi cię do miejsca pokuty. Wtedy twoje „królestwo” będzie pewne dla ciebie,

GDY BĘDZIESZ WIEDZIAŁ, ŻE TO NIEBIOSA RZĄDZĄ!

O,…
Później. . .
Rok mija i rok przeminął a król zapomniał o śnie i jego interpretacji. Powiedziałem, że zapomniał, bo faktycznie musiał zapomnieć, ponieważ któregoś dnia: „przechadzał się król po pałacu królewskim w Babilonie i odezwał się król i rzekł: Czy to nie jest ten wielki Babilon, który zbudowałem na siedzibę króla dzięki potężnej mojej mocy i dla uświetnienia mojej wspaniałości?

O, chłopie. Nawet ja wiedziałem, że to nie tak.

Oczywiście: „Gdy jeszcze słowo to było na ustach króla, zagrzmiał głos z nieba: „Oznajmia ci się, królu Nebukadnesarze, że władza królewska zostaje ci odjęta. Będziesz wypędzony spośród ludzi, …., aż poznasz, że (uwaga, konkluzja na teraz i na wieki) Najwyższy ma władzę nad królestwami ludzkimi i że je (panowanie, moc i władzę) daje TEMU KOMU ZECHCE”.

I tak się stało.

W tej samej godzinie spadł sąd.

Wielki król został wypędzony na pola.

Jego ciało było zraszane deszczem z niebios.

Jego włosy urosły jak u orłów pierze.

Jego paznokcie jak u ptaków pazury.

Wiele dni minęło.

A wtedy, dokładnie tak jak powiedziano:

A po upływie dni ja, Nabukadnesar, podniosłem oczy ku niebu; a gdy znowu rozum mi powrócił, wtedy błogosławiłem Najwyższego, a Żyjącego wiecznie chwaliłem i wysławiałem, gdyż jego władza jest władzą wieczną, a jego królestwo z pokolenia w pokolenie. A wszyscy mieszkańcy ziemi uważani są za nic, według swojej woli postępuje z wojskiem niebieskim i z mieszkańcami ziemi. Nie ma takiego, kto by powstrzymał jego rękę i powiedział mu „co czynisz?
O, tak!

W tym czasie (lubisz szczęśliwe zakończenia?) powrócił mi rozum i dostojność i powróciła mi moja okazałość na chwałę mojego królestwa; moi doradcy i moi dostojnicy szukali mnie i znowu przywrócono mnie do godności królewskiej, i dano mi jeszcze większą władzę. Teraz ja, Nebukadnesar, chwalę, wywyższam i wysławiam Króla Niebios, gdyż wszystkie jego działa są prawdą i jego ścieżki są sprawiedliwością. A TYCH ZAŚ (tego się właśnie nauczyłem) KTÓRZY PYSZNIE POSTĘPUJĄ, MOŻE PONIŻYĆ.
O jej!

…tych, którzy pysznie postępują może poniżyć”.

Następnie kłos…

Nasz młody przyjaciel nie ruszył do przodu, lecz od czasu do czasu był zapraszany, aby mówić do różnych grup wierzących. Ciągle nie był zbytnio „wzorem” dla trzody, będąc w tym czasie oddzielonym od kościoła swojej młodości i od małżonki swojej młodości.

Lecz miał przychylność pastora pewnej denominacyjnej grupy i wiedział, że ta przychylność faktycznie została mu „dana”, skoro on i pastor mieli dość różne poglądy doktrynalne jak i większość członków grupy, z powodu których wątpliwości pastor zaprosił młodzieńca do dzielenia się słowem w pewien niedzielny wieczór.

W powietrzu wisiało pewne napięcie, którego przyczyna jest dość zrozumiała. Pastor, zastanawiał się już po raz drugi (a może nawet trzeci) nad roztropnością zaproszenia tego młodzieńca i był pod wielkim ciężarem. Nagle, tak jak siedział w pierwszym rzędzie, rzucił się na kolana i zaczął gorliwą modlitwę.

Kaznodzieja widząc to, uświadomił sobie bardzo fundamentalny problem, który wkrótce wyrósł do bardzo zasadniczego pytania, tj., Czy będzie w stanie dalej kontynuować?

I wtedy zdarzyła się najdziwniejsza rzecz.

Zanim pastor mógł się nad tym zastanowić i wybrać właściwy kierunek działania (a powinien być jakiś), młody człowiek opuścił głowę. Lecz zamiast modlitwy z jego ust wypłynęły wyraźne i jasne słowa:

– Duchu związania – krzyczał – Jezusa znasz, Pawła znasz i mnie znasz! W imieniu Jezusa Chrystusa opuść to miejsce!

Jak wam się to podoba jako wprowadzenie do kazania?

Cokolwiek to był, zadziałało. Pastor, zmieszany na twarzy, wstał z kolan i usiadł na swojej ławce.

A młody człowiek głosił!

A ludzie reagowali!

A dziwne i niezwykłe rzeczy towarzyszyły głoszeniu Słowa tej nocy!

Skutki jakie to wywarło na społeczności były natychmiastowe. W ciągu miesiąca zmuszono pastora do rezygnacji a niemal połowa zgromadzenia odeszła wraz z nim.

Oczywiście młody kaznodzieja, który był katalizatorem tego poruszenia był razem z nimi. Spotykali się w domach dopóki nie mogli znaleźć bardziej stałego miejsca. Rozwijali się w swoim duchu, ból odejścia został złagodzony przez nowe, ekscytujące poznanie, które zostało im dane. Trzeba powiedzieć, że byli w znacznym stopniu uzależnieni od swojego nowego przyjaciela i doradcy, który wydawał się wiedzieć więcej o tym, co się działo z nimi niż oni sami. I tak to szło. Doktryny zmieniły się i nowe zrozumienie zostało udzielone. I zawsze to ten młody człowiek był instrumentem zmian. Po wielu dniach i niewielu trudnościach postawiono nową kaplicę i uformowane nowe sojusze.

Na czele z młodym kaznodzieją.

Zgodnie z poradą i konwencją młodego człowieka.

Oczywiście, pastor nadal był nominowaną głową kościoła lecz przekazał sprawy stanu duchowego młodemu słudze i objawieniu Ducha. Był to dziwny i ekscytujący czas dla wszystkich, a szczególnie dla młodego proroka, który wreszcie dotarł do swojego miejsca.

On był przywódcą!

Ludzie szanowali jego opinie i szukali jego porady!

Jak słodkie w smaku i świetne uczucie!

I wtedy….

Nie było nic niezwykłego tej szczególnej nocy. Co prawda było przygotowywane szczególne spotkanie, kazalnicę mieli zajmować goście, lecz mieli tu być tylko przez chwilę. Poza tym, on sam ich zaprosił i niewielu ośmielało się kwestionować jego wybór w tych sprawach.

Niemniej znalazło się kilka osób, którym sprawiło kłopoty to, co jeden z odwiedzających powiedział poprzedniego wieczoru. Przyszli więc wcześniej do kościoła, poprosili swego młodego lider na bok i pytali go o to, co myśli na ten temat, a on udzielił im rady.

Najwyraźniej usatysfakcjonowani członkowie weszli do kaplicy, aby się przygotować na wieczorne nabożeństwo.

Lecz młody człowiek nie był zadowolony. Coś zaczęło go niepokoić. Była to myśl, że być może nie miał w 100% racji udzielając takiej odpowiedzi. Czy faktycznie, tam głęboko, „wiedział”, że to co im powiedział było prawdą?

Dobrze i miło jest być liderem, lecz czy nie można być również „ślepym” liderem? Z pewnością duchowe prowadzenie niesie za sobą olbrzymią odpowiedzialność wobec tych, których się prowadzi. Myślał więc, rozważał, pytał Boga w czasie całego zgromadzenia tej nocy, a gdy zostało poczynione wezwanie do modlitwy, ukląkł wraz z innymi. Inni jednak po chwili wrócili na swoje siedzenia, a on trwał dalej. Wkrótce nastał czas zakończenia zgromadzenia, lecz nie dla młodego sługi. On się nie poruszył. Nagle wstał, lecz zamiast wrócić na swoje miejsce wybiegł tylnym wyjściem na pola poza kaplicę.

Gdy w końcu niektórzy członkowie wszyli szukać go i natrafili na dziwny widok. Tam w ciemności siedział na ziemi ich lider. Z rękami uniesionymi w stronę nieba i łzami spływającymi po twarzy wydawał się modlić. Gdy podeszli bliżej odkryli, że nie modli się lecz śpiewa delikatnie jakąś dziwną pieśń, której nigdy wcześniej nie słyszeli.

Ach, wielki lider.

Mojżesz, który wyprowadził ich z ich osobistego Egiptu.

Siedząc na ziemi śpiewał delikatnie przez łzy:

„O, Panie, weź mnie na swoje kolana i ucz mnie Panie ciebie, jestem tylko małym dzieckiem!”

Następny król

Nie chcę się czepiać królów w ten sposób . Oni po prostu dostarczają nam najwyraźniejszego obrazu, symbolizują skrajne pozycje władzy na ziemi i przez całą Biblię są używani, aby wskazywać i ilustrować prosty fakt, że Najwyższy nie jest zbyt chętny do dzielenia się swoją chwałą z kimś innym.

W rzeczywistości to nie ma znaczenia czy ktoś jest królem, czy nie. Człowiek po prostu musi nieustannie pamiętać o tym, że jeśli tam jest (jakakolwiek pozycja autorytetu i władzy jest zajmowana) to tylko przez miłosierdzie Boże i służy dla przyjemności Najwyższego, który prawdziwie „rządzi królestwami ludzkimi i daje je komu zechce”.

Ponieważ tylko wtedy, gdy człowiek dojdzie do wniosku, że jest nadzwyczajną jednostką i Bóg ma wielkie szczęście mając go w swojej drużynie, woda mętnieje a uczucia kierują się ku sobie.

Zauważ teraz, że król Nebukadnesar nie powiedział, że Najwyższy rządzi tylko w królestwie Judy czy Izraela, lecz „w królestwach ludzkich”. On sam będąc królem Babilonu z pewnością zaliczał się do jednego z królestw ludzkich.

Podobnie jak był nim jeden z królów, o których czytamy w Nowym Testamencie.

Inny czas, inne miejsce, inny król.

Herod Agrypa.

Wielki król, którzy panował nad ziemią palestyńską zaraz po śmierci Syna Człowieczego.

Piotr miał z nim trochę problemów.

Jakub miał z nim trochę problemów.

Lecz Piotr został uwolniony z jego rąk dzięki interwencji anioła Pańskiego.

Herodowi nie podobało się to za bardzo.

Za to podobała mu się bardzo owacja, jaką otrzymał pewnego dnia, gdy ludzie z Tyru i Sydonu przyjechali złożyć mu hołd. Jak czytamy: „W oznaczonym dniu Herod odziany w szatę królewską, zasiadł na tronie i w obecności ludu wygłaszał do nich mowę; Lud zaś wołali (niezłe musiało być to przemówienie): Boży to głos, a nie ludzki”.

Nie zamierzam teraz dochodzić tego czy ludzie, którzy przyszli zobaczyć wielkiego króla w tym szczególnym dniu, byli szczery czy nie. To, co jest dla mnie zrozumiałe i wynika z Pisma to fakt, że skutek dla króla był fatalny.

W tej samej chwili poraził go anioł Pański, za to, że nie oddał chwały Bogu; potem stoczony przez robactwo wyzionął ducha”.

Inny czas, inne miejsce, inny król,

który nie rozumiał tego, że choroba pn.: „pycha-stanu” nie należy do tych, które się leczy w taki sposób: – „weź dwie aspiryny i wezwij mnie rano.” Często, jak w tym przydku jest śmiertelna.

… Boży to głos, a nie ludzki...”

Oczywiście, nie po raz pierwszy takie stwierdzenie zostało poczynione ani nie było ono ostatnie. My, religijne typy zawsze ubóstwiamy nasze postacie stojące w autorytecie. Idziemy za nimi na pustynię. Opuszczamy nasze żony/mężów dla nich. Poświęcamy nasze dzieci dla nich. Jeśli chodzi o wydanie sądu pokłaniamy się im. Sprzedajemy nawet farmy rodzinne po to, aby kupić udziały w ich snach. Całkiem literalnie powierzamy nasze dusze ich opiece.

Ponieważ „…Boży to głos, a nie ludzki…

Lecz człowiek pozostaje człowiekiem i to wszystko.

Czy to będzie król czy doradca, nauczyciel szkółki niedzielnej, prorok, pastor czy papież.

Człowiek jest tylko człowiekiem i to wszystko.

Czasami, oczywiście, my królowie i doradcy, itp., zwyczajowo zapominamy o tym prostym fakcie. Czasami ta linia podziału zostaje zamazana.

Któregoś dnia w Listrze nasz przyjaciel Paweł wraz z towarzyszem Barnabą spotkali się z takim samym pokuszeniem jak Herod, tj. wyniesienie do bóstwa przez ich wielbicieli. Różnica jest taka, że o ile Herod dał tylko porządne przemówienie to oni zrobili coś znacznie bardziej dramatycznego. Powiedzieli do człowieka, który od urodzenia był kaleką: „WSTAŃ NA SWOJE NOGI”…co on natychmiast zrobił…i chodził… i skakał z radości!

Jak to się ma do sprawy bóstwa?

Z pewnością ci, którzy byli świadkami tego cudu (publiczność czasami to będzie oglądać) chciała zrobić z nich obu bogów i zaczęli krzyczeć: „bogowie w ludzkiej postaci zstąpili do nas!”

Oferowali im nawet boskie imiona jak Zeus i Hermes, a kapłan przyprowadził woły i wieńce, aby złożyć im ofiarę.

Oops. W tej części kraju chłopaki mogli nieźle sobie podziałać.

Lecz, dzięki Bogu, Paweł i Barnaba nie byli zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Faktycznie, Paweł i Barnaba, zupełnie nie tak jak Herod (i prawdopodobnie większość z nas), byli tym trochę wstrząśnięci. Rozdarli swoje szaty, wbiegli między lud krzycząc: „Ludzie, co robicie? I my jesteśmy tylko ludźmi, takimi jak i wy…

My również jesteśmy ludźmi…

Nie bogami – ludźmi.

Tak Herodzie Agrypo, byłeś królem, być może nawet wielkim królem w twoich własnych oczach, lecz powinieneś lepiej wiedzieć i nie przyjąć takiego rodzaju wyrazów uznania:

… Boży to głos, a nie ludzki…

Nie. Jesteś zwykłym człowiekiem, podobnie jak reszta z nas.

Lecz dziękujemy ci, Herodzie Agrypo.
Nie umarłeś na próżno.

A my, którzy zawsze szukamy „ludzkiej czci”, dziękujemy ci.

Twoja postawa ostrzega nas.

Twój przykład poucza nas.

…a potem pełne zboże w kłosie

Nasz młody przyjaciel miał problem.
Tym problemem było to, że był „religijnym” człowiekiem.

Problem, który dzielił wespół tysiącami współczesnych mu, którzy, jak mówi Pismo, „narodzili się pod zakonem”. W konsekwencji jego zachowanie zostało wykształcone przez ten system. Nigdy w życiu nie przeżył siódmego rozdziału Listu do Rzymian w zawiązku z czym rozumiał niewiele lub wcale ów „inny zakon”, który apostoł odkrył jako działający w swoich członkach.

Był zaznajomiony z prawem moralnym, ordynacjami i przykazaniami, lecz niewiele wiedział o tym, co przy okazji dzięki tym przykazaniom mogło bardzo dobrze spowodować u religijnego człowieka atak.

Lecz on się uczył, a jego edukacja trwała, jak wkrótce miał odkryć.

Któregoś dnia, przechadzając się po pewnej ulicy pewnego miasta usłyszał głos. Nie słyszalny głos, na pewno (a może tak?), lecz tak wyraźny i przynoszący przesłanie tak jasne dla niego jak gdyby ktoś stał koło niego i zapytał go o godzinę. Posłanie było proste samo w sobie:

– Źle poszedłeś!

Prosto, prostolinijnie. Nie mówiąc, że zaskakująco.

– Źle poszedłeś!
Widzicie, nasz młody przyjaciel „odpowiedział na wezwanie” kilka lat wcześniej. „Głosił i nauczał” i trzymał się sam Słowa (no, przynajmniej, robił, co mógł). I nie jest tak, że nie było owoców. Były. Faktycznie wielu nazywało go błogosławionym. Lecz zgodnie z tym, co powiedział głos, nadal nie był właściwie „wychowany” i właśnie znajdował się w trakcie małej reedukacji.

W bardzo krótkim czasie znalazł się w samym środku koszmaru. Rozpętało się piekło jakiego każdy religijny człowiek boi się bardziej niż czegokolwiek innego. Takie, które doprowadziło naszego przyjaciela Pawła na krawędź desperacji. „Nędzny ja człowiek, któż mnie wybawi z tego ciała śmierci?

Opss, takie jedno, piekło ludzkiej słabości.

Miejsce, w którym usuwany jest żywopłot.

I tak właśnie było. Był wiedziony od jednego miejsca do drugiego. Jego moralna słabość dobrze wyraził poeta: „pomysły poleciały, zostawiając mu informację, że się zasiedziały’. Czuł się zagubiony. To, co służyło mu jako wyróżnik tj. jego chrześcijański charakter, rozpłynęło się na jego oczach.

To właśnie nazywa się procesem wychowawczym, prawda?

Minęły lata. Ostatni szlachetny impuls padł. Robił to czego nienawidził i nie był w stanie osiągnąć tego, co chciał.

Nie było też tak, jakoby młody człowiek nie rozumiał miłosierdzia Bożego.

Rozumiał. Naprawdę rozumiał; nie tylko słyszał o nin lecz otrzymał objawienie o niej, lecz to było wtedy, a teraz było teraz. To było wtedy, gdy inspirowane myśli przepływały swobodnie, ptaki śpiewały i słońce świeciło. Teraz było teraz, przy zanikających językach, nieudanych proroctwach i moralności ograbionej z jej czci.

Lecz, zdumiewające, coś innego działo się. Ze śmierci, bardzo powoli, zaczęło pojawiać się życie. Z odległego korytarza swej duszy, odzywał się nikły głos. Były to, jak to później odkrył, jakby pierwsze pobudzenia „lepszej nadziei” opartej na „lepszych obietnicach”.

Ten młody człowiek nie był ignorantem wobec faktu, że znajdował się w stanie upadku, jeśli tu był błąd. Podobnie jak Dawid przed nim, on sam wyścielił sobie „łoże w piekle”. O, mógł oskarżyć o coś Boga, o porzucenie na przykład, lecz instynktownie wiedział, że byłoby to również głupie. To jego własne usta kłamały i jego stopy zmierzały „drogami przestępców”.

Wiedział, że byłoby źle oskarżać Boga.

Nie wiedział jednak, że w tym wszystkim co robił i gdzie był tj. ścieląc sobie łoże w piekle, był z nim Bóg, nawet tam. To szczęśliwie odkrył.

Jakkolwiek by nie patrzeć było to niewiarygodne doświadczenie.

Ktoś mógłby przypuszczać wiele rzeczy jeśli chodzi o to doświadczenie. Mógłby ktoś przypuszczać, że młody człowiek po prostu odpadł z powodu słabości charakteru i wylądował w korycie niemoralności. Ktoś inny widząc jak to było, w pewnym sensie zapowiedziane, mógł powiedzieć, że to doświadczenie było przeznaczona jako terapia szokowa i antidotum na religijna naturę. W tym wszystkim, ktoś mógłby dalej przypuszczać, że Wielki Lekarz wiedział, co ma zrobić przepisał właściwy środek, który, oczywiście, w przypadku młodego faryzeusza zmniejszył uścisk pychy i zarozumiałości. Jakkolwiek bolesne i intensywne było to doświadczenie, końcowy wynikiem miało być zgniecenie pysznego ducha, a pobudzenie prawdziwej pokory.

Z pewnością!

Poza tym, że okazało się to nie być wcale takie proste.

Nasz młody przyjaciel, pomimo wszystkiego co się wydarzyło, pozostał bogatym człowiekiem.

Słyszał rzeczy, których inni nie słyszeli; wiedział to, czego inni nie widzieli. „Miał” rzeczy wartościowe, których inni nie mieli, co jest w końcu opisem bogacza. Jeśli chodzi o objawienie, to ciągle, pomimo swej obecnej sytuacji, myślał o sobie jako o kimś, kto znajduje się na innym (wyższym) miejscu niż pozostali. To trzecie niebo było (i jest) tak interesującym miejscem.

Tak więc doświadczenie trwało nadal. Oto znajdował się w samym środku moralnego upadku, ciągle będąc bogatym i dumnym człowiekiem. Oczywiście nie myślał tak o sobie. Ciągle miał na tyle siły, aby schować się przed „swym własnym ciałem”.

Lecz oto znów się to zdarzyło…

Ponieważ nie było wielkiego zapotrzebowania na jego szczególny rodzaj służby, młody człowiek musiał znaleźć sobie świeckie zatrudnienie. Pracując w dziale zaopatrzenia pewnej firmy ubezpieczeniowej, nadzorował pracę swoich dwóch asystentów. Jeden z nich był młodzieńcem, który śmiało mógł być nazwany „poganinem”, który w najmniejszym stopniu nie był religijnym człowiekiem. Wydawał się być jednym z tych, których zupełnie nie obchodzą takie sprawy czy coś takiego jak Bóg jest, czy nie itd. Nieustannie wymieniał swoje seksualne wyczyny a jego świat był bardzo zredukowany, lub tak wyglądał, do różnych zmysłowych przyjemności, które mógł z niego wydusić.

Drugi asystent był starszym i całkiem religijnym człowiekiem. W swej aktówce wraz ze śniadaniem nosił stare wydanie Biblii Króla Jakuba. Choć nie usługiwał w żadnym formalnym sensie, wydawało się, że sprawiał mu radość prestiż jaki, w szczególnych okolicznościach socjalnych, należał się kaznodziei.

To, można być tego pewnym, nasz młody przyjaciel zauważył. Lecz Żyd i Samarytanin nie szli razem. Między faryzeuszem i celnikiem ciągle jest ustawiona przepaść (przynajmniej w umyśle faryzeusza). Po prostu robi swoją robotę, myślał sobie.

To, czego oczywiście wiedzieć nie mógł to fakt, że to wszystko było ukartowane. Ten religijny człowiek z tanią aktówką i Biblią Króla Jakuba.

Lecz tak było .

Było faktycznie.

Był też wyznaczony czas na to, aby bomba dostarczona przez aniołów odpaliła w twarz młodego bogacza. Z pewnością, któregoś dnia to się stało.

. . KA . . BLUUUUUU. . MMMM. . !

Tego dnia byli tylko w trójkę w biurze. Nasz młody przyjaciel, jego religijny asystent i kobieta zatrudniona w firmie, która zatrzymała się tutaj po materiały biurowe. Podczas jej pobytu tutaj nasz młody człowiek zaangażował się w rozmowę, religijną oczywiście. Bo, choć był bardzo daleko od tego, co uważał za dobre chrześcijaństwo, po prostu nie mógł powstrzymać się od rozmawiania o tym, co ciągle było najważniejszą częścią jego życia.
Tak więc rozmawiali sobie, nasz młody przyjaciel i młoda kobieta. Właśnie skończył interpretację pewnego szczególnego fragment znalezionego w Piśmie. Nasz religijny człowiek z Biblią Króla Jakuba przysłuchiwał się również i, Boże pomóż mu, zrobił następującą uwagę:

– Nie sądzę, aby ten fragment miał takie znaczenie.

Oh!
Nie miał pojęcia, co zrobił.

Przez chwilę fale szoku spowodowanego tą niezgodą obmywały umysł i emocje młodego człowieka i całe piekła zwaliło się na głowę!

Nagle bez jakiegokolwiek ostrzeżenia jego twarz wykrzywiła się i krzyknął w stronę człowieka z aktówką:

– TY ŚMIESZ UCZYĆ…. MNIE?

O, mój Boże.

Wyraz przerażenia przemknął przez twarz młodej kobiety, co widząc młody człowiek zdał sobie natychmiast sprawę z tego, co się stało i wiedział, że nie było to proste okazanie złego humoru czy dowód na jego złe maniery. Nie. To zapiał kur:

– Jesteś człowiekiem.

Straszliwy smutek spadł na niego. Oto stał, emocjonalny bankrut, moralny grunt usuwał mu się spod nóg, a jednak był ciągle przemawiającym duchowo, bogatym człowiekiem; ciągle poddanym temu szczególnemu duchowi pychy i arogancji, który podchodzi bogaczy. Faktycznie było to coś więcej niż słabość. To było poddanie się, podporządkowanie, jak gdyby inny duch otrzymał dostęp do jego zdolności i mógł się zamanifestować jak chciał.

Jaki inny duch? Nie jakiś tam duch, lecz z pewnością szczególny.

I wtedy przypomniał sobie.

Inny czas i inne miejsce.

Właśnie Jezus uzdrowił człowieka, który był „ślepy od urodzenia” i ten człowiek, czego można się było spodziewać, był prze szczęśliwy. Jego przyjaciele radowali się z nim, jego rodzice i jak się zdaje wszyscy poza faryzeuszami. Byli dość sceptyczni i zaczęli kwestionować fakt, że był w ogóle niewidomy. Zapewnieni przez jego rodziców, że faktycznie urodził się ślepym i że coś nadzwyczajnego zdarzyło mu się, ostatecznie wezwali go, aby jeszcze dokładniej przyjrzeć się sprawie………. ……….

W szczególności pytali go w jaki sposób stało się to, że widzi.

Powiedział im.

Nazarejczyk postąpił według pewnego rytuału, który spowodował to, że w jakiś sposób jego oczy zostały otwarte. Jego świadectwo nie wydawało się dobre faryzeuszom. Poradzili mu, aby raczej „oddał chwałę Bogu” niż człowiekowi Jezusowi, ponieważ było dla nich oczywiste, że on (Jezus) był grzesznikiem. Tamten odpowiedział im klasycznym wersem: „Czy jest grzeszny czy nie, tego nie wiem. TO jedno wiem, że byłem ślepy, a teraz widzę!

Słowa jego świadectwa były w ich uszach wystarczająco złe, skoro widzieli w Jezusie zarówno heretyka jak i grzesznika, lecz następne stwierdzenie byłego ślepca było zupełnie nie do przyjęcia dla nich:

– Gdyby ten (Jezus) nie był z Boga, nie mógłby nic uczynić.

Tego było po prostu za wiele. Świadectwo to jedna rzecz, lecz próba radzenia doradcom jest czymś zupełnie innym. Teologia to było ich poletko i wyłącznie ich. Pogardliwie „odpowiedzieli mu:

– Ty będziesz ( śmiesz) uczyć nas?

w taki właśnie trudny sposób nasz przyjaciel odkrył, że duch faryzeizmu jest nadal bardzo żywy, ma się dobrze i ciągle manifestuje swoją obecność na tej ziemskiej planecie.

Część Trzecia

продвижение сайта запросам

Duch Faryzeusza 3

My Trzej Królowie

Saul, wielki król i wybraniec Boga, który nie rozumiał tego, że być wybrańcem Bożym nie uodparnia na efekty tej choroby..

…lecz teraz twoje królestwo nie utrzyma się...”

Nebukadnesar, wielki król Babilonu, który nie wiedział, że pycha i zarozumiałość nie będą tolerowane, nawet w „królestwie ludzkim”. Ten, który stawia siebie naprzeciw Wielkiego Boga Niebios będzie wezwany do rozliczenia, bez względu na to czy będzie przyjacielem czy wrogiem, Izraelitą czy Babilończykiem. Dopóki cała ziemia nie zrozumie, że „Najwyższy ma władzę nad królestwem ludzkim i daje je komu zechce”.

Nebukadnesar… osądzony, skarcony i przywrócony do władzy.

I jeszcze Herod Agrypa, który troszczył się o Żydów, lecz nie uznawał Boga Żydów. Jego postawa wobec ziemskich królów, których ulubionymi zaimkami są „Ja” i „Moje”.

Dekret: Światła dla Heroda Agrypy gasną.

Jedno stracone królestwo.

Jedno stracone królestwo lecz odrestaurowane, po przyjęciu posłania.

Jedno stracone życie.

LEKARSTWO

Czasami leczenie jest radykalne, czasami konieczna jest operacja, a czasami jest to proces, lecz, dzięki łasce Bożej i wzrastającemu poznaniu, choroba może być zatrzymana a rak uleczony.

Były takie czasy, gdy tak nie było. Były takie czasy, że gdy ją dostałeś, to już ją miałeś.

Uporządkuj swój dom, zostaw srebra cioci Idzie i zaciągnij rolety.

Dzięki Bogu i badaniom naukowym już tak więcej nie jest.

Jest tylko jeden warunek wstępny – zachoruj we właściwym czasie. Badaj siebie samego. Zwracaj uwagę podejrzany guzek czy niewyjaśnioną słabość i jeśli okaże się, że po prostu złapałeś tą śmiertelną chorobę, to, ze względu na Boga i siebie samego, natychmiast (jeśli nie prędzej) oddaj się w ręce kogoś, Kto wie co z tym zrobić.

Niekoniecznie trzeba gonić tego mordercę. Nie jest też tak, żeby nauki medyczne zrobiły w tej dziedzinie jakiś postęp lub/czy zdolności lekarzy znacznie wzrosły. Nie. Po prostu wzrosło poznanie. Ten, który kontroluje przepływ ludzkiej wiedzy, świeckiej czy duchowej, przełączył zawór w pozycję „otwarte”.

Jest to tak proste.

I tak jest również z nami, którzy idziemy za tyłu. Nie jest wypisane na kamieniu, że my, ludzie tego pokolenia, zwyciężymy tego, który dotąd zwyciężał nas. My nie dotarliśmy do jakiegoś złotego wieku, gdzie wszelkie tajemnice zostały nam odkryte i nad nami rozległo się ostatnie słowo objawienia.

Nie.

Zbyt dużo wzięliśmy na siebie, jeśli tak myślimy. Nie. Po prostu, dzięki łasce Bożej, dotarliśmy do miejsca, w którym zostało nam przekazane zrozumienie.

To jest ten czas, to jest ta chwila.

Nie osiągnęliśmy niczego wielkiego czego nikt inny nie osiągnął. Nie jesteśmy jakąś szczególną odmianą, ani super duchową rasą.

Nie! Nie! Nie!

Jeśli będziemy uparcie trwać w takich myślach, to poginiemy jak ludzie.

Lecz jest lekarstwo.

Dzięki Bogu, jest lekarstwo.

Dzięki łasce Bożej

… innego fundamentu nikt położyć nie może…

Ktoś powiedział, że każde przebudzenie zaczyna się od Listu do Rzymian. Nie mogę mówić za wszystkich, lecz jestem świadomy tego przebudzenia, które trwa nieustannie we mnie i, jeśli chodzi o mnie, ten człowiek miał rację. Chwila, w której zapomnę, że to wielkie zbawienie zostało mi udzielone „z łaski przez wiarę” staczam się. Zaczynam trapić się i dusić, i myśleć o tych wszystkich rzeczach, które „powinienem” i potępiam siebie samego za wszystkie te rzeczy, które robię, a których robić „nie powinienem”.

Wracam w koleiny religii!

Lecz, gdy Paweł szepce do mnie lub Marcin Luter budzi się w moich myślach, ożywam. Moje ramiona, które uschły, moja głowa, która opadła, moje miękkie kolana otrzymują nową siłę. Znów wszystko jest w porządku między mną a Tym „który ma moja duszę”.

Jeśli zostaną zburzone fundamenty, cóż pocznie sprawiedliwy?

To pytanie zostało postawione przez Dawida w 11 Psalmie.

Odpowiedź jest prosta:

Zbuduj je ponownie!

Chwyć łopatę, stwórz nową formę i zamów cement! Ponieważ ten dom nie może być zbudowany, jak powtarzam, ten dom nie może być zbudowany na żadnym innym fundamencie. Bez względu na to czy mieszkasz w pobliżu morza czy w głębi doliny czy na szczycie gór, NIE MOŻESZ DOSTAĆ SIĘ „STĄD, TAM” INACZEJ JAK TYLKO PRZEZ ŁASKĘ BOŻĄ.

Zupełne podstawy!

Przedszkolny program nauczania!

Wiem.

Lecz jest to pierwsza zasada, którą się wyrzuca, gdy statek napotyka na wzburzone morze.

I wtedy, wy sprawiedliwi, co zrobicie? Radzę, przypomnijcie sobie poprzednie dni i bez względu na to jak często fundament był niszczony, ustawiaj go ponownie i ponownie, i ponownie. Nie pozwól na to, aby ktokolwiek zabrał ci twoja koronę. Nie pozwól na to, aby jakikolwiek wykonawca przekonał cię, że on ma lepszy plan. Nie pozwól na to, aby jakikolwiek dostawca sprzedał ci gorszy materiał. Ponieważ ta budowa sięga samych niebios. To musi być solidne!

To jest takie proste, zdumiewająca łaska Boża. A może było? Dopóki my religijni ludzie nie położyliśmy na tym swoich łap.

Prosta sprawa.

Sprawa suwerenności Boga.

Sprawa, że „to nie ten, który biegnie, lecz Bóg, który okazuje miłosierdzie”.

Również pewna nadzieja i szczególne dziedzictwo.

Niezasłużona „przychylność”.

Co Baptyści myśleli o wiecznym bezpieczeństwie.

Czy też, mieli wybory któregoś dnia: Bóg głosował na mnie i wygrałem!

Czy też, „człowiek nigdy nie wspina się, lecz jest unoszony”.

Prosta sprawa.

Może była…

Teraz to jest już węzeł gordyjski. Nie wspominając o tym, że zostało przywłaszczone przez kogoś, kto upiera się przy swoim prawie do rozparcelowania tego dla kilku, to jest, dla tych, którzy zasługują. Plaga panująca w domu (ich i naszym); oni (czy my), każdy, kto zamienia łaskę Bożą na jakąkolwiek subtelną formę prawa lub legalizmu.

Od takich, jak tylko szybko to jest możliwe, abyś sam tego nie zrobił, odwróć się!

Lecz fundamenty, skoro zostały one zburzone, wymagają nieco czasu na ponowną odbudowę. Trochę potu, trochę łez i czasu.

Doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. Objawienie, samo w sobie, nie dokona tego.

Pokolenia „nauczycieli i członków zarządów” wzbudzały strach legalistyczną religią: „nie dotykaj, nie próbuj, nie bierz”, w naszych umysłach i duszach. Tak bardzo, że my niezmiennie (i instynktownie) myślimy w terminach „robienia” czegoś (a to „coś” różni się od grupy do grupy) jak gdyby musiało być „coś” co możemy dla Boga zrobić, a co spowoduje, że On zwróci swój wzrok na nas, a nie gdzieś w okolicy.

Po prostu nie jesteśmy zadowoleni z bezpłatnego daru Bożego!

Nasz młody marzyciel został złapany przez taką propozycję. Któregoś dnia, nagle, w samym środku smutku, zdarzyło mu się coś dziwnego. Został przeniesiony przez Ducha Bożego do innego wymiaru. Przez co najmniej trzy dni chodził i mówił jak nigdy dotąd. Nic nie mogło go poruszyć, absolutnie nic. Został po prostu przeniesiony w swym duchu do innego miejsca. Pokój, radość, opanowanie, zadowolenie. Stała i konsekwentna świadomość!

Po trzech dnia, nagle, gdy siedział czekając na siostrę, którą zabierał na spotkanie modlitewne, chwała ustąpiła. Nasz młodzieniec natychmiast spanikował i wołał do swojego Boga usiłując desperacko przywrócić przeżycie.

Tak długo czekał na obietnicę „odpocznienia” duszy. Miał nadzieję wbrew nadziei, że to doświadczenie może być znakiem zakończenia stracha, zwątpienia i niepewności.

A teraz…?

Teraz czuł się jak astronauta nagle wepchnięty w ziemską atmosferę. Nagle znowu uświadomił sobie wszystkie te rzeczy, które szarpały człowiekiem, nawet wierzącym. Był bardzo zmartwiony i wołał… dlaczego?

Dlaczego to niebiańskie uczucie opuściło go?

To wtedy zadał pytanie, które (wcześniej czy później) każdy religijny człowiek musi zadać, a które ujawnia więcej na temat jego podstawowych pojęć o relacji z Bogiem, niż cokolwiek innego:

– Co takiego zrobiłem źle?

Co takiego zrobiłem, co nie spodobało się tobie i co spowodowało, że wziąłeś na mnie odwet?

– Co takiego zrobiłem źle?

Gdy przyszła odpowiedź, była naprawdę bardzo dziwna:

– Nie zrobiłeś nic złego.

Po czym padło pytanie dla młodego człowieka:

– A co zrobiłeś „dobrego”? Tzn. co takiego dobrego uczyniłeś, co przede wszystkim doprowadziło ciebie do tego niesamowitego przeżycia?

No, to było dość trudne pytanie. Trudne pytanie, na które nie miał odpowiedzi. Faktycznie nie mógł myśleć absolutnie o niczym, co mógł zrobić a co mogło zobowiązać Boga wobec niego. Nie zrobił niczego „dobrego”!

I tak doszedł do zrozumienia: wzloty i upadki jego świadomości nie miały nic do czynienia z osobistym cnotami czy religijnymi aktami. Miały raczej do czynienia z Suwerennym Bogiem! Było mu dane (to niesamowite przeżycie) przez łaskę Bożą i zabrane przez łaskę Bożą.

Błogosławione niech będzie imię Pańskie!

Wiem, że dla większości z nas nie jest to znane terytorium i, choć może słyszeliśmy już o tym, to mieszkanie, chodzenie i rozmawianie w tej ziemi znaczy coś zupełnie innego.

Dlaczego?

Ponieważ większość z nas nadal woli nasze zbawienie (jak to pokazuje telewizja komercyjna) w starym stylu – lubimy „zarabiać” na nie.

Ponownie: dlaczego?
To proste: Zarabianie na zbawienie wprowadza „nas” na scenę. Daje nam poczucie kontroli nad sytuacją. Trudno się pogodzić z faktem gdy ktoś nam mówi że my nad tym mamy mało wpływu lub wcale. Lecz nasz duma ma z tym wiele do czynienia, z tym…. „my”…. osobiście. Im więcej siebie wszczepimy w proces odkupienia, tym więcej pola oddajemy Niszczycielowi. Faryzeusz w świątyni był przekonany, że jego osobiste działania były szczytem ważności u Boga. „Ja” to robię, powiedział, i „Ja” robię tamto. „ja poszczę dwa razy w tygodniu, Ja daję dziesięcinę ze wszystkiego co posiadam. Lecz to wszystko zostało ustawione przez pierwsze słowa, które wypowiedział:

– Boże, dziękuję ci, że nie jestem taki jak inni ludzie.

O, mój Boże.

Jestem tak szczęśliwy, że nie jestem jak inni ludzie tzn. Ja jestem inny!

To właśnie mit inności czyni nas tak podatnymi, ponieważ jeśli byśmy faktycznie byli „inni” (lepsi) to jest stąd tylko jeden krok do przypuszczenia, że w jakiś sposób my przyczyniliśmy się do tej „inności”.

Po prostu musieliśMY zrobić coś, co zarekomendowało nas u Boga.

Gdy krzak zapłoną, MY zwróciliśmy się, prawda?

Gdy Mistrz zawołał, MY odpowiedzieliśmy, prawda?

A teraz, gdy już zwróciliśmy się i odpowiedzieliśmy na wezwanie, jesteśMY „inni” (lepsi) od innych.\

Prawda?

I tak mówią wszyscy faryzeusze z przeszłości i obecnie.

– Dziękuję ci, Boże, że nie jestem taki jak inni ludzie.

Lecz gdy pojawia się łaska Boża, TO ZUPEŁNIE INNA SPRAWA! Chciałbym, aby Bóg sprawił, aby wszyscy ludzie zrozumieli ten prosty fakt. Niech Bóg, który przez tysiąclecia cierpiał z powodu połowicznej postawy ludzi wobec wykonania Jego świętej woli i osiągnięcia Jego dobrych celów na ziemi, da im w końcu zrozumieć, że gdyby chciał, aby to było zrobione dobrze, musiałby to zrobić Sam. W pismach proroka Izajasza, Pan mówi o tych dniach:

Rozglądałem się wokół, lecz żadnej pomocy, dziwiłem się bardzo, ale nikt Mnie nie wsparł. Pośpieszyło Mi na pomoc moje własne ramie, podtrzymywała Mnie moja zapalczywość…;

Nie, to nie było tak, że On nie szukał kogoś do pomocy. Szukał. Kogoś, kto stanąłby koło niego. Z pewnością tyli tam prorocy, do wypożyczenia. Byli mędrcy i jasnowidze….

O, mój Boże.

Być może nie będziesz w stanie rozpoznać ani docenić tego smutku zawartego w prostym zdaniu:

„i dziwiłem się bardzo, lecz nikt mnie nie wspomógł”.

Dopóki nie dojdziesz tego sam; dopóki ty, również, nie rozejrzysz się wokoło, a później, ostatecznie w środku siebie – w drogi główne i poboczne twojego własnego umysłu. Dopóki masz moc, aby próbować, szturchać, trącać i badać twoje własne tajemne pragnienia i ukryte motywacje. Być może wtedy odkryjesz dlaczego Bóg już odkrył to, że faktycznie nie ma nikogo, kto by go wsparł, „nikogo, kto dobrze czyni”.

Nie,

Ani jednego.

A ty i ja nie jesteśmy wyjątkami od tej reguły.

Nikt, kto (prawdziwie) szuka Boga. Nie istnieje żaden heros bez swych słabości. Żaden idol bez glinianych nóg. Jest to odkrycie, które cię zasmuci i jest to smutek, który pozostanie z tobą przez całą podróż. Szczególnie z tobą wtedy, gdy TY będziesz zmuszany stale i wciąż do powrotu do „fontanny”, która została otwarta w „domu Dawida” z powodu grzechów (twoich) i nieczystości (twoich).

Jest to głęboki żal, który zawsze mówi:

– O, Boże, jak mi przykro, że mnie tam nie było, gdy Ty szukałeś kogoś, kto by stanął przy tobie. Serce pęka mi, że nie znaleziono we mnie dostatecznie cnoty, siły i odwagi.

Lecz nie było i nie ma! Na Boga, posłuchaj tego! Nie trzeba rewidować starego tekstu. Nie ma potrzeby zwoływać nowych poszukiwań. Nie było i nie ma człowieka, który spełniłby Boże wymagania.

Faktycznie, On przerwał poszukiwania już dawno temu. On już nawet się nie dziwi. Ponieważ Jego Własne Ramie, wspomogło Go. Dla ciebie i dla mnie, i dla każdego człowieka żyjącego na powierzchni Ziemi.
Lecz, ty mówisz, że musi być coś, co mogę zrobić. Jakieś zadanie mogę wykonać. Jakiś plan spłaty mogę zastosować. Nie, mój przyjacielu, łaska Boża mówi: nie.

Nie ma nic. To nie jest stare przymierze, lecz nowe. To nie jest przymierze, które wymaga, lecz to, które daje. Jest napisane…

Darem Bożym jest żywot wieczny”.

Możemy mówić o wierze (i będziemy) lecz wiara nie jest czymś, co człowiek ma (z siebie) i daje Bogu w zamian za zbawienie. Nie. Wiara jest raczej darem, który Bóg daje człowiekowi po czym otrzymuje z powrotem do niego. „Co masz, czego byś nie dostał?”

Skąd wzięliśmy pomysł, że mamy coś wartościowego (z nas samych), co musimy wymienić z Bogiem? Nie, takie myśli są próżne. „Błogosławieństwo, błogosławię cię” – nie jest warunkowym przymierzem, a jednak możemy je w taki sposób traktować.

Nie, to jest absurd, aby się chlubić, nieprzyzwoite, aby się przechwalać i głupie, aby ufać sobie samemu, lecz ci, którzy są opanowani przez ducha faryzeizmu czynią te trzy rzeczy. Dopóki łaska Boża prawdziwie nie „pojawi się” dla nas, nigdy nie będziemy w stanie odrzucić samych siebie i oddać w ręce Tego, który czyni wszystko, zgodnie ze „Swoją wolą”.

Dopóki to się nie zdarzy, nigdy nie będziemy w stanie wejść do „odpocznienia wiary”, lecz będziemy nieustannie chcieć, pragnąć, panikować i trapić się, modlić się i domagać…. wszystko oprócz zaufania.

Lecz łaska Boża, która „objawiła się wszystkim” – pojęło ją niewielu a pojmie wielu. Tylko wtedy, będziemy w stanie uciec przed przekleństwem myślenia o sobie „lepiej” niż powinniśmy. Tylko wówczas będziemy rzeczywiście wiedzieć, że „my sami” mamy niewiele lub wcale do czynienia z otrzymywaniem zbawienia tak wielkiego i świętego, że nigdy nie przyszłoby do nas inaczej jak tylko w wyniku suwerennego dzieła Najwyższego Boga.

I cóż „oddamy Panu” za tak niewysłowione korzyści tego faktu?

Niewiele

Ej, wiem, że zawsze męczymy Boga, aby nam ustanowił jakąś formę odpłaty, lecz jest to głupie i bezużyteczne. Tak wielkie zbawienie nie może być nabyte złotem ani srebrem, potem ani krwią, ani łzami.
Kropka.

Może być przyjęte, można się nim radować, cieszyć, lecz nigdy nabyć!

Lecz „Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył” jak to ujął Dawid. Możesz po prostu (jak to w końcu Dawid został zmuszony zrobić) „wziąć kielich zbawienia” z rąk twojego Boga. Lecz taki sposób akceptacji jest obcy dla religijnego człowieka. Jest prosty… zbyt prosty.

Zapomnij o rekompensacie, Jack! Nie dzieje się w tobie nic, co nie byłoby przez Boga zasiane, przez Boga podlane i przez Boga zebrane. Dlaczego więc w imię niebios udajemy, że jest inaczej/

Albowiem łaską zbawieni jesteście przez wiarę, i to nie z was, Boży to dar; nie z uczynków, aby się kto nie chlubił

I jest tak, że zrozumienie ratuje nas, łagodzi, tworzy antyciało dla zarozumiałości. Och, wiem to gorzka pigułka, lecz możemy ją przełknąć.

Stare Przymierze może zostać anulowane a nowe ratyfikowane, a gdy tak się stanie, Bóg będzie infiltrował duszę, podcinał ludzkie ego i podkreślał przekonanie, że zawsze jest się kuszonym do tego, aby mieć je na własnych zasadach.

Cierń w ciele

Nigdy nie było w historii człowieka tak obdarowanego jak ten. Był starannie wyselekcjonowanym następca samego Syna. To tak, jakby Ten, który wstąpił do nieba zrozumiał, że wszystkie miłe słowa i nadzwyczajne wydarzenia jego krótkiej służby nigdy nie byłyby niczym więcej niż plamką na radarze życia, gdyby nie przyszedł po Nim ktoś i nie udokumentował tego. O, ludzie znali go jako wielkiego nauczyciela i obdarowanego mówcę. Tak, był cudotwórcą i nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Po prostu zapytaj mężczyznę, który był ślepy od urodzenia czy kobiety, która miała krwotok.

Lecz te wszystkie rzeczy były czasowe i wskazane w tym czasie. Gdy efekty znikły to co wtedy? Inni ludzie będą rodzili się ślepi, inne kobiety będą dotknięte jak ta, które dotknęła się skraju Jego szaty.

Kto zatrzyma ich krwotok?

O co w tym wszystkim chodzi, Alfie?

Czy walczymy tylko z czasem, czy jest to coś więcej?

Kiedy już umarł ostatni Jego uczeń a Jego imię jest tylko przypisem na stronie historii, to co wtedy?

O co w tym wszystkim chodzi, Pawle?

Tak samo było z cudowną łaską Bożą, która okryła męża zwanego Saulem z Tarsu, znanego później jaki apostoł Paweł. Był wybrany aby iść i zanieść ewangelię. I tak zrobił i wszyscy z tego korzystamy. On, bardziej niż ktokolwiek inny, przekazał nam „resztę historii” jak to napisał nasz przyjaciel Mr. Harvey.

On wyjaśnił. On umieścił w kontekście. On zinterpretował, on napisał referencje. On wyjaśnił „dlaczego” i „po co”. On, również, w trakcie tego wszystkiego, poszedł nieco za daleko ze swoją własną ważnością.

O tak.
Któregoś dnia coś się go uczepiło i, zupełnie nie tak jak żmija, która mu się kiedyś uczepiła ręki na wyspie Malta, to coś nie chciało odpaść.

Im silniej wstrząsał, tym silniej się zaciskało. W końcu rozpoznał fakt, że nie jest w stanie poradzić sobie z tą sytuacją sam. Poszedł więc bezpośrednio do Tego, który go nigdy nie zawiódł, do samego Boga. Ukląkł, ukorzył się i złożył prośbę.

Niemniej, gdy powstał z kolan, problem nadal pozostawał z nim. Więc ponownie padł na kolana. Tym razem był już poważny.

– Boże, – powiedział – to mnie naprawdę wkurza a ja wiem, że ty nie chcesz, aby twój najważniejszy człowiek był niepokojony przez takie coś. Proszę, Boże, zabierz to!

Nic.

Żadnej odpowiedzi.

Więc jeszcze raz na pokład. Ze wzrastającym zaniepokojeniem szukał uwolnienia. Z tym samym wynikiem.

Nic.

Dopiero później ujawnił (do Koryntian) dokładnie to, co zaszło między nim samym a jego Bogiem w czasie tego krytycznego okresu jego życia.

Nie, Bóg nie dał mi uwolnienia, którego szukałem od niego, lecz On dał mi zrozumienie. A tego, przede wszystkim, potrzebowałem. Dał mi do zrozumienia, że moje osobiste „ja” jest kapryśne, zawodne, a przede wszystkim, żądne próżnej chwały.

Zresztą choćbym i chciał się chlubić,..

Na zewnątrz, ostatecznie, jest tak wiele do chwalenia się. Faktycznie mógł pozostawić swoich współczesnych w cieniu. Przede wszystkim to on (a nie oni) przebył tą podróż do duchowego wymiaru, który nazwał „Trzecim Niebem”. To również jemu zostało powierzone przesłanie niesamowitej łaski Bożej i skuteczności krzyża Chrystusa.

O tak.

Wyciągnij z lamusa swoją mądrość, Pawle! Pokaż nam swoje głębokie zrozumienie duchowych spraw.

Z pewnością takie ćwiczenie zamknęłoby usta tych, którzy sprzeciwiają się tobie i tych tak zwanych apostołów, którzy uparcie niepokoją te drogocenne maleństwa których zrodziłeś w Panu. Rzeczywiście, dlaczego nie zrobisz tego, Pawle?
Jego odpowiedź?

Zresztą choćbym i chciał się chlubić, nie byłbym głupcem” (tłum. z ang. – przyp. tłum)

….nie byłbym głupcem

Dlaczego?

Ponieważ nauczyłem się tego jak nie być i o to właśnie chodziło w tym całym epizodzie, który wam opowiedziałem. Miałem problem. O, nie wiedziałem, że mam problem, lecz miałem.

Problem?

Samochwalstwo! Pycha! Próżna chwała!

Rozwiązanie?

Aby zaś nie wynosił mnie zbytnio ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą”.

Nie, On (Bóg) nie dał mi uwolnienia, lecz dał mi zrozumienie. I co cały ten ból i cierpienia spowodowane przez „posłańca Szatana” i słabości sprawiły? Bóg miał na to odpowiedź. A było nią:

Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali”.

O, mój Boże!

Moja moc bowiem w (twojej) słabości się doskonali.

Nie jest zupełnie oczywiste, że apostoł był podatny w dziedzinie duchowej pychy. Faktycznie, nawet najbardziej drobiazgowy badacz mógłby przeoczyć znaki. Umniejszał swoje zasługi (lub z pewnością tak to wyglądało) i wielokrotnie czynił rozróżnienie między tym, co on miał do powiedzenia w jakieś sprawie, a co Bóg na ten sam temat.

Niewiele wskazuje na to, że Paweł mógł być troszkę pełen „siebie” i myśleć o „sobie” więcej niż powinien.

Lecz tak było.

Tak robił.

Tak więc Wielki Lekarz wezwał go na wizytę. Zdiagnozował jego chorobę i przepisał leczenie:

Wyniosłość. Duma z siebie i twoich osiągnięć. Zarozumiałość.

To jest nie tak z tobą, Pawle i natychmiast potrzebujesz pomocy.

Tak więc, przez łaskę Bożą, została mu udzielona pomoc a jego duchowy stan naprawiony. Coś, co było absolutnie niezbędne. Coś, co dostarczyło antidotum na tego pysznego ducha, który miał najechać na niego, zniszczyć go i jego skuteczność jako sługi Najwyższego.

Stare lekarstwo – „cierń w ciele” – w niektórych przypadkach, jak u naszego przyjaciela Paweł, bardzo skuteczne. Oczywiście, ten Lekarz, inaczej niż inni, potraktował pacjenta z pełnym zaufaniem.

– Widzisz, Pawle, tą mała niebieską tabletkę? Gdy więc zmiesza się ona z kwasami w twoim żołądku, nastąpi reakcja chemiczna, która wywoła pewne szczególne zmiany metaboliczne, itd.

A pacjent, w tym przypadku nasz przyjaciel Paweł, zobaczył i zrozumiał, i choć była to dla niego gorzka pigułka do przełknięcia, przełknął. Im lepiej rozumiał ten proces, tym bardziej gorliwie stosował leczenie Podstawowym zrozumieniem to było, oczywiście, że: „(Moja) moc bowiem w (twojej) słabości się doskonali”. Ponieważ w duchowym wymiarze polaryzacja jest odwrócona. Ponieważ odwrotnie niż w teorii p. Darwina dotyczącej form życia na ziemi, w duchowym wymiarze, to „słaby” przeżywa, a nie „mocny”!

Jeśli jesteś zaangażowany na górze na platformie i tryskasz całą tą charyzmą, moc i siła wychodzą wszystkimi twoimi porami, to rzeczywiście coś się dla ciebie dzieje… to jest tu, na ziemi. Lecz w niebie, powiedzmy, to całe twoje przedstawienie dalekie jest od pożądania.

Nie, niewielu widzi różnicę, lecz Ja zobaczę i ciągle nienawidzę „dumnego wzroku”, a nieszczęście zwane „koroną pychy” ciągle działa.

Nasz przyjaciel przyjął diagnozę i podjął leczenie. Gdy już raz pojął zasadę, która tu działa, zaangażował się dobrowolnie a nawet z radością. Jego podstawowa postawa była taka, że jeśli to jest potrzebne, Panie, daj. Teraz kiedy faktycznie rozumiem to, że ten „posłaniec Szatana” wykonuje Twoją robotę, dobrowolnie przyznaję się do mojej podatności i przyjmuję fakt, że potrzebuję pomocy… ogromnie. Jeśli Twoja moc doskonali się w mojej słabości, to uczyń mnie słabym. Ześlij te rzeczy i okoliczności na mnie, aby było pewne, że jestem słaby.

Najchętniej więc będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa.

Dlatego mam upodobanie w moich słabościach, w obelgach, w niedostatkach, w prześladowaniach, w uciskach z powodu Chrystusa. Albowiem (teraz już wiem o tym) ilekroć niedomagam (w ciele), tylekroć jestem (w Duchu) mocny”.

Nie jest niczym drobnym rozpoznać zasadę i chwałę pojęcia.

„Cierń w ciele” jest doskonałym lekiem dla wielu.

Ja jestem Lekarz
…. jeśli wyznamy grzechy swoje….”

Część Czwarta

поисковая оптимизация и продвижение