Stan_24/25.05.2019

Przez lata goniłem za  złudnym „czymś”,  czego można się było domagać. „Przyjdź Duchu Święty!” – takie było wołanie naszego uwielbienia. Zdaje się, że nigdy nie zwróciliśmy uwagi na to, że On już przyszedł. Myślę, że potrzebna nam była ta pogoń za Jego  obecnością, po to, abyśmy odkryli, że Boza obecność nie jest czymś, co się osiąga, jest to po prostu coś, co rozpoznajesz jako Jego  obecność stale otaczającą nas „będąc całkowicie oczywistą przez to, co zostało stworzone,… tak, że nie mamy wymówki” (Rzm 1:2).

To do czego tęsknimy to spotkanie z Bogiem, a obecność Jego Ducha umożliwia spotkanie. Dążenie do sensu jest po prostu rozpoznaniem Boga, ponieważ systemy prawdy nigdy nie zaspokoją naszej tęsknoty do sensu istnienia. Wraz z Jego obecnością całe życie zostaje nasączone znaczeniem.

Tylko w Jego obecności jesteśmy w stanie spotkać się z czymkolwiek bądź kimkolwiek. Inni mogą być dla nas obecni, lecz nie zwrócimy na to uwagi, dopóki nie będziemy obecni sami. To samo dotyczy Boga, Myślę, że naszym największym problemem z rozpoznawaniem Jego obecności jest nasza chęć do „bycia” obecnym. Jeśli „nigdy nas nie porzucił ani nie opuścił” to iluzja Jego nieobecności może być tylko po naszej stronie. Historycznie rzecz biorąc wolimy moralne osiągnięcia, kościelne nabożeństwa i biblijne studia aby osiągać świadomość. Zostaliśmy przekonani, że Bóg pojawi się, gdy wszystkie te zewnętrzne warunki, które musimy spełnić mając grupę ludzi, muzykę i namaszczonego lidera uwielbienia, modlitwy, płaczu i wykrzykiwania. Im bardziej „niesamowite” to się staje tym bardziej prawdopodobne, że Bóg pojawi się. Tak więc, kościelne nabożeństwa stały się substytutem, bądź jedynym środkiem do odczucia Jego obecności. Bądź, tak myśleliśmy.

W końcu, nie możemy kontrolować obecności Boga bardziej niż wiatru. W rzeczywistości: „wieje dokąd chce, a ty nie wiesz, skąd przychodzi ani dokąd idzie”(J 3:8). Faktycznie obecność jest tak bardzo poza naszą kontrolą, że nie jesteśmy nawet w stanie nadać jej jakiejś definicji.

Jedno, co wiem na pewno, to fakt, że Jego obecność wymaga przestrzeni. W przeciwieństwie do zdobywania jej, musisz pozwolić Duchowi dostać się do ciebie. Odkryłem, że bez względu na to, do czego tęsknisz, musisz zrobić na to miejsce. Musisz uporządkować sam siebie i być gotów na usunięcie tego, co magazynowałeś wewnątrz od dłuższego czasu, sądząc, że jest to coś wartościowego, choć pożytku z tego nie ma żadnego już od dawna. Stać się duchowym „minimalistą” to, moim zdaniem, najlepsza droga do życia w stale wzrastającej świadomości obecności, spotkania i przemiany. Da to niezbędną wewnętrzną przestrzeń i spokój do tego, abyś został pochwycony przez prawdę, która wychodzi „poza zrozumienie” umysłem, lecz jest w pełni rozpoznawana przez duszę (Ef 3:20).

Czym jest to dziwne coś, co nazywam „obecnością”. Zajmę się tym jutro. W międzyczasie czytajcie Izajasza 54 i zwróćcie szczególną uwagę na wers 2.

O co nam chodzi, gdy rozmawiamy o „obecności”? Obecność jest czymś, co zaprasza nas do zaangażowania się w pewien aspekt aktualnej chwili. Redukuje odległość między nami i tym, cokolwiek zauważymy w tej chwili. Odczuwamy połączenie, nawet jeśli nie jest to pozytywne połączenie, lecz w tym momencie, nie stoimy już patrząc do wewnątrz, lecz znajdujemy się w środku, przeżywając chwilę. Jesteśmy uczestnikami, a nie widzami.

Zwróćcie uwagę na to jak smużka perfum jest w stanie wprowadzić nas w obecność umiłowanego(ej). Podobnie jest z pieśnią, która potrafi przyciągnąć do chwili czasu, zdarzenia, przeżycia. Udało mi się rozwinąć wrażliwość na to czy ktoś niesie ze sobą pozytywną czy negatywną energię, nawet jeśli jestem w pobliżu po raz pierwszy. Atmosfera, która jest w nas wydobywa się na zewnątrz, nawet jeśli staramy się to zamaskować. Jestem bardzo cierpliwy wobec tego, co „rzeczywiste/prawdziwe”, lecz bardzo źle toleruję pozorowaną sprawiedliwość własną.

Czasami ta obecność kogoś innego zwraca naszą uwagę i domaga się naszej własnej obecności. Pismo opowiada nam o tym, jak Jezus nauczał w świątyni, a ci, którzy słuchali Go, byli zdumieni, ponieważ „nauczał jako moc mający” (Mk 1:21-28). Co było podstawą tego autorytetu? Nie był to wygładzony przekaz, pewność siebie, cecha osobowości czy bardzo dobrze wykształcone zdolności oratorskie. Była to moc obecności.

Zacząłem rozpoznawać tą obecność wiele lat temu, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co przeżywałem. Byłem zbyt „wprawiony w osłupienie” przez ludzi, nawet czasami bardzo nie-znaczących, ich tryskającym autorytetem. Wydawało się, że są całkowicie obecni w danej/obecnej chwili i całkowicie wolni od zaabsorbowania, osądów, rozpraszania, niepokoju i jakiejkolwiek stronniczości. Zawsze w ich obecności czułem się zarówno komfortowo jak i równocześnie zaniepokojony. Tacy ludzie nawet nie muszą niczego mówić, aby mieć ten autorytet, ponieważ nie jest to coś, co oni robią, lecz to, kim są. Zauważyłem jedną rzecz, mianowicie to, że kiedykolwiek jestem w obecności takiego kogoś, nigdy już nie jestem taki sam, jako że doświadczenie autentycznej obecności i autorytetu służy pogłębieniu mojej własnej obecności. Prawdziwy autorytet/moc jest niezwykle fascynujący dlatego, że tak bardzo różni się od rozcieńczonej, pełnej uprzedzeń, egoistycznej energii, do której jesteśmy przyzwyczajeni u sobie i u innych.

Prawdziwa obecność zajmuje miejsce na długo zanim ty to zrobisz i trwa długo po tym, kiedy wyjdziesz. Ściany między ego a innym słabną i często znikają prowadząc do wspólnej jedności. Jest to tak euforyczne, że wydaje się nierealne, lecz tak naprawdę jest bardziej rzeczywiste niż wszystko, cokolwiek było chwilę wcześniej. Osobowość się posiada, lecz obecność może promieniować z przepełnionego serca. Ostatecznie, na dziś, to wiem na pewno, że tej obecności nie da się nigdy zrozumieć, lecz można ją głęboko poznać.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.