Modliwa w otchłań rozpaczy

crosby2

Stephen Crosby

Czasami życiowe okoliczności tak sprawiają, że czujemy się tak, jakbyśmy stali na skraju ciemniej i bezdennej czeluści beznadziei. Modlimy się, robimy wszystko, co można, co powiedziano nam, do czego byliśmy przygotowani (i nieco więcej) i nic się nie zmienia, a nawet jest coraz gorzej.

Ta presja może nas doprowadzić na skraj szaleństwa. Chrześcijańskie komunały i brak wrażliwości tanio kutej teologii innych chrześcijan, nie pomagają. Zamiast utożsamić się z nami w ciemnościach tajemnicy naszej sytuacji, chrześcijanie w rodzaju „jobowych pocieszycieli” zasypują nas poczuciem winy, wstydu, strachu, niepokoju uwagami typu: „Musi być grzech w twoim życiu”, czy „Po prostu nie masz dość wiary”, bo inaczej nie przytrafiło by ci się to. Kłamstwo w obu przypadkach.

Taka modlitwa wymaga mnóstwa odwagi!

Czasami istota modlitwy to niewiele więcej niż rzucenie siebie samego w dół naszej beznadziei. Wtedy jedynie ciemność jest pewna. Nie możemy już ustać na skraju ani chwili dłużej, a przed nami tylko ciemność, beznadzieja i rozpacz. Tchórzliwy tłum z brzegu przepaści zrezygnował z modlitwy i dostosował się do swojej obecnej sytuacji. Ci odważni, rzucają siebie, swoje serce i duszę w otchłań.

Gdy już to zrobią, okazuje się, że gdy Duch Święty bierze w ręce odważna wiarę, którą okazali modląc się w ciemności, ten straszliwy swobodny spadek zmienia się w lot. Ci, którzy nie chcą wyjść naprzeciw swej beznadziei, nigdy nie przeżyją zamiany swobodnego spadku w lot niesiony przez Ducha Świętego. Ezechiel mówił o wodzie, w której już nie da się sięgnąć twardego gruntu, wodzie tak głębokiej, że nie można kontrolować niczego, nawet swego własnego przetrwania. Ci, którzy uparcie trzymają się bezpiecznego wybrzeża, gdzie wszystko jest bezpiecznie eleganckie, przewidywalne i do opanowania, nigdy nie poznają dynamiki prawdziwej modlitwy wiary.

Jakiś czas temu Duch Święty przyszedł do mnie i wpoił we mnie bardzo mocno to, jak bardzo Ojciec ceni „wiarę” tych, którzy w obliczu swoich niemożliwości i barku odpowiedzi, mimo wszystko rzucają się w dół. Brzmi to pospolicie i banalne, lecz Bóg ceni ją tak bardzo, że nie jesteśmy wstanie pojąć tego.

Jest pewien poziom bliskości z Ojcem, braterstwa z Synem, którego można doświadczyć wyłącznie osobiście wtedy, gdy zaczynamy w ciemnościach i rzucamy się w nie. To właśnie zrobił Jezus na Kalwarii i w grobie, wychodząc naprzeciw niej, idąc tam dobrowolnie jedynie z nadzieją obietnicy: „Nie pozostawisz duszy mej w Szeolu, ani nie dopuścisz zepsucia”.

Do chwili zmartwychwstania istnieje wyłącznie ciemność i nie jesteśmy w stanie przez „wyznawanie wiary” wyjść z niej. W przypadku dzieci Izraela, ostatnia minuta, ostatniej godziny, ostatniego dnia z 39 lat chodzenia po pustyni, wyglądała dokładnie tak samo, jak wszystkie poprzednie…lecz wtedy… zaświtało zmartwychwstanie.

Bywałem zniechęcony tak samo, jak każdy inny człowiek, lecz jakoś nauczyłem się tego, że jeśli już muszę upaść to niech padam do przodu, a ostatnio nawet „padam w”.

Jeśli zmagasz się czy najwyraźniej nie masz siły, bądź jesteś w stanie, w którym myśl o zaangażowaniu w modlitwę raduje cię, jak ból zęba, nie rezygnuj. Nie pozwól na to, aby brak wyników/odpowiedzi, zatrzymał cię. Wiara jest czymś więcej niż otrzymywaniem odpowiedzi. Wiara mówi do otchłani: „Nie będziesz nade mną panować i jeśli już muszę przepaść, zrobię to, lecz rzucę siebie i moją beznadzieję wprost w rozdziawioną gębę desperacji ze świadectwem Bożym na ustach. Jedyna moja nadzieja będzie w tym, że Bóg zamieni mój swobodny spadek w lot, tam gdzie jest Jego nadnaturalne wzbudzone z martwych życie… lub nie ma niczego.

Pragnieniem i ciężarem, który noszę jest to, aby dopóki Pan daje mi życie, oddech, zdrowie i siły, moją duchową, moralną i królewską „rozumną służbą” jest korzystać z nich na rzecz tych, którzy być może nie mieli tyle szczęścia i życiowych możliwości. Wielką tajemnicą swobodnego spadku w dół otchłani jest to, że zdolność do unoszenia się na powierzchni wiary nie musi należeć do mnie! Gdy jestem słaby, wiara innych, którzy mnie kochają i z którymi znam się bliżej, wzięta i ożywiona przez Ducha Świętego, staje się powietrzem pod moimi skrzydłami! Jedynym moim zadaniem jest skoczyć w tą otchłań. Mój wkład wiary to przyznać się, że jej nie mam wcale! Wtedy, „w wierze” rzucam się w głąb! To jest zwycięska modlitwa. To jest zwycięska wiara. To jest wiara, która patrzy śmierci w oczy i zwycięża.

Jeśli Bóg, zamiast przeciwności, daje mi siłę czy okres przychylności i powodzenia to moim moralnym obowiązkiem wobec braci i sióstr oraz tego świata, jest wypełniać moją kapłańską służbę: wkroczyć w ich cierpienie i niemożność, i uruchomić swoją wiarę, gdy oni jej nie mają. Szczerze modlę się o to, abym mógł przeżyć resztę mego życia w taki sposób. Modlę się każdego dnia: „Panie, dałeś mi życie, siły i zdrowie, proszę, niech moje życie wniesie coś do życia twoich świętych, aby osiągnęli Twój cel. Niech moje istnienie będzie czymś więcej niż iluzją amerykańskich egoistycznych priorytetów.

Mam nadzieję, że przyłączycie się do tej modlitwy i że każdy z nas rozbudzi się bardziej i odpowie na nasze kapłańskie powołanie, aby reprezentować Chrystusa temu światu oraz świat – Chrystusowi.

раскрутка

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.