Stan 26/27.05.2020

Stan Tyra
26 maja

Pisałem jakiś czas temu o „obecności” i o tym, jak staliśmy się „przywiązani” do nabożeństwa, jakby to był jedyny czas, w którym doświadcza się Bożej obecności. To zewnętrzne, generowane uczucie obecności jest budowane przez spoglądanie w górę i uwielbianie zewnętrznego Boga, nie jest Jego obecnością. Niemniej, jest wołaniem o coś więcej, przypomnieniem czegoś więcej, lecz często osiadamy na tej wstępnej wersji obecności.

Co mamy na myśli, gdy mówimy o „obecności”? Obecność to coś, co zaprasza nas do zaangażowania się w obecną chwilę i nigdy nie da się zredukować do religijnego nabożeństwa, praktyki czy rytuału, lecz redukuje odległość między nami i, czymkolwiek jest, zauważamy to natychmiast. Czujemy się złączeni nawet jeśli czasami nie jest to pozytywne połączenie, lecz w tej danej chwili nie jesteśmy już kimś spoglądającym z zewnątrz, lecz jesteśmy wewnątrz, przeżywając tą chwilę. Stajemy się uczestnikami, a nie widzami.

Zwróć uwagę na to, jak jest w stanie pociągnąć nas do obecności kogoś kochanego smuga zapachu. Podobnie piosenka – może nas przenieść do jakiegoś okresu czasu, zdarzenia czy doświadczenia. Niektóre rzeczy tworzą niemal święte przeżycie deja vu, ponieważ przypominają nam chwile zanim staliśmy się ludzką jednostką, to wspomnienia wiecznej tożsamości i obecności tego poznania.

Rozwinąłem w sobie wrażliwość na tą negatywną bądź pozytywną energię (obecność), którą ktoś niesie, nawet jeśli znajduję się w jego pobliżu po raz pierwszy. Atmosfera wewnątrz nas jest atmosferą jaką roztaczamy wokół siebie, nawet jeśli staramy się to ukryć. Mam ogromną cierpliwość dla tego, co „prawdziwe”, lecz bardzo niską tolerancję na udawaną sprawiedliwość własną.

Czasami obecność kogoś innego wymaga naszej uwagi i domaga się naszej własnej obecności. Czytamy w Piśmie o tym, że gdy Jezus nauczał w świątyni, słuchacze byli zdumieni, ponieważ „przemawiał jako moc mający” (Mk 1;21-28). Co było podstawą tego autorytetu? Nie była to wygładzona przemowa, pewność siebie, cecha osobowości czy bardzo wyćwiczone umiejętności oratorskie. Był to autorytet obecności.

Tą obecność zacząłem rozpoznawać wiele lat temu, choć nie zdawałem sobie wtedy sprawy z tego czego doświadczam. Również byłem „zdumiony” ludźmi, często „nieznaczącymi”, którzy samą swoją istotą roztaczali autorytet. Wydawało się, że są w pełni obecni w danej chwili i wolni od zaabsorbowania, osądzania, tego co rozprasza, opinii, niepokoju i wszelkich uprzedzeń. Ich obecność zawsze była dla mnie równocześnie zachęcająca jak i niepokojąca.

Nie muszą niczego mówić, aby mieć autorytet, ponieważ nie jest to coś, co robią, lecz coś czym są. Zauważyłem, że za każdym razem, gdy jestem w obecności kogoś takiego, nigdy nie pozostaję taki sam, ponieważ doświadczenie autentycznej obecności i autorytetu służy pogłębieniu mojej własnej obecności. Szczery autorytet jest tak fascynujący dlatego, że jest tak inny od rozcieńczonej, egoistycznej przepełnionej uprzedzeniami obecności, do której jesteśmy tak przyzwyczajeni w sobie i innych.

Szczera (prawdziwa?) obecność wkracza do pomieszczenia na długo przed tobą i pozostaje tam długo po twoim wyjściu. Ściany między tobą, a innymi miękną, a często nikną, prowadząc do wspólnej jedności. Jest to coś tak euforycznego, że wydaje się niemal nierealne, lecz w rzeczywistości jest bardziej realne niż wszystko, co było chwilę wcześniej. Osobowość się posiada, lecz obecnością/życiem/ się tryska, jako skutek opływającego serca. Jak już wcześniej wielokrotnie powiedziałem, obecności nie da się w pełni zrozumieć, lecz może zostać głęboko doznana.

27 maja

Pisałem już wcześniej o oczyszczeniu świątyni w 2 rozdziale Ewangelii Jana. Wtedy skupiłem się na systemie biznesowym i o tym, jak z „kleru” zrobiliśmy maklerów naszej sprawiedliwości. Dziś chciałbym opowiedzieć o mojej roli w tej historii.

Za każdym razem, gdy usiłuję wykorzystać owoce swojej pracy, aby cokolwiek otrzymać od Boga, angażuję się w handel, działając jako kupiec (wymieniający waluty). Jeśli biorę udział, zachowuję się, modlę się, poszczę czy wykonuję dobre uczynki z nastawieniem na zwrot, jestem jednym z tych, którzy zostali przez Jezusa wyrzuceni ze świątyni. Biorę udział w transakcji jako handlowiec i wypełniam swoją świątynię rzeczami na wymianę, próbując prowadzić handel wymienny tym, co zdobyłem na to, czego pragnę.

Angażowanie się w ten handel wymienny z Panem jest zwodniczy, ponieważ wszystko, cokolwiek mam do zaoferowania, pochodzi od Niego. Bez Niego nie jestem w stanie zrobić niczego i nie istnieje nic, co nie miało by w Nim swego początku. Gdy Pan powiedział: „Skończone!” jest w tym stwierdzeniu oświadczenie: „Stan, dałem już wszystko, co jest potrzebne do życia i pobożności, i już pobłogosławiłem cię wszelkim duchowym błogosławieństwem niebios”. Tak więc, modlitwa nie jest niczym innym, jak tylko proszeniem aby zobaczyć to, co już tutaj jest, aby usłyszeć to, co już zostało powiedziane i aby przypomnieć to, co zostało zapomniane. W prawdzie nie ma żadnego handlu.

Nasze świątynie muszą zostać uwolnione od tego handlu wymiennego, abyśmy w tej świątyni znaleźli się sami wyłącznie z Nim. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że jedyne co przynosimy to nasze prawdziwe ja i świadomość. Jedność jest całkowicie nieosiągalna w ramach mentalności handlowej. Nigdy nie przejdziesz z mentalności niewolnika do takiej mentalności, dopóki nie wyjdziesz poza myślenie, że cokolwiek ci się należy na podstawie zapracowanej czy zgromadzonej zasługi.

Kain zawsze będzie dyskredytował i potępiał dar Abla. Kain szanuje wyłącznie owoce pracy, nigdy dar życia

<|>

[Głosów: 7   Average: 4.7/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.