John Fenn
Tłum.: Tomasz S.
Wiele lat temu pełniłem funkcję Dyrektora Wykonawczego dużej szkoły biblijnej i bardzo lubiłem spotykać się ze studentami. Zajęcia trwały od 8:00 do 12:00, po czym w biurze zwykle czekało kilku studentów, którzy chcieli ze mną porozmawiać. Bardzo często nie byłem w stanie zjeść obiadu przed 14:00, a czasem jeszcze później, ponieważ jedno spotkanie potrafiło trwać dwie godziny lub dłużej – studenci otwierali przede mną swoje serca, szukając rady, mądrości, modlitwy albo słowa od Pana.
Pewnego dnia moja sekretarka uznała, że poświęcam studentom zbyt wiele czasu, i powiedziała: „Wiesz, John, ci studenci przychodzą tutaj i zajmują godzinę albo dwie twojego czasu, a ten czas mógłby być wykorzystany na ważniejsze sprawy. Pamiętaj, że zazwyczaj zarabiają najniższą krajową, więc wydaje im się, że godzina twojego czasu jest równa godzinie ich czasu. Tymczasem jedna godzina twojej pracy wpływa na setki, a nawet tysiące ludzi. Może powinniśmy wprowadzić jakieś ograniczenia czasowe?”
Jej uwaga była trafna: ludzka natura sprawia, że wartość godziny czyjegoś czasu oceniamy według tego, jak cenimy własną godzinę.
Nie sugeruję przez to, abyśmy ograniczali czas spędzany na modlitwie bo jedna godzina czasu Pana ma nieskończenie większą wartość niż jedna godzina naszego czasu… Zastanawiam się raczej nad tym, jak mierzymy naszą miłość do Pana. Czy kochamy Go i cenimy za to, co może dla nas uczynić? Czy kochamy Go, ponieważ chcemy, by uczynił nas bogatymi? Czy cenimy Go ze względu na najbardziej palącą potrzebę naszego życia w danym momencie? Czy też kochamy Go po prostu czysto, z naszego ducha, bez ukrytych motywów?
Widziałem chrześcijan prowadzących bardzo grzeszne życie, którzy potem dziwili się, że Pan nie działa w ich sprawie. Widziałem ludzi, którzy głęboko oddawali się uwielbieniu, a potem włączali film pełen przekleństw i nadużywania imienia Pańskiego, po czym zastanawiali się, dlaczego nie słyszą Jego głosu. Widziałem chrześcijan używających imienia Bożego nadaremno – mówiących „O mój Boże” – a potem dziwiących się, że nie są wrażliwi na Jego prowadzenie i wskazówki. Jeśli nie odczuwamy w naszym duchu tego zasmucenia, gdy grzeszymy, to jak możemy oczekiwać, że będziemy odczuwać Jego obecność i kierownictwo?
Potrzebna jest prawdziwa ocena naszego serca. Jezus powiedział w Mk 4:24:
„Baczcie na to, czego słuchacie; jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą, i jeszcze wam przydadzą”.
We współczesnym języku moglibyśmy powiedzieć: „Uważajcie, czego słuchacie. Tą samą miarą, którą mierzycie, będzie wam odmierzone…”
Jezus opowiedział wcześniej przypowieść o siewcy, w której ukazał różne typy ludzkiego serca poprzez obrazy gleby, na którą pada zasiane Słowo: grunt skalisty, ziemię z domieszką kamieni, dobrą glebę, którą jednak zagłuszają chwasty oraz dobrą ziemię wydającą obfity plon. Następnie wyjaśnił, że wartość, jaką Mu przypisujemy, jest miarą, według której On się nam objawia.
„Ustami Go błogosławimy, życiem Go wyznajemy”. (z hymnu „Praise, My Soul, the King of Heaven”).
Wiele lat temu pewien bardzo znany lider w kościele opowiadał mi z zachwytem o filmie, który oglądał – tak, był bardzo cielesny i wielokrotnie nadużywano tam imienia Pańskiego, ale powiedział: „Zdjęcia były przepiękne, a miejsca zapierające dech w piersiach”. Zadziwiło mnie, że bardziej cenił walory wizualne niż to, że imię naszego Pana było w tym filmie używane nadaremno. Dla mnie Jezus i Ojciec są moimi najbliższymi przyjaciółmi, więc to, co ich obraża, rani także mojego ducha.
Nie siedziałbym dobrowolnie przez dwie godziny, słuchając kogoś, kto obraża moją matkę lub ojca, opowiadając swoją historię. Przerwałbym mu, zakończył tę rozmowę albo po prostu wyszedł. Dlaczego więc miałbym płacić za oglądanie czegoś, co znieważa mojego Pana, co odczuwam w duchu jako zasmucenie? I gdybym tak postępował, to czy moje narzekanie wtedy, że On do mnie nie mówi, byłoby słuszne? No raczej nie.
Pozwólcie, że odniosę to do Mk 4:24: wartość, jaką nadajesz Panu, jest miarą, według której On objawia się tobie
Jednocześnie, gdy jesteśmy młodzi w Panu, rzeczy, o których tutaj piszę, są częścią naszego wzrastania w Chrystusie. On patrzy na nas jak na duchowe niemowlęta lub małe dzieci. Sam w pierwszych latach mojej relacji z Nim byłem winny tego, że oglądałem filmy pełne przekleństw, które raniły mojego ducha niczym użądlenie pszczoły – a mimo to dalej siedziałem i oglądałem. Byłem winny – bez wątpienia. Jednak z czasem wzrosłem i zacząłem bardziej cenić to, by nie zasmucać Ducha, niż cieszyć oczy jakimś programem czy filmem.
Kiedy zaczynasz bardzo cenić sobie to, że odczuwasz Jego obecność w swoim duchu przez całą dobę, pokusy tracą nad tobą swoją moc. Nie jestem doskonały – wystarczy zapytać moją żonę, :). Ale wiele lat temu doszedłem do miejsca, w którym cenię Jego obecność we mnie do tego stopnia, że odrzucam wszystko – kogokolwiek, jakąkolwiek naukę, jakąkolwiek pokusę – co mogłoby zagrozić czystości tej obecności. Nie jestem doskonały, ale moje motywy wobec ludzi są czyste, a jeśli zasmucę mojego ducha – co oznacza, że zasmuciłem Ducha Świętego, który jest Prawdą – chcę wiedzieć, co zrobiłem źle i natychmiast proszę o przebaczenie. Cenić tę społeczność i obecność w swoim duchu ponad wszystko – to proces, o którym nawet Paweł pisał, że jeszcze go nie osiągnął. A jednak pisał, że zapominając o tym, co za nim, zdąża ku temu, co przed nim, ku nagrodzie w górze, do której został powołany w Chrystusie Jezusie.
Słowo ma ostateczny głos
Kiedy ustalimy, co i kogo naprawdę cenimy najbardziej – Jego obecność w nas, którą odczuwamy nieustannie – oznacza to, że Słowo Boże ma ostateczny autorytet. Żyjemy w zgodzie Słowa i Ducha.
Gdy miałem 17 lat i pragnąłem chrztu w Duchu Świętym. Po raz pierwszy wtedy zrozumiałem, że cenię Słowo i Ducha ponad własne doświadczenia. Czytałem książki – od autorów negujących dar języków po znanych charyzmatyków – i tak bardzo napełniłem swój umysł opiniami innych, że w tym chaosie Boże zdanie jakoś się zagubiło. W końcu odłożyłem wszystkie książki na bok, odciąłem się od tego i wróciłem do dziecięcej wiary, czytając Dzieje Apostolskie i wierząc w to, co jest tam napisane. Uznałem Boże Słowo za najwyższy autorytet.
Kiedy Duch Święty zstąpił w Dz 2 – ludzie mówili językami. Gdy Piotr i Jan przybyli do Samarii w Dz 8 i nakładali ręce na ludzi, aby otrzymali Ducha Świętego – mówili językami.
Gdy Duch Święty zstąpił na Korneliusza i jego dom w Dz 10 – mówili językami.
Gdy Paweł nałożył ręce na uczniów w Efezie w Dz 19, otrzymali Ducha Świętego i mówili językami.
Zrozumiałem, że do tej chwili bardziej ceniłem swoje doświadczenia niż Słowo i Ducha. Pokutowałem, uświadamiając sobie, że moim problemem było niedowiarstwo, a nie brak wiary. Mówiłem: „Modliłem się o Ducha Świętego, ale Go nie otrzymałem”, „Nałożono na mnie ręce, ale Pan mi Go nie dał”, „Nic się nie wydarzyło, więc Go nie otrzymałem” – i wiele podobnych rzeczy. Odłożyłem to wszystko na bok i zacząłem ponad wszystko cenić Słowo i Ducha, mówiąc po prostu: „Nałożono na mnie ręce, abym otrzymał Ducha Świętego – więc Go otrzymałem. Duch Święty jest już obecny na ziemi, Pan nie musi niczego więcej czynić – ja Go przyjąłem”. Kiedy siedzieliśmy czworo nastolatków na trawie, trzymając się za ręce, zacząłem, mając zamknięte oczy, widzieć w myślach litery i sylaby. Powiedziano mi, abym je wypowiadał w czasie uwielbienia Boga… i tak uczyniłem – i w tym momencie rzeczywiście przyjąłem Ducha Świętego.
Wartość, jaką Mu nadajemy, jest miarą, według której On się nam objawia. Jeśli mówimy, że nie chcemy Ducha Świętego – On nie będzie nas zmuszał. Pozostaniesz zbawiony, twój duch odrodzony przez Jego Ducha, ale On nie będzie naciskał na więcej. Jeśli uznajesz, że języki i cuda należą do przeszłości – spotka się z tobą na tym poziomie. Wartość, jaką Mu nadajesz, jest miarą, według której On się tobie objawia.
Pamiętam, jak czytałem książkę „Like a Mighty Wind” autorstwa Mela Tari.
Pod koniec lat 70. po wysłuchaniu jego świadectwa, miałem okazję uścisnąć mu dłoń. Opowiadał o niezwykłych cudach, które w latach 60Pan czynił podczas przebudzenia w Indonezji.
Raz Pan polecił grupie ludzi udać się do pewnej wioski, aby głosić tam Jezusa. Po drodze natrafili na bardzo wezbraną rzekę, gdzie nie było żadnego mostu. Zatrzymali się, nie wiedząc, co zrobić. Wtedy jednak uświadomili sobie, że Pan z pewnością wiedział o tej rzece, gdy wydawał im polecenie, więc postanowili bardziej zaufać Jego słowu niż temu, co widziały ich oczy. Jeden z nich wszedł do wody i odkrył, że jego stopa stoi na jej powierzchni. Potem zrobił kolejny krok, i kolejny – a w końcu cała grupa przeszła po wodzie na drugi brzeg.
Mieli słowo od Pana – objawienie – i ponieważ cenili Jego polecenie bardziej niż własne doświadczenie i to, co widzieli, doświadczyli cudu. Wartość, jaką przypisujesz Słowu i Duchowi, jest miarą, według której On objawia się tobie. Wszystko zaczyna się od osobistego objawienia, szczerego zbadania serca, a czasem od uporządkowania priorytetów lub nawet pokuty – wszystko po to, aby powrócić do dziecięcej wiary.
Napisałem trochę dłużej niż zwykle, ale mam nadzieję, że prowadzi do nowego spojrzenia na sprawy Pana. W przyszłym tygodniu nowy temat.
Wiele błogosławieństw.
John Fenn
