Stephen Crosby
Czasami życiowe okoliczności tak sprawiają, że czujemy się tak, jakbyśmy stali na skraju ciemniej i bezdennej czeluści beznadziei. Modlimy się, robimy wszystko, co można, co powiedziano nam, do czego byliśmy przygotowani (i nieco więcej) i nic się nie zmienia, a nawet jest coraz gorzej.
Ta presja może nas doprowadzić na skraj szaleństwa. Chrześcijańskie komunały i brak wrażliwości tanio kutej teologii innych chrześcijan, nie pomagają. Zamiast utożsamić się z nami w ciemnościach tajemnicy naszej sytuacji, chrześcijanie w rodzaju „jobowych pocieszycieli” zasypują nas poczuciem winy, wstydu, strachu, niepokoju uwagami typu: „Musi być grzech w twoim życiu”, czy „Po prostu nie masz dość wiary”, bo inaczej nie przytrafiło by ci się to. Kłamstwo w obu przypadkach.
Taka modlitwa wymaga mnóstwa odwagi!
Czasami istota modlitwy to niewiele więcej niż rzucenie siebie samego w dół naszej beznadziei. Wtedy jedynie ciemność jest pewna. Nie możemy już ustać na skraju ani chwili dłużej, a przed nami tylko ciemność, beznadzieja i rozpacz. Tchórzliwy tłum z brzegu przepaści zrezygnował z modlitwy i dostosował się do swojej obecnej sytuacji. Ci odważni, rzucają siebie, swoje serce i duszę w otchłań.




