Category Archives: Tyra Stan

Stan_24/25.06.2019

Stan Tyra
24.06
Najwyższą duchową ścieżką jest samo życie. Jeśli wiesz, jak żyć
codziennym życiem to w rzeczywistości żyjesz pełnią życia. Niemniej,
zacząć trzeba od właściwego podejścia do życia i uświadomienia sobie tego, że masz do dyspozycji wyłącznie jeden wybór , który prowadzi do życia, szczęścia i nie chodzi tu o karierę, małżeństwo czy nawet szukanie Boga. Jedynym pytaniem, na które musisz sobie odpowiedzieć jest to, czy chcesz być szczęśliwym. To jest tak proste, choć w tej chwili prawdopodobnie myślisz o gigantycznej liście wymówek, dlaczego to nie jest tak proste, a to właśnie jest twój główny problem – uzależniłeś swoje szczęście od okoliczności. Większość ludzi zwyczajnie zakłada, że szczęście nie podlega ich kontroli. Mówisz: „oczywiście, chcę być szczęśliwy, ale…”

Czytałeś przypowieści? Wyraz „błogosławiony” oznacza: „szczęśliwy”, przyjrzyj się więc bliżej temu, co każda z ośmiu mówi. Szczęśliwi ubodzy w duchu??? Szczęśliwi, ci którzy się smucą?? Ludzie w żałobie nie są szczęśliwi! Jest to postawa umysłu, która utrzymuje cię na uwięzi niezadowolenia oraz sprawia, że twoje szczęście lub jego brak jest
całkowicie uzależnione od okoliczności oraz innych ludzi.
Tak długo, jak odkładasz szczęście do czasu zaistnienia odpowiednich
okoliczności, a następnie tracisz kontrolę, a okoliczności i inni ludzie kontrolują twoje życie i stan szczęścia, trwasz w stanie nieoświeconym i żyjesz, wkurzając się niemal na wszystko.Jeśli dosłownie przymierasz głodem i ktoś oferuje ci jedzenie to nie przedstawiasz mu swoich spożywczych preferencji. Nawet ci to do głowy nie przyjdzie. Każda żywność będzie dobra! Dlaczego? Bo jesteś głodny i chcesz cokolwiek zjeść, a w takim stanie nie obchodzi cię, co się stawia przed tobą. „…głodnej duszy nawet gorysz wydaje się słodka” (Przyp 27:7).

Jeśli napędza cię wyłącznie szczęście to szczęście przyjdzie. Dopóki jest uzależnione od właściwych okoliczności czy pewnych szczególnych
zachowań ludzi, szczęście nigdy nie pojawi się – a co najmniej przez
długi czas. Ostatecznie będziesz świadomy jednie rozczarowania
prowadzącego do zgorzknienia. Ty możesz wyśpiewać swoją drogę wyjścia z więzienia. Po prostu musisz przestać narzekać i myśleć o swoich żałosnych okolicznościach na tyle długo, aby napisać nową pieśń. Tak naprawdę to możesz przejść przez dolinę cienia śmierci i nie bać się złego lecz tylko wtedy, jeśli przechodzisz PRZEZ nią zdając sobie sprawę z tego, że jest to tylko cień. Nic więcej.
Cień nie może ci niczego zrobić.

25.06
Duchowy rozwój jest dziełem życia pozbawionego strachu, stresu czy
dramatyzmu. Wiesz, że brzmi jako coś niemożliwego i dla większości
prawdopodobnie nie duchowo, lecz tak nie jest. Tak naprawdę nie ma
żadnego powodu do przeżywania napięcia, zmartwienia, obawy, strachu czy stresu. To dlatego często czytamy w Piśmie: „nie bój się”, „nie obawiaj się” i „nie martw się”. Jezus zwraca nam uwagę na ptaki niebieskie
oraz kwiaty, abyśmy uczyli się od nich.

Stres pojawia się wyłącznie wtedy, gdy usiłujemy opierać się
życiowym zdarzeniom na podstawie naszych przyjętych z góry wyobrażeń, jak powinny one wyglądać. Jeśli nie odpychasz życia ani go nie pociągasz ku sobie to nie buduje się żaden opór.
Po prostu bierzesz w tym udział.Jesteś.

Co w nas odpycha lub ciągnie? Wola. Siła woli, która jest tobą, jest realną siłą, dzięki której ty kontrolujesz sprawy. Właśnie ona porusza nasze nogi i ręce. Nie funkcjonują same z siebie. Tej samej siły woli używasz do trzymania się myśli.

Przeważnie staramy się opierać czemuś, co już się wydarzyło – jest
to przykład na całkowity brak skuteczności. Jak możesz się sprzeciwiać
czemuś, co już zaszło? W taki, że z determinacją trzymasz się wewnętrznie myśli o tym. Czyniąc tak, powodujesz, że nie może przeminąć i gromadzisz w sobie negatywną energię, która jest później pokazywana innym jako osobowość ofiary pełna potępienia

To z kolei blokuje przepływ życia przez ciebie, co znowu przekazujesz
tym wokół siebie w postaci dramatyzmu, rozżalenia, gniewu, zgorzknienia, złości i podejrzliwości. W swej istocie reprezentuje to twojego wroga,
któremu nie chcesz przebaczyć. Dlaczego więc mówimy, że kochamy
Jezusa, jeśli odmawiamy wykonania tego, co on powiedział? (J 14:15).
Śpiewamy: „Z wnętrza mej duszy płynie rzeka życia…” (dosł.:
„I’ve got a river of life flowing in my soul.…”), a tak naprawdę często
śmierdzi jak ściek.
To, co powinno być przekazywane dalej, jest przechowywane w środku i
stajemy się, powiedzmy, „pełni tego”.

Stan_22/23.06.2019

Stan Tyra

W Liście do Efezjan 3:20 czytamy, że Duch chce wykonać w nas pracę wychodzącą poza nasze naturalne zdolności myślenia czy proszenia. Wyraz „ponad” trafnie ujmuje istotę duchowości, jako coś wychodzącego poza twoją przeszłość, przyszłość, poza to, cokolwiek możesz sobie wyobrazić. Jeśli stale pozwalasz sobie wychodzić poza siebie, żyjesz nieograniczonym życiem. Nie ma tu żadnych granic. Granice i ograniczenia istnieją wyłącznie w tych miejscach, w których zatrzymujesz się w wychodzeniu poza i ograniczaniu samego siebie, rzeczywistości i Boga.

„Poza” jest nieograniczone we wszystkich kierunkach. Granice w duchu istnieją wyłącznie wtedy, gdy stworzysz sobie sztuczne ograniczenia. Jezus powiedział uczniom, że miał im jeszcze wiele do powiedzenia, lecz nie byli jeszcze wtedy gotowi. Powiedział, że to, czym się chciał z nimi podzielić wymagało od nich wyjścia poza ich aktualne wnioski. Granice robią wrażenie ograniczenia. Boże sprawy są skończone wyłącznie wtedy gdy twoje postrzeganie  żyje wewnątrz mentalnej bariery.

Aby wyjść „poza” musisz wychodzić stale poza narzucone sobie  granice. Nakładasz granice, gdy usiłujesz rozwiązać tajemnicę i sprawić, aby to, co nieznane, stało się znane. Wierzenia, oklepane odpowiedzi i wnioski są bardzo dobrym sposobem na takie uproszczenie Boga, aby pasował do stworzonych przez siebie ograniczeń, w ramach których wydaje nam się, że kontrolujemy w pewnym stopniu sytuacje, i taki mentalny model staje się twoją niezawodną ewangelią.

Za każdym razem, gdy coś rzuca wyzwanie takiemu modelowi, bronisz się. Wynika to stąd, że nie jesteś w stanie dopasować tego, co się właśnie dzieje, do aktualnego wewnętrznego modelu rzeczywistości i duchowości. Jeśli chcesz wyjść „poza”, tam, gdzie „głębina przyzywa głębinę”, musisz zaryzykować brak zaufania do obecnego wzoru. Masz tylko dwie możliwości do wyboru: albo sprzeciwić się rzeczywistości, albo zgodzić się na prowadzenie poza to, o co możesz prosić czy pomyśleć.

Być obudzonym to nie tyle „wiedzieć”, ile w pokoju przyjmować to, że czegoś nie wiesz. To zgoda na pozostawienie swoich wniosków i uchwycenie tajemnicy. To rozumienie tego, że moje pytania są o wiele cenniejsze niż jakiekolwiek odpowiedzi, ponieważ to pytania prowadzą cię „poza”, a odpowiedzi prowadzą cię w ramach granic. Z chwilą, gdy ustają pytania, zatrzymuje się podróż „poza”. Znam wielu ludzi, którzy mają mnóstwo wspaniałych pytań, a ich jedną przeszkodą jest żądanie odpowiedzi na te pytania.

Często budujemy nasze życie opierając się na zachowaniu kogoś innego bądź jakiejś grupy ludzi. Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się, że ten fundament został wyrwany ci spod stóp? Zdarzyło się coś, co błyskawicznie ujawnia wadliwość podstaw tej osoby czy grupy. Początkowo robisz wszystko, co możesz, aby utrzymać to razem, lecz to przeżycie jest prawdziwym zamaskowanym darem. Po tym jak się rozpadnie to wszystko, zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele swego życia i energii zmarnowałeś usiłując utrzymać to razem, tłumiąc równocześnie swoje i innych oczekiwania.

Osobiście odkryłem absolutną wolność w odejściu od wyobrażania sobie, jak coś powinno wyglądać. Zasadniczo, można żyć tylko na dwa sposoby: możesz poświęcić swoje życie trzymając się wygodnej strefy, bądź możesz zachęcić drzwi wolności, aby otwarły się przed tobą. Innymi słowy: możesz żyć zmagając się z próbami dopasowania życia i innych ludzi do twojego wewnętrznego wzoru, bądź możesz odsunąć te oczekiwania i zdjąć ze swego życia kajdany.

Wychodzenie „poza” oznacza wychodzenie poza zbudowaną własnymi siłami klatkę oczekiwań. Możesz ozdobić swoją klatkę pięknymi przeżyciami, wielkimi planami i portretami winy, lecz dalej będzie to klatka. Nie jest istotne jak zostanie to nazwane, klatka będzie klatką. Musisz chcieć zauważać, gdy ktoś czy jakaś grupa otwiera drzwi i pozostawia je otwarte czy to niechcący czy celowo.

Podobne to jest do zaskoczenia jakie przeżywa pies spotkawszy niewidzialny płot. Nie znasz granic jakie zostały na ciebie nałożone przez innych oraz ich aprobaty dla ciebie, dopóki nie spróbujesz przekroczyć tych ukrytych ograniczeń, a wtedy – paff! Odczuwasz skutki, a równocześnie stajesz wobec decyzji czy pozostaję wewnątrz owych ścian oczekiwań czy też ruszam biegiem, przyjmuję początkowy ból i będę wolny po drugiej stronie? Zaufaj mi, wolność zawsze jest warta bólu.

Duchowy wzrostu to twoja chęć wyjścia „poza”, bez względu na to, jaki ból decyduje o twoich ograniczeniach. Nigdy nie znajdziesz odpocznienia jeśli będziesz strzegł systemu, który jest uzależniony od działania innych. Ostatecznie, jeśli zdecydujesz się na przełamanie ku wolności, bez względu na to, w jaki sposób ta wolność przychodzi, zdasz sobie sprawę z tego, jak wiele energii i życia zmarnowałeś na próby budowania, naprawiania i ochrony tego systemu.

Zainteresowany? Wyobraź sobie jeden dzień z życia tak wspaniały i tak nieograniczony przez egoistyczne wymagania i oczekiwania, że życie może być przeżywane obficie. Taki dzień tak zwyczajnie rozwija się, umysł nie stara się kontrolować go, naprawiać,wyjaśniać czy oskarżać kogoś innego. Życie po prostu przemija jako jedno boskie doświadczenie za drugim. Z czasem pokochasz swoje granice, ponieważ teraz będziesz je już postrzegał jako kolejne zaproszenie do ucieczki. Swoboda życia, która nieustannie mówi „tak” wychodzeniu „poza”. Myślę, że dlatego ludzie, którzy wiedzą, że nadeszła ich ostatnia godzina są tacy spokojni – zrezygnowali z wszelkich swoich walk o kontrolę. Żadnych więcej oczekiwań. Po prostu poddanie. Myślę również, że nie musi tak być, aby to te ostatnie chwile życia doprowadzały nas do takiego poziomu pokoju. 
Ja wiem, że nie zamierzam czekać na to do tego czasu.

Stan_17.06.2019

Stan Tyra
Fizyczna choroba jest sygnalizowana przez ból i osłabienie. Psychicznemu złamaniu towarzyszą: ukryty strach oraz nieustanne neurotyczne myśli. W pewnej chwili  musimy obudzić się i przyznać, że mamy problem wewnątrz siebie.
Większość próbuje naprawić swój wewnętrzny problem, starając się lepiej odgrywać zewnętrzne role, które zawsze odgrywali. 

Zazwyczaj jest problem „kolos” i jeśli zostanie rozwiązany, wtedy, pojawia się następny, który natychmiast musi być postrzegany jako kolos a umysł jest zajęty nim.

Ego zawsze mówi ci, że aby rozwiązać wewnętrzny problem, musisz coś pozmieniać na zewnątrz. Niemniej, ten „doradca” w głowie daje ci złe rady, ponieważ umysł jest pochłonięty strachem. Szukanie „sposobu” z zamieszaniem w głowie jest w najlepszym przypadku bezowocnym ćwiczeniem, w najgorszym szaleństwem. Jest to jak próba powrotu do miejsca, w którym nigdy nie byłeś.

Zewnętrzne zmiany nigdy nie naprawią problemu. Dlatego właśnie niedojrzała religia jest ciągle zajęta, dochodowa i nieskuteczna. Istotą problemu jest to, że nie czujemy się zdrowi i kompletni. Po prostu angażujesz tą osobę w SWÓJ problem. Dlatego większość relacji nie funkcjonuje, ponieważ próbujesz swój problem, np.: samotność, pustkę i niedoskonałość rozwiązać wprowadzając do niego kogoś innego. Nigdy nie da się wewnętrznego problemu rozwiązać przy pomocy zewnętrznych środków. Można go tylko ukryć, bądź zagłuszyć na pewien czas, lecz nie da się uzdrowić.

Chrystus nie może „dodać” pełni do twojego życia, Chrystus może cię tylko poprowadzić do prawdy o tobie, o tym, że już jesteś doskonały i niczego więcej nie trzeba. W pełni zostałeś uczyniony na podobieństwo Boże i Jego obraz, i nic się nie zmieniło, oprócz zaakceptowania tej pełni. Iluzją jest, jak tego doświadczyła Ewa w ogrodzie Eden, że musisz coś jeszcze dodać do swego życia, aby stanowić całość. W Chrystusie (miłości) zostałeś stworzony cały i doskonały, bez żadnych braków (Jk 1:4).

Religia wodzona przez ego buduje na tym samym kłamstwie: „Tylko dodaj Jezusa do swego życia i wszystko będzie w porządku!” Jest to wykrzykiwane przez kaznodziei z kazalnic w karnawałowym stylu. Po czym to nie działa, ponieważ to ty jesteś problemem! Musisz dodać jeszcze więcej tego, co już i tak nie działa. Więcej studium biblijnego, więcej modlitwy, więcej nabożeństw i więcej ofiary. Gdy to nie działa po prostu rezygnujesz i czekasz na pałac na wysokościach. Odłóż życie na czas, gdy już nie będziesz musiał podejmować za nie żadnej odpowiedzialności, poza tym, że teraz powiesz modlitwę i poczekasz, aż zostaniesz wezwany na górę?

Rzeczywiście??? Najlepsze co możesz zrobić to oskarżać za swoje problemy ten świat, innych i religię? Ach!! No, i diabła też! A co z tym: czemu po prostu nie żyć, nie cieszyć się i przeżywać SWOJE życie? Dlaczego, zamiast próbować używać innych i naprawiać to, potrzebować ich i wykorzystywać do naprawy, nie możesz poznawać ludzi i cieszyć się ich obecnością? Nigdy nie jest za późno. Zaczyna się od przyznania się do tego, w jakim jesteś miejscu.

Stan_15/16.06.2019

Stan Tyra
W Piśmie w licznych miejscach znajduje się zwrot: „Nie bój się”. Porozmawiajmy dziś trochę o strachu. Jeśli jesteś bojaźliwą osobą, nie lubisz zmian. Starasz się budować wokół siebie bardziej przewidywalny świat, taki, który da się zdefiniować i kontrolować. Strach w rzeczywistości boi się samego siebie. To, z czego nie zdajemy sobie sprawy to fakt, że strach jest czymś rzeczywistym. Jest kolejnym obiektem we Wszechświecie, którego możesz doświadczać. Ze strachem można zrobić dwie rzeczy: rozpoznać jego wpływ na swoje życie i zająć się nim, bądź próbować ukryć się przed nim. Większość wybiera to drugie i kończymy trzymając się swojego strachu i starając się, aby nie działo się to, co może go pobudzać.
W taki sposób życie staje się przerażające i pełne konspiracji. Jeśli patrzysz na życie przez te konspiracje to jest ono pełne strachu. Jeśli życie jest przepełnione strachem, będzie ono obfitowało w liczne teorie spiskowe. Postrzeganie „możliwości” pojawienia się zła za każdym rogiem może dawać poczucie bezpieczeństwa, lecz to nieprawda. W takim stanie umysłu życie staje się w „ja przeciwko nim”. Gdy zawsze starasz się bronić siebie, swego strachu, braku bezpieczeństwa i słabości, zawsze będziesz uznawać życie za walkę, bo ta osoba robi to,a tamto się dzieje, a takie zdarzenia się rozwijają. Życie jest wtedy całkowicie zdefiniowane przez twój strach, z małymi wyjątkami na krótką chwilę to tu, to tam. Tak przy okazji, będzie ci się zdawało, że to ty stworzyłeś te chwile pokoju,ale prawda jest taka, że na moment przestałeś zwracać uwagę na twoje strachy. Czasami coś większego niż twój strach zatrzyma Twoją uwagę. Przyjrzyj się tym chwilom, ponieważ one nauczą cię nowego sposobu doświadczania życia.

Pozwólcie, że idąc za przykładem Boga pytającego Ewy w ogrodzie Eden: „Kto ci powiedział, że jesteś naga?”, zapytam: „A kto ci powiedział, że twoje życie takie, jakie jest, nie jest w porządku?” Natychmiast jesteś w stanie wymienić mnóstwo powodów, że tak nie jest. Rozumiem to, lecz kwestią pozostaje czy to wszystko przeciwko czemu jestem i czego się obawiam musi się zmienić po to, aby mnie zadowolić. Jeśli tak, to stoisz na drodze do rozczarowania życiem. Pokój, który przerasta zrozumienie jest również pokojem, który nie opiera się na zewnętrznych okolicznościach – jest ponad nimi. Dlaczego dopuszczamy do tego, że najbardziej niepewna i zmieszana część naszej istoty ma definiować życie i stworzenie.

W miarę jak dojrzewasz duchowo, szybko zdasz sobie sprawę z tego, że twoje próby ochrony siebie przed problemami, wywołują mnóstwo problemów! Usiłowanie ustawiania ludzi, organizowania zdarzeń, kontrolowania rzeczy w taki sposób, aby nie przeszkadzały ci, doprowadza do tego, iż myślisz, że samo życie i wszyscy ludzie są przeciwko tobie. Życie staje się uciążliwe i, o ile jakoś egzystujesz to nie żyjesz  a na pewno nie jest to życie obfite. Gdy walczysz z życiem, staje się ono twoim wrogiem. Podobnie jak Ewa w ogrodzie Eden nabieramy przekonania, że potrzeba nam po prostu „tej jednej dodatkowej rzeczy”, aby życie było pełne i radosne. Bóg mówi: „Już dałem wam (indywidualnie) WSZYSTKO, co jest potrzebne do życia i pobożności” (2Ptr 1:3). Jednakże Duch musi nam często przypominać: „nie bój się”. „Niech się wasze serce nie trwoży”, „Nie niepokójcie się” i tak dalej, i tak dalej, polecając nam, abyśmy nie byli tym, czym zbyt często jesteśmy. Pierwszym krokiem jest podjęcie decyzji, że nie będziesz walczył więcej z życiem i spotkasz się ze strachem, który wywołuje chęć walki. Kto ci powiedział, żebyś się bał? Stan Tyra 16.06.2019 Ciąg dalszy o strachu. Nie bój się zbliżającego się niedźwiedzia, lecz samego życia. 🙂
Życiowe wydarzenia pobudzają w tobie strach, nie po to, aby wskazać na wydarzenie, lecz na twoją reakcję. Życie nieustannie spycha cię na skraj przepaści, równocześnie zapraszając cię do tego, abyś rozpoznał to, co jest zakopane w głębi ciebie. Strach jest korzeniem gniewu, wściekłości, zazdrości i zachłanności. Życie stara się pomóc ci, a nie uciskać. Na przykład: jedyny sposób na to, aby nauczyć się przebaczenia jest stanąć wobec kogoś, komu musisz przebaczyć. Jednak wkurzamy się posłańców życia, którzy tak naprawdę zapraszają nas do wolności! Każdy może przebaczyć, gdy nie ma wroga na swojej drodze. Zamiast nauczyć się lekcji przyniesionej przez posłańca, wolimy usunąć go i oskarżać za uczucia, które wzbudził. Znakomitą ilustracją jest tutaj ‘cierń w ciele’. Duchowa podróż to nieustanna zmiana i przemiana. Do wzrostu i dojrzewania konieczna jest rezygnacja z jednostajności. Jednym z obszarów wymagających największych zmian jest sposób w jaki rozwiązujemy osobiste problemy. Zazwyczaj robimy to starając się kontrolować okoliczności. Prawdziwa przemiana zaczyna się z chwilą, gdy traktujemy problem, aby poznać czego uczy nas o nas samych. Naucz się tej lekcji i idź dalej. Wyobraź sobie, że masz w ramieniu kolec. Zawsze, gdy zostaje dotknięty reagujesz. Usiłujesz chronić „twój” kolec przed wszystkim, co może wywołać ból. Ten kolec kontroluje twoje życie wpływa na wszelkie decyzje, ponieważ skupiasz na nim swoją uwagę po to, aby uniknąć bólu. Oto inna możliwość: dlaczego po prostu nie usuniesz go? Jeśli nie zajmiesz się istotą, ten owoc będzie wracał i wracał. Jeśli skutecznie chronisz swój kolec przed dotknięciem, będzie ci się wydawało, że rozwiązałeś problem. Nic z tego!! Kolec tam ciągle jest i w odpowiednim czasie, przypomnisz sobie o nim, ponieważ z chwilą, gdy nie będziesz na niego zwracał uwagi, ktoś czy coś pobudzi go. Po jakimś czasie tak zaznajamiamy się i dostosowujemy do tego kolca, że zapominamy o tym, że jest to ciało obce dla nas. Zbudowaliśmy życie na ochronie tej wrażliwej strefy i teraz unikamy wszystkiego i wszystkich, cokolwiek może go dotknąć, oskarżając ich o dotknięcie. To oni są problemem, a nie ten wielki kolec wystający z mojego ramienia. Jak się możesz uwolnić? Uwalniasz się szczerze traktując źródło swego bólu.
Nie można naprawić problemu, którego nie masz. Nie wątp w swoje możliwości usunięcia kolca, jest to znacznie bardziej proste niż sam sobie wmówiłeś. Jak ostatnio powiedziałem, tylko dlatego, że problem jest skomplikowany, nie znaczy że rozwiązanie jest skomplikowane. W rzeczywistości sam problem jest zazwyczaj najbardziej nieskomplikowaną częścią całej sprawy. Już czas na to, aby przestać pozwalać temu przeszkadzającemu kolcowi, aby rządził twoim życiem i rujnował twoje życie i wszystkich dookoła.. Ból, do którego dostosowałeś się,staje się częścią Ciebie. Wstępem do wolności jest mieć tego dość.

Stan_28/29.05.2019

Stany Tyra
Jeśli Boża obecność nie będzie miała miejsca stale tam, gdzie my jesteśmy,
zamiast tego, co okazjonalnie próbujemy wytworzyć, to nasze próby
„wejścia” do Jego obecności będą bardziej fasadą niż rzeczywistością.
Prawdziwa obecność Ducha wynika tylko z autentyczności i dlatego jest z takim trudem przeżywana. Pozory nigdy nie poznają prawdziwej obecności.

W miarę jak ta obecność Ducha, którą wnosimy wzrasta w każdej chwili, jest
ona w stanie prowadzić do rozwoju każdej chwili. Bardzo dobrym przykładem takiej obecności jest matka trzymająca na ręku swoje dziecko, a ono wpatrzone w nią. Jest w takiej chwili spokój, nic innego nie liczy się. Nic innego nie istnieje. Jest to jedność pochłaniająca tą chwilę, której nie da się wyrazić słowami czy myślami.

Obecność namacalna

Jest to miejsce, w którym jesteśmy szczególnie blisko transcendentnej rzeczywistości, która normalnie jest poza naszą świadomością, choć zawsze otacza nas. Trzeba tylko rzucić okiem, co najmniej na chwilę. Podobnie jak w przypadku Mojżesza i gorejącego krzaku: „schodzimy z drogi” i idziemy ku temu, co przymusza nas, aby „podejść”, lecz jest to poza „normalnym” biegiem zdarzeń.
Sufici opowiadają pewną historię o młodej rybie, która przypływa do mądrej, starej ryby: „Słyszałam o morzu – mówi młoda ryba – Lecz gdzie
ono jest?” Mądra ryba odpowiada: „To morze jest w tobie, i ty jesteś w nim. Jest to wszystko, cokolwiek kiedykolwiek poznałaś, a jednak nie znasz go”. Taki jest stan ludzkości. Jesteśmy w Chrystusie i Chrystus jest w nas, a jednak nie rozpoznajemy tej rzeczywistości. Możemy w to wierzyć, lecz nie znamy jej. Brakuje nam świadomości.

Świadomość zaś jest produktem ubocznym obecności a świadomość czegokolwiek otwiera/rozwija świadomość wszystkiego. Świadomość buduje następnie przestrzeń, która umożliwia nam przebicie się przez nasz domyślny stan zaabsorbowania sobą, co jest techniką zakłócania obecności.

Duchowość jest o wiele głębiej niż osobowość i jest też bardziej stabilna niż
nastrój czy ego, jest cechą charakterystyczną naszej duszy, a jednak często jest pomijana, ignorowana bądź błędnie interpretowana – zarówno w sobie
jak i u innych.
Zwierzęta znacznie lepiej radzą sobie z rozeznawaniem obecności niż ludzie. Niewątpliwie jest tak dlatego, że są bardziej nastrojone do swojej istoty podstawowej natury. Nie są zmieszane fałszywymi sposobami bycia, ponieważ, w przeciwieństwie do ludzi, nigdy nie próbują być czymkolwiek innym niż są. Autentyczność rodzi obecność. Ludzie to jedyny gatunek, który próbuje zakładać jeden kostium za drugim, starając się stać tym czym uważają, że powinni być, bądź tym, czego chcą od nich inni. Większość z nas traci obecność innych, ponieważ tak bardzo jesteśmy zaabsorbowani obserwowaniem słuchaniem i potwierdzaniem istniejących uprzedzeń i wniosków. W skrócie: zatracamy się w naszym własnym procesie myślowym.
W słuchaniu jest wielkie niebezpieczeństwo, ponieważ to, o czym myślimy,
już wiemy. Zamiast słuchać faktów i szczegółów, sugerowałbym „uważne”
słuchanie. Takie uważne słuchanie polega na uczestniczeniu czy pochyleniu się nad tym, co cię „bierze”, zamiast tego, co możesz „wziąć”. Jeśli chcemy lepiej rozpoznawać obecność, musimy przenosić uwagę poza dane, które otrzymujemy od zmysłów na to, co możemy odczuwać intuicyjnie i subiektywnie. Nie znaczy to, że mamy zrezygnować z umysłu, co, tak przy okazji, nie jest możliwe, lecz daje nam możliwość lepszego słuchania i słyszenia tego, co nie jest wypowiadane głośno. W niektórych religiach takie słuchanie nazwane jest „trzecim uchem”, a widzenie „trzecim okiem”. Po prostu jest to widzenie poza to, co należy do naszej normalnej praktyki i zmysłów. Nauczyłem się tego, że gdy czuję się niewygodnie w pobliżu kogoś, o kim nic nie wiem, to zwracam pilną uwagę, ponieważ więcej mówi mi to o mnie, niż o kimkolwiek więcej. Jest tak dlatego, że rozeznawanie innych musi być poprzedzone autentycznym i prawdziwym rozeznaniem siebie samego. Często jesteśmy świadomi tylko kilku zewnętrznych rzeczy takich jak pożądanie czy gniew. Rzadko zdarza nam się zauważać hipokryzję i takie subtelne uczucia jak uprawnienie, uraza, osąd, zazdrość, poczucie sprawiedliwości własnej, zadowolenie z siebie, żeby wymienić tylko kilka. Jest wiele innych, które leżą znacznie głębiej pod tymi, a które nigdy nie zostały zauważone i wyciągnięte na powierzchnię.

Wydaje się, że chrześcijanie mają największy problem z rozeznawaniem
Chrystusa. Nie jest to ironiczne? Niektórzy powiedzieli, że moim darem
jest przedstawianie chrześcijanom Chrystusa. Niemniej, jest to prawda w
bardzo wielkim wymiarze. Wystarczy spojrzeć do Ewangelii, aby zobaczyć,
jak trudno było religijnym ludziom rozpoznać obecność Jezusa. Jeśli
ludzie mogli nie rozpoznać najbardziej boskiej obecności, jaka
kiedykolwiek chodziła po ziemi, może się okazać, że rozpoznanie Jego
obecności jest dla nas większym wyzwaniem, niż gotowi jesteśmy
przyznać.
Jeśli dotyczyło to Jezusa to pomyślcie jak trudno jest rozpoznać
mętną osobowość, a jest to powszechne w przypadku ludzkości. Wygląda na to, że jesteśmy wprawieni wyłącznie w rozpoznawaniu zachowania i osobowości.

Stan_27.05.2019

Stan Tyra
W sprawach duchowych chodzi o widzenie. Prawda objawiona w cudzie, jakiego Jezus dokonał na niewidomym człowieku nie dotyczyła cudu w wymiarze fizycznym, lecz duchowego widzenia nowymi oczyma. Niewidomy człowiek może zostać uzdrowiony i dalej wszystko widzieć z tego samego punktu widzenia co wcześniej. Nie tyle chodzi tu o to, co widzisz, lecz jak to widzisz i z jakiej perspektywy. Chodzi tu o uzdrowienie z naszych przepełnionych uprzedzeniami wersji rzeczywistości i spotkanie się z rzeczywistością. Pomyliliśmy nasze opinie z prawdą, ponieważ stworzyliśmy Boga na nasz własny obraz tak, aby zawsze zgadzał się z nami. Jakże to wygodne.

Pewien pijany mężczyzna zataczając się po moście wpadł na
przyjaciela.
Obaj nachylili się ku wodzie i zaczęli rozmowę.

  • Co jest tam na dole? – zapytał pijany.
  • To Księżyc – odpowiedział przyjaciel.
    Pijany popatrzył przez chwilę, potrząsną głową i powiedział:
  • Wiem, że to Księżyc! Chciałbym jednak wiedzieć, jak, do diabła,
    znalazłem się tutaj na górze”.

Problem, który mamy z Bogiem i ludzkością istnieje wyłącznie dlatego, że patrzymy na odbicie nas samych i organizujemy sobie życie wokół tego obrazu. Myślimy, że mamy ‘wysoką’ świadomość. Mylimy to, co widzimy „patrząc w dół” z tym, co prawdziwe. Nie zgadzamy się spojrzeć w górę i zobaczyć to, co prawdziwe, więc gapimy się na dół i organizujemy sobie świat wokół naszej „pijanej” zniekształconej percepcji.
Jeśli wskażesz na coś palcem i zachęcisz innych, aby tam spojrzeli, możesz spotkać się z ciszą, jeśli będą patrzeć na twój palec, zamiast tam, gdzie on wskazuje. Dlatego mamy tak wypaczone pisma. Zamiast patrzeć na to, na co one wskazują, na Jezusa, który zawsze wskazuje na Ojca, gapimy się na Biblię i organizujemy życie i Boga, wokół wyrazów i fragmentów.

Wszelkie przeżycia i słowa są w najlepszym wypadku palcami wskazującymi na ostateczną tajemnicę. Wielkim niebezpieczeństwem jest sądzić, że wiemy (wierzymy) i kształtujemy swoje wnioski pełne szybkich, pełnych zadufania odpowiedzi, podczas gdy w rzeczywistości mylimy wskazujące palce z rzeczywistością, mieszamy mapę z terenem. Musisz przestać zwieszać głowę, a zacząć patrzyć w górę; to dlatego jest On nazwany „tym, który podnosi naszą głowę” (Ps 3:3).

Stan_24/25.05.2019

Przez lata goniłem za  złudnym „czymś”,  czego można się było domagać. „Przyjdź Duchu Święty!” – takie było wołanie naszego uwielbienia. Zdaje się, że nigdy nie zwróciliśmy uwagi na to, że On już przyszedł. Myślę, że potrzebna nam była ta pogoń za Jego  obecnością, po to, abyśmy odkryli, że Boza obecność nie jest czymś, co się osiąga, jest to po prostu coś, co rozpoznajesz jako Jego  obecność stale otaczającą nas „będąc całkowicie oczywistą przez to, co zostało stworzone,… tak, że nie mamy wymówki” (Rzm 1:2).

To do czego tęsknimy to spotkanie z Bogiem, a obecność Jego Ducha umożliwia spotkanie. Dążenie do sensu jest po prostu rozpoznaniem Boga, ponieważ systemy prawdy nigdy nie zaspokoją naszej tęsknoty do sensu istnienia. Wraz z Jego obecnością całe życie zostaje nasączone znaczeniem.

Tylko w Jego obecności jesteśmy w stanie spotkać się z czymkolwiek bądź kimkolwiek. Inni mogą być dla nas obecni, lecz nie zwrócimy na to uwagi, dopóki nie będziemy obecni sami. To samo dotyczy Boga, Myślę, że naszym największym problemem z rozpoznawaniem Jego obecności jest nasza chęć do „bycia” obecnym. Jeśli „nigdy nas nie porzucił ani nie opuścił” to iluzja Jego nieobecności może być tylko po naszej stronie. Historycznie rzecz biorąc wolimy moralne osiągnięcia, kościelne nabożeństwa i biblijne studia aby osiągać świadomość. Zostaliśmy przekonani, że Bóg pojawi się, gdy wszystkie te zewnętrzne warunki, które musimy spełnić mając grupę ludzi, muzykę i namaszczonego lidera uwielbienia, modlitwy, płaczu i wykrzykiwania. Im bardziej „niesamowite” to się staje tym bardziej prawdopodobne, że Bóg pojawi się. Tak więc, kościelne nabożeństwa stały się substytutem, bądź jedynym środkiem do odczucia Jego obecności. Bądź, tak myśleliśmy.

W końcu, nie możemy kontrolować obecności Boga bardziej niż wiatru. W rzeczywistości: „wieje dokąd chce, a ty nie wiesz, skąd przychodzi ani dokąd idzie”(J 3:8). Faktycznie obecność jest tak bardzo poza naszą kontrolą, że nie jesteśmy nawet w stanie nadać jej jakiejś definicji.

Jedno, co wiem na pewno, to fakt, że Jego obecność wymaga przestrzeni. W przeciwieństwie do zdobywania jej, musisz pozwolić Duchowi dostać się do ciebie. Odkryłem, że bez względu na to, do czego tęsknisz, musisz zrobić na to miejsce. Musisz uporządkować sam siebie i być gotów na usunięcie tego, co magazynowałeś wewnątrz od dłuższego czasu, sądząc, że jest to coś wartościowego, choć pożytku z tego nie ma żadnego już od dawna. Stać się duchowym „minimalistą” to, moim zdaniem, najlepsza droga do życia w stale wzrastającej świadomości obecności, spotkania i przemiany. Da to niezbędną wewnętrzną przestrzeń i spokój do tego, abyś został pochwycony przez prawdę, która wychodzi „poza zrozumienie” umysłem, lecz jest w pełni rozpoznawana przez duszę (Ef 3:20).

Czym jest to dziwne coś, co nazywam „obecnością”. Zajmę się tym jutro. W międzyczasie czytajcie Izajasza 54 i zwróćcie szczególną uwagę na wers 2.

O co nam chodzi, gdy rozmawiamy o „obecności”? Obecność jest czymś, co zaprasza nas do zaangażowania się w pewien aspekt aktualnej chwili. Redukuje odległość między nami i tym, cokolwiek zauważymy w tej chwili. Odczuwamy połączenie, nawet jeśli nie jest to pozytywne połączenie, lecz w tym momencie, nie stoimy już patrząc do wewnątrz, lecz znajdujemy się w środku, przeżywając chwilę. Jesteśmy uczestnikami, a nie widzami.

Zwróćcie uwagę na to jak smużka perfum jest w stanie wprowadzić nas w obecność umiłowanego(ej). Podobnie jest z pieśnią, która potrafi przyciągnąć do chwili czasu, zdarzenia, przeżycia. Udało mi się rozwinąć wrażliwość na to czy ktoś niesie ze sobą pozytywną czy negatywną energię, nawet jeśli jestem w pobliżu po raz pierwszy. Atmosfera, która jest w nas wydobywa się na zewnątrz, nawet jeśli staramy się to zamaskować. Jestem bardzo cierpliwy wobec tego, co „rzeczywiste/prawdziwe”, lecz bardzo źle toleruję pozorowaną sprawiedliwość własną.

Czasami ta obecność kogoś innego zwraca naszą uwagę i domaga się naszej własnej obecności. Pismo opowiada nam o tym, jak Jezus nauczał w świątyni, a ci, którzy słuchali Go, byli zdumieni, ponieważ „nauczał jako moc mający” (Mk 1:21-28). Co było podstawą tego autorytetu? Nie był to wygładzony przekaz, pewność siebie, cecha osobowości czy bardzo dobrze wykształcone zdolności oratorskie. Była to moc obecności.

Zacząłem rozpoznawać tą obecność wiele lat temu, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co przeżywałem. Byłem zbyt „wprawiony w osłupienie” przez ludzi, nawet czasami bardzo nie-znaczących, ich tryskającym autorytetem. Wydawało się, że są całkowicie obecni w danej/obecnej chwili i całkowicie wolni od zaabsorbowania, osądów, rozpraszania, niepokoju i jakiejkolwiek stronniczości. Zawsze w ich obecności czułem się zarówno komfortowo jak i równocześnie zaniepokojony. Tacy ludzie nawet nie muszą niczego mówić, aby mieć ten autorytet, ponieważ nie jest to coś, co oni robią, lecz to, kim są. Zauważyłem jedną rzecz, mianowicie to, że kiedykolwiek jestem w obecności takiego kogoś, nigdy już nie jestem taki sam, jako że doświadczenie autentycznej obecności i autorytetu służy pogłębieniu mojej własnej obecności. Prawdziwy autorytet/moc jest niezwykle fascynujący dlatego, że tak bardzo różni się od rozcieńczonej, pełnej uprzedzeń, egoistycznej energii, do której jesteśmy przyzwyczajeni u sobie i u innych.

Prawdziwa obecność zajmuje miejsce na długo zanim ty to zrobisz i trwa długo po tym, kiedy wyjdziesz. Ściany między ego a innym słabną i często znikają prowadząc do wspólnej jedności. Jest to tak euforyczne, że wydaje się nierealne, lecz tak naprawdę jest bardziej rzeczywiste niż wszystko, cokolwiek było chwilę wcześniej. Osobowość się posiada, lecz obecność może promieniować z przepełnionego serca. Ostatecznie, na dziś, to wiem na pewno, że tej obecności nie da się nigdy zrozumieć, lecz można ją głęboko poznać.