Mark Drake
W czasie jaki charakteryzuje współczesny polityczny/religijny klimat jest to bardzo ważne pytanie. Niemal wszyscy odczuwają, że mamy obecnie do czynienia z najbardziej dziwnym jak dotąd politycznym okresem. Wierzę, że Nowy Testament daje nam wyraźne odpowiedzi od czasu, kiedy rząd pod którym żyli pierwsi chrześcijanie, Rzym, był im bardzo wrogi.
Po pierwsze: w Nowym Testamencie nie mamy żadnego nauczania dotyczącego tego, w jaki sposób ma się cywilny rząd prowadzić. Jezus i apostołowie nie nauczali o cywilnych królestwach, lecz o Królestwie Bożym. Królestwo Boże Nowego Przymierza nie może być zarządzane przez jakiekolwiek ustanowione przez ludzi prawodawstwo, ponieważ Król żyje i rządzi w sercach każdego. „Obywatel”, nie ma też ziemi czy terytorium, którym można by rządzić poza obszarem ludzkiego serca. Pewnego dnia cała ziemia będzie dosłownie należeć do Niego i On będzie realnie nią rządził. Nie można stosować nauczania Jezusa, do tego, jak cywilny rząd powinien funkcjonować w obecnym czasie, ponieważ znamy Jego słowa: „… beze Mnie nic uczynić nie możecie” (J 15:5).
Czy w Nowym Testamencie istnieją słuszne zasady, które mogą być zastosowane do życia wszystkich ludzi? Tak, lecz są to zasady, które funkcjonują wyłącznie wtedy, gdy w ich sercach rządzi Król. Jeśli masz co do tego wątpliwości to spójrz na to, jak często Ciało Chrystusa jest łamane, walczy ze sobą i jest podzielone dlatego, że nie pozwalamy, aby teraz rządził w nas Król. Trudno mi sobie wyobrazić Kościół rządzący dziś narodami tego świata, skoro jeszcze nie możemy ze sobą nawzajem wytrzymać. Rząd pod którym żyli pierwsi chrześcijanie, Rzym, był im bardzo wrogi.
Stan Tyra 15 lutego Czasami coś, co jest ukryte wprost przed oczyma, może być po prostu postawione na głowie, lub, jeśli wolisz, nogami do góry. Ten schemat jest oczywisty w całej naturze i życiu. Jest tak oczywisty, że zastanawiam się dlaczego w ogóle uważamy to za tajemnicę. Pierwszą książkę napisałem ponad 20 lat temu, choć nie polecałbym jej czytać. Niemal jedyna prorocza rzecz tam zawarta była w tytule: „Droga na szczyt prowadzi w dół”. Jak to często bywa w moim przypadku, moje dalekowzroczne patrzenie, zrozumienie i pokój w tej sprawie, otworzyły mi oczy na wiele rzeczy.
Myślę, że ta
koncepcja drogi w dół, jako czegoś „nowego w górę” jest
tajemnicą dlatego, że po prostu nie chcemy tego zobaczyć. Czy chce
ktoś zaczynać swoją podróż w dół? Jest to przecież powód dla
którego większość ludzi nigdy nie dochodzi do pełni swego życia.
Dopóki wszystkie nasze osiągnięcia nie rozpadną się i nie okażą
się niczym, nigdy nie wyjdziemy poza nie, aby odkryć to, co jeszcze
pozostaje, jak na przykład: wiara, nadzieja i miłość.
Duchowy wzrost znacznie szybciej przebiega wtedy, gdy zawodzimy niż wtedy, gdy robimy wszystko dobrze. Doskonałość, czy dojrzałość, może kształtować się z tego, jak dobrze radzimy sobie ze słabościami innych, a w szczególności z własnymi, a nie dzięki temu, jak dobrze nam idzie. Jakże mądrze Bóg ukrył świętość! Jest to miejsce, które może zostać odkryte wyłącznie przez pokorę. Ego woli wszystko inne poza upadaniem, upadaniem czy umieraniem. Z jakiegoś dziwnego powodu to ego czepia się niemal wszystkiego, co wygląda jak „odskocznia w górę”, nawet jeśli to nie działa.
Jeśli jesteś
zadowolony ze swego ostatniego miejsca, to jest to w rzeczywistości
pierwsze miejsce, ponieważ „pierwsi będą ostatnimi, a ostatni
pierwszymi”. Ci którzy padli, bądź zwiedli, odkrywają jedyną
drogę w górę, ponieważ tylko „opuszczając dom” można odkryć
pokorę, po czym wrócić do domu i świętować.
Cud definiuje się jako „zaskakujące i pożądane wydarzenie, którego istnienia nie można wytłumaczyć prawami naturalnymi lub naukowymi i dlatego przyjmuje się je za nadnaturalne działanie”. Dla nas cud to po prostu działanie Boga. Czyż nie było by miło żyć w realności cudów, zamiast przeżywać wzloty i upadki, jak na kolejce górskiej? Co by było, gdybyśmy żyli od cudu do cudu w takim tempie, że stało by się to naszą codziennością?
Autorytet i moc
Greckie słowo „cud” to „dunamis” co oznacza „moc”. To stąd pochodzi słowo „dynamit”. „Autorytet” to słowo „exousia”. Dla zobrazowania: policjant działa w autorytecie prawa, a jego broń jest mocą aby wyegzekwować ten autorytet.
Mamy autorytet (exousia), aby użyć mocy (dunamis) imienia Jezusa. Jeśli jednak w danej sytuacji Ojciec pierwszy nie zadziała przez Swojego Ducha, to gdy użyjemy imienia Jezus nie będziemy mieli żadnej mocy. Innymi słowy, możesz wypowiadać „w imieniu Jezusa” tyle razy, aż zsiniejesz na twarzy, lecz jeśli Ojciec nie poruszy się w swoim autorytecie w danej sytuacji, nic się nie wydarzy. Obie rzeczy – autorytet jak i moc muszą być obecne.
W Dziejach Apostolskich 19: 13-17 widzimy siedmiu żydowskich niewierzących próbujących wyrzucić demona używając imienia Jezus. Duch odpowiedział im „Jezusa znam, wiem kim jest Paweł, ale wy kim jesteście?” po czym zaatakował ich i uciekli pobici i zakrwawieni. Nie mieli autorytetu do używania imienia Jezusa; nie mieli więc mocy.
Brak namaszczenia (manifestacji obecności) Boga
Kiedyś byłem przy umierającym przyjacielu. Gdy wydał ostatni dech jego żona zaczęła krzyczeć „w imieniu Jezusa żyj!”. Nie było żadnego rezultatu. Powiedziałem jej: „Słuchaj, nie ma tu namaszczenia do tego, więc musimy pozwolić mu odejść”.
Jako Boże dziecko miała autorytet, aby używać tego imienia, jednak Duch Święty, który przynosi moc, nie był z nią zgodny w jej pragnieniu ujrzenia męża wzbudzonego z martwych. W Duchu była po prostu pustka – nie było tam żadnej Obecności. Tak więc używanie imienia Jezusa w tej sytuacji nie miało mocy.
W Ewangelii Łukasza 5: 17 czytamy, że gdy Jezus nauczał; „… moc (dunamis) Pana była po to, aby ich uzdrawiać”. Moc i osoba Jezusa, który mógł nakazać uzdrowienie.
1/16/2019 Jezus, po okresie ponad trzech lat spędzonych z uczniami, których osobiście wybrał, dobrowolnie złożył Swoje życie, po czym powstał z martwych i zanim udał się do Ojca, spędził ostatnie 40 dni nauczając ich na temat Królestwa Bożego.
„im też po swojej męce objawił się jako żyjący i dał liczne
tego dowody, ukazując się im przez czterdzieści dni i mówiąc o
Królestwie Bożym” (Dz 1:3).
Dlaczego miałby to
być „nowe”?
Królestwo Boże nie
było dla żydowskich uczniów jakąś nową koncepcją. Lecz
Królestwo, w którym Król miałby rzeczywiście rządzić z wnętrza
serc i śmiertelnych ciał Jego ludzi? To było coś zupełnie
nowego. Czy jednak powinno być dla nich czymś :nowym”?
Takie pojmowanie
funkcjonowania Królestwa Bożego „z wewnątrz na zewnątrz”,
tego jak Król zamierza żyć i rządzić wewnątrz serc wierzących,
nie powinno być czymś nowym dla tej 12tki. Stary Testament w pełni
wyjaśniał Nowe Przymierze i to w jaki sposób będzie zastosowane
(Izajasz, Jeremiasz, Ezechiel, … żeby wymienić tylko kilku).
Aż do dnia
dzisiejszego … zasłona
Jednak ze względu
na swoje wychowanie w społeczności żydowskiej Drugiej Świątyni
początku pierwszego wieku, czytając starotestamentowe obietnice
dotyczące nadejścia „Nowej Drogi”, mieli na swych oczach
„zasłonę”. Paweł wyjaśnia to tak:
„…Lecz umysły ich otępiały. Albowiem aż do dnia dzisiejszego przy czytaniu starego przymierza ta sama zasłona pozostaje nie odsłonięta, gdyż w Chrystusie zostaje ona usunięta” (2Kor 3:14-15) .
Niestety,
współcześnie z powodu braku nauczania na temat tego, jak patrzeć
na Stary Testament z perspektywy jego wypełnienia w Nowym
Przymierzu, musimy zgodzić się z Pawłem, że „aż po dzień
dzisiejszy jest zasłona, która zaciemnia nasze myślenie, gdy
czytamy Stary Testament”
Dość powszechnie pojawia się pewien temat w nauczaniu na temat świętości i uświęcenia. Opiera się on na zawodnej ludzkiej logice i wskazuje na ważny brak zrozumienia różnicy między Starym, a Nowym Przymierzem. Nieuchronnym zaś wynikiem tego jest okradające z wiary potępienie.
Ostatnio widziałem ten rodzaj logiki w bardzo szczerym poście na społecznościowym portalu. Cytuję:
„Czy, jeśli dodasz do butelki wody kroplę ścieku, nadal będziesz chciał ją pić? Nie, oczywiście, że nie! W ten sam sposób, jedna kropla kompromisu zatruwa CAŁE naczynie naszego życia. Tak więc, aby Pan mógł nas napełnić, musimy całkowicie uświęcić siebie”.
Rzeczywiście? Czy to prawda? Czy to jest nowotestamentowa prawda, której celem jest „uwolnić nas”?
Jeśli ktoś chce dojść do właściwego wniosku to musi zacząć we właściwym miejscu, a to nauczanie, choć bardzo dominujące współcześnie, jest wyraźnie błędne, jego skutki zaś sieją zniszczenie. Jest to wniosek wyciągany przez upadłą ludzką logikę, która zaczyna w niewłaściwym miejscu i niechybnie prowadzi do złego miejsca.
Ciąg myślowy powyższego cytatu zaczyna się od pytania: „Czy, jeśli dodasz do butelki wody kroplę ścieku do butelki, będziesz chciał ją dalej pić?” Oczywistą odpowiedzią jest: „Paskudztwo! Nie napiłbym się czegoś, w czym jest ściek!” Logicznym wnioskiem jest to, że Bóg również nie będzie pił tego. Jeśli więc ta butelka wody ma reprezentować nas, to dochodzimy do wniosku, że Bóg nigdy nie zechce „pić nas”, jeśli mamy w sobie choćby „kroplę ścieku”. Jest to jednak całkowicie złe podejście i prowadzi do potępienia, ponieważ używamy ludzkiej logiki, zamiast nowotestamentowego umysłu. W tym myśleniu jest ogromna dziura. Zaczynamy ten przykład myśląc o piciu wody, który jest używany do przedstawienia picia. Lecz Bóg nie pije nas! To my pijemy Jego. A skoro tak, Jego woda oczyszcza nas. Hbr 10:22: „wejdźmy na nią ze szczerym sercem, w pełni wiary, oczyszczeni w sercach od złego sumienia i obmyci na ciele wodą czystą”. Ef 5:25-26: „… Chrystus umiłował Kościół i wydał zań samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy go kąpielą wodną przez Słowo”. Bóg rzeczywiście wlewa czyste wody Ducha Świętego w nasze „brudne naczynia”! W taki właśnie sposób oczyszcza nas, abyśmy stawali się coraz bardziej uświęceni w naszych umysłach, motywacjach i zachowaniu. My nie zanieczyszczamy Bożej świętości naszym brakiem uświęcenia to Jego świętość oczyszcza. Jego świętość jest lekarstwem i ona uzdrawia nasze słabości. Bóg nie obawia się tego, że w jakiś sposób zainfekujemy Go naszymi słabościami. Nasze grzechy i słabości nie udzielają się Mu; Jego łaska zaraża nas Jego przemieniającą mocą. Mt 13:33: „Podobne jest Królestwo Niebios do kwasu, który wzięła niewiasta i rozczyniła w trzech miarach mąki, aż się wszystko zakwasiło”.
Kiedy byłem w średnim wieku (30, 40 lat) przyjaźniłem się z mężczyzną po sześćdziesiątce. Pomógł mi pohamować moje najgorsze skłonności. Pokazał mi perspektywę na wiele rzeczy, o których nie miałem pojęcia. Miał szersze wejrzenie w te sprawy ponieważ przeżył znacznie więcej (naturalnych, duchowych, teologicznych, „kościelnych” doświadczeń) życia niż ja. Nie byłbym tym, kim jestem dzisiaj, gdyby nie jego wpływ.
Widzę jak wielu
młodzieńców czyni w mediach społecznościowych zamaszyste
wypowiedzi o bezwzględnej pewności, i jest mi przykro z tego
powodu. Często to twierdzenia są kłopotliwe i czynione z bardzo
ciasnej perspektywy. Ci ludzie tak po prostu nie znają innych
wszechświatów, możliwości i „odpowiedzi”, które istnieją
poza ich osobistym doświadczeniem i relacjami z rówieśnikami.
Jeśli masz
dwadzieścia, trzydzieści lat i jedynym głosem, który słyszysz to
kabina pogłosowa twojego własnego pokolenia to nie jest to dobre
miejsce. Znajdź kogoś z siwizną na głowie, komu możesz zaufać
(i komu będzie zależało wyłącznie na twoim dobru) i bywaj z nim
często. Nie masz na tyle obszernej perspektywy, aby twierdzić to,
co twierdzisz.
Działa to w obie
strony; ci z siwymi włosami potrzebują energii, żywotności, pasji
i siły młodzieży. Bez niej zaskorupilibyśmy się we własnym
przeświadczeniu i opierali każdej zmianie, reformie, innowacji.
Potrzebujemy siebie nawzajem. Nie jest to opcja – jest to coś, co podtrzymuje życie.
Moi rówieśnicy
wiedzą to i mogą zaświadczyć, że często modlę się gorliwie o
to, abym nie spędził ostatnich dni otoczony wyłącznie przez
własne pokolenie. Modlę się o boskie powiązania z młodymi
mężczyznami i kobietami.
Zdarzyło mi się
być raz na spotkaniu, gdzie, mając wówczas ponad 60 lat, byłem
najmłodszy! Serce mi zamarło. Nie ma w czymś takim przyszłości i
byłem zasmucony. Nic, co wtedy usłyszałem nie miało żadnej
wartości dla żadnego trzydziestolatka, którego znałem.
Pomieszczenie było pełne starych, siwych mężczyzn, którym ciągle
wydawało się, że jest 1970 rok, a my jesteśmy jakoś „duchowo
ważni” ze względu na „objawienie, które niesiemy”. Było to
zbiorowisko duchowej i kulturalnej nieprzydatności, duchowego
egalitaryzmu i dyskryminacji młodego wieku!
Było to równie
smutne co patetyczne.
Wierzę, że nie ma
możliwości otrzymania pełnego objawienia Jezusa w jakiejkolwiek
formie „zasilosowania”: rasy, płci, klasy społecznej czy wieku.
Trzy pierwsze stanowią gorący temat we współczesnej kulturze. To
ostatnie ma znamiona epidemii i często jest ignorowane: mnóstwo
energii poświęca się na pierwszych trzech, zero na czwartym. Znam
wielu, którzy uważają siebie oświeconych w dziedzinie teologii,
duchowości, rasy, płci i klasy, a którzy są (być może
nieświadomie) wiekowymi bigotami.
Nie sądzę, aby to był przypadek, że do wywołania epokowej zmiany potrzeba było, aby nastoletnia dziewczyna nosząca w swym łonie obietnicę, której wypełnienie miało przemienić świat, musiała mieć za partnerkę starszą krewną, również noszącą w swym łonie obietnicę. Jest to przesłanie dla tych, którzy chcą usłyszeć go. Bóg sam siebie określił Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba. Jest to przesłanie dla tych, którzy chcą je usłyszeć. Obyśmy zechcieli zwrócić uwagę i przeżyć coś lepszego… razem.
Wskazuje się na nas, że przed nami zawsze stoi zaproszenie do życia lub śmierci, i że stale powinniśmy wybierać życie. Jest to ten sam wybór, co między dwoma drzewami w ogrodzie. Śmierć jest w dualistycznym umyśle, a życie w niedualistycznym, kontemplacyjnym. Jeśli oko serca jest zdrowe (pojedyncze/skupione) ciało jest pełne światła. Jeśli jest rozdwojone, panuje wielka ciemność. W jakiś sposób wydaje nam się, że jeśli wybierzemy jedno i drugie, śmierć i życie, dobro i zło to z tego przyjdzie życie. Nie przychodzi.
W taki sam sposób musi być przeżywana Biblia, życie i śmierć – wybierz życie. Dla mnie jest oczywiste, że wielu tych ludzi, którzy nazywają siebie „pro-life” (za – życiem) jest po prostu za-porodem. Aby być za-życiem konieczne by było opuszczenie dualistycznej teologii Boga, który jednych kocha, a innych potępia.
Dopiero po Reformacji zachodni kościół stał się tak totalnie dualistyczny. Po wydaniu Biblii na papierze, drukowane słowa stały się ważniejsze od prawdy, przekonania (wierzenia) ważniejsze niż podróż doświadczenia, a ciało ważniejsze od ducha. Wcześniej radykalnymi fundamentalistami byli ci, którzy byli fundamentalni jeśli chodzi o podróż i doświadczenia życia. Rozumieli to, że to właśnie życie prowadzi cię do nowego sposobu myślenia, a nie wymyślanie nowego sposobu życia. Postrzegali duchowość jako coś pierwszego i najważniejszego, skierowanego do nich bezpośrednio.
Po Biblii, wzrosło w niepohamowany sposób zapotrzebowanie na plemienny konformizm ludzi, ponieważ założyli, że mogą mówić za Boga, bez potrzeby rzeczywistego poznania Boga. Jeśli chodzi o większość teologii i doktryny jest to prawdą do dziś. Jestem również zdumiony tym, że kiedy Jezus prowadzi nas do dualistycznych wyborów, jak ten z przykładu o wielbłądzie i uchu igielnym oraz „nie możecie służyć równocześnie Bogu i mamonie”, nagle nie chcemy tego. Tam zaś, gdzie mówi bardzo niewyraźnie bądź nic nie mówi, my dochodzimy do absolutnie pewnych wniosków! Mamy tendencję do tworzenia doktryny wokół wielu rzeczy, o których Jezus w ogóle nie wspomniał, a ignorować to, co powiedział całkowicie wyraźnie.
Jeśli o mnie chodzi to przytłaczające przesłanie Krzyża, i to czemu muszę ufać każdego dnia, jest takie, że Jezus nigdy nie robił ani z Siebie, ani z nikogo innego ofiary. Wiem dobrze, że jeśli będę w stanie żyć w ramach doświadczania tej prawdy, nie tylko będę rzeczywiście wolny, lecz będę wolny, aby uwalniać innych. Jezus powiedział: „nikt nie może mi tego życia odebrać, sam je daję…” (J 10:18). Robienie ofiary z siebie i z innych to gra na polu całkowicie niedojrzałego ego . NIE MA W TYM NICZEGO duchowo przemieniającego. Jest to zajmowanie się zewnętrzną częścią kubka, nigdy wewnętrzną.
Niestety, przyjęte jest to, że większość ludzi wykrzykuje przesłanie ofiary. Wyrażana przeze mnie wściekłość nigdy nie uznaje istnienia stałego stanu wewnętrznej wściekłości, która nie jest w stanie zmienić warunków zewnętrznych, bez względu na to jak bardzo jestem przekonany, że może. Prawda jest tak, że dopóki nie przestanę wierzyć w kłamstwo, że jestem ofiarą, będę ofiarą czegoś lub kogoś. Innymi słowy: nawet gdyby istniała tylko jedna rasa bądź jedna religia, ludzie nadal byliby ofiarami. Jest to wniosek, który płynie z serca zanim będzie postrzegany/rozumiany jako moje okoliczności. Jezus pokazał nam drogę, a my po prostu wolimy inną. Jak to działa w twoim przypadku, hę?